Najlepsi z najlepszych 2021: część druga czyli najlepsze i najgorsze filmy, seriale oraz gry 2021 roku według Jaśka Bryga

Lubię podsumowania roku. Ci, którzy już mnie znają, mogą oczekiwać po moich rankingach szczerości, nie umieszczę żadnego filmu „bo wypada”, a jeśli jakiś blockbuster podobał mi się bardziej od hitu festiwalowego, to po prostu będzie wyżej w rankingu. Pierwotnie miałem ułożyć skromne top 3, ale zerknąłem na obejrzane w ostatnim roku przez siebie filmy i pomyślałem, że po prostu szkoda byłoby mi nie wyróżnić niektórych filmów, które mnie zachwyciły tak troszkę mniej niż te z top 3. Dla gier i seriali top 3 wydało się jednak wystarczające, ponieważ aż tyle w tym roku nie grałem i nie oglądałem, żeby wystarczającą ilość razy się zachwycić na stworzenie top 10. Wybrałem najgorsze tylko jeśli chodzi o filmy, bo w przypadku seriali oraz gier nic nie wzbudziło we mnie nienawiści.

Pod uwagę biorę pozycje, które miały w 2021 miały ogólnodostępną premierę w Polsce, bądź na platformach streamingowych.

Najlepsze filmy 2021 roku:

10.  Ojciec (The Father, Florian Zeller, 2020)

Ojciec to nie tylko tour de force Anthony’ego Hopkinsa, ale przede wszystkim horror pamięci. Przerażający film o tym, jak wraz ze starzeniem się nasza pamięć może nam płatać niezbyt zabawne figle. Udało się twórcom za pomocą narracji oddać, w jaki sposób może działać umysł osoby chorej na Alzheimera.

9. Nie czas umierać (No Time to Die, Cary Fukunaga, 2021)

To najbardziej emocjonalny film o Bondzie obok W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości. Trudno coś powiedzieć o filmie bez spoilowania wielu twistów fabularnych, ale Bond podobnie jak w tamtym filmie urósł do statusu postaci tragicznej. Dla niektórych może to zepsuć eskapistycznego ducha serii, ale ja lubię, jak moi bohaterowie cierpią, stają się bardziej ludzcy, a przez to mogę się z nimi identyfikować i przeżywać prawdziwe emocje, a nie tylko ekscytację z powodu kolejnej wybuchowej sceny akcji.

Nie obyło się bez wad. Przede wszystkim Rami Malek jest fatalnym antagonistą, a jego plan nie ma za wiele sensu, jednak finalnie potrafi uderzyć Bonda tam, gdzie zaboli go najbardziej. To nie tylko świetny film o Bondzie, ale naprawdę dobry melodramat, zupełnie jak W Tajnej służbie Jej Królewskiej Mości, do którego nawiązaniami Nie czas umierać jest wypełnione. Dobry wzorzec.

Nigdy wcześniej też nie byłem tak ciekawy jak twórcy poprowadzą serię dalej.

8. Eternals (Chloé Zhao, 2021)

Superbohaterowie też mogą mieć kryzys egzystencjalny. W zasadzie w komiksach Marvela ciągle go mają, na tym polega spora część charakterystyki komiksów Domu Pomysłów. Nigdy jednak w filmowych adaptacjach nikt nie zadał tak dosadnie pytania „a co by się stało, gdyby superbohaterowie zwątpili w misję, którą mają wypełnić”.

Film podzielił widownię i krytykę, ale wydaję mi się, że Chloé Zhao wręcz po to go stworzyła. Mam wrażenie, że czas może być jednak łaskawy dla Eternalsów i film zyska cult following, na który zasługuje. To obok Avengers: Czas Ultrona najbardziej autorska produkcja MCU, która podobnie jak film Jossa Whedona płaszczykiem bombastycznej rozrywki zadaje naprawdę intrygujące pytania o sens istnienia, które zostały we mnie jeszcze na długo po seansie. Nie jest to idealny film, ale ma serce na właściwym miejscu.

7. Nomadland (Chloé Zhao, 2020)

W tym filmie Chloé Zhao do perfekcji doprowadziła swój styl mieszania kina z pogranicza fabuły i dokumentu. Tym razem pomiędzy naturszczyków wprowadziła Frances McDormand, która gra niezrozumianą przez swoich bliskich kobietę, która decyduje się na życie nomadki jeżdżącej kamperem po Stanach Zjednoczonych. To film o stracie, samotności, wolności i wielu innych rzeczach, o których opowiada w naprawdę subtelny sposób. Jest tylko jedna niesamowita skaza na tym diamencie. Reklamowanie słynącego z wątpliwych etycznie praktyk w stosunku do pracowników Amazona w filmie, który jest o ucieczce od kapitalizmu i konsumpcyjnego stylu życia? Coś tutaj jest bardzo nie tak. W czasie seansu wręcz się zastanawiałem, czy film nie został sfinansowany przez Amazona, ale tak nie było, a mimo to są sceny, które wyglądają jak reklama tego molocha.

6. Powrót do tamtych dni (Konrad Aksinowicz, 2021)

To jest bardzo Polski film, w dobrym tych słów znaczeniu.

Początek lat 90. Czternastoletni Tomek (Teodor Koziar) mieszka z matką (Weronika Książkiewicz). Jego ojciec (Maciej Stuhr) wyemigrował za chlebem do Stanów Zjednoczonych. Gdy chłopak przeżywa właśnie pierwszą nastoletnią miłość do nowej koleżanki z klasy Marty (Oliwia Gołębiowska), ojciec niespodziewanie wraca z emigracji. Szczęście chłopaka trwa jednak krótko, ponieważ mężczyzna nękany poczuciem porażki zaczyna wracać do nałogu alkoholowego.

Film Aksinowicza miesza typowe dla polskiego kina uczucie beznadziei z dozą humoru i dużą garścią nostalgii. Ten nostalgiczny powrót do dzieciństwa jest pełen pięknych momentów. Gdy główny bohater tańczył po raz pierwszy ze swoją sympatią w rytm The Lady in Red, aż sam się cofnąłem emocjonalnie do swojej przeszłości, gdy pierwszy raz to robiłem, ale u mnie było to Take My Breath Away.

Jest tu jednak też pełno bólu i niejednoznacznie toksycznych zachowań. Łatwo oskarżyć ojca pijaka o to, że zniszczył dzieciństwo synowi, ale mam wrażenie, że matka jest tutaj nie mniejszą krzywdzicielką. Zatrzymuje męża pod dachem, żeby tylko za bardzo nie wynieść swoich problemów do osób trzecich, zamiast starać się wysłać go na terapię. Rozumiem ją jednak, alkoholizm dalej jest w naszym społeczeństwie traktowany jako stygma, występek, a nie jako choroba.

Małe wielkie kino.

5. Sound of Metal (reż. Darius Marder, 2019)

Ten film z mocą metalowego pręta uderzył w moją wrażliwość i lęki. Praktycznie czułem fizycznie, jak główny bohater tracił zmysł, który pozwalał mu realizować się w tym co kochał. Gdy Ruben (Riz Ahmed) tracił słuch, niezbędny w karierze muzyka, to ja z przerażeniem myślałem, jak zrezygnowany bym się czuł, gdybym zaczął tracić wzrok. A potem bohater walczył dla kobiety swojego życia, ale gdy już do niej wrócił, to poczuł się niepotrzebny. Moje serce zostało złamane i nawet to zakończenie, w którym bohater symbolicznie godzi się ze swoim losem, godzi się, że już nic nie będzie takie jak było, nie było w stanie go scalić.

Mam trochę zarzutów do filmu Dariusa Mardera. Wątek społeczności głuchoniemych za bardzo chwilami miał posmak społeczności na wzór jakiejś sekty. Nie zgadzam się z filozofią Joe (Paul Raci), według której osoby głuchonieme powinny żyć odizolowane od reszty społeczeństwa, żeby nie czuły, że są niepełnosprawne. Nie zgadzam się, ale rozumiem ten tok myślenia. Poza tym nie osłabia to emocjonalnego ciosu, który wyprowadza film, ale dopełnia go intelektualną rozkminą, co szanuję.

4. Palm Springs (Max Barbakow, 2020)

Czasami się zastanawiam, czemu tak trudno nakręcić dobrą komedię romantyczną. Przecież przepis wydaje się prosty: znaleźć dwójkę aktorów ze sporą chemią, postawić ich w sytuacji pełnej przeciwności stojących na drodze ich miłości i wyciągnąć z tego pierwiastek komediowy. A jednak prawdziwe perełki w tym gatunku w ostatnich latach można policzyć na palcach jednej ręki.

Jako niepoprawny romantyk jestem niesamowicie szczęśliwy, że wreszcie się udało. Palm Springs to najlepsza komedia romantyczna od czasu Poradnika pozytywnego myślenia i prawdopodobnie film, który z każdą powtórką będzie mi się podobał jeszcze bardziej. Niektórzy powiedzą, że to już było grane w Dniu świstaka. Niby tak, ale jednak nie, ponieważ tutaj w pętli lądują obydwie połówki relacji romantycznej i przez to jest to film o czymś zupełnie innym. O tym jak się rodzi miłość, o tych spędzonych ze sobą chwilach, w których zaczynamy się odkrywać przed sobą, a przede wszystkim o tym, że drugą połówkę można znaleźć w najmniej spodziewanych sytuacjach – na przykład w pętli czasowej!

Andy Samberg jest uroczo gamoniowaty jak zawsze, a Cristin Milotti jest po prostu niesamowicie urocza. Chemia między nimi jest nieopisana, a to finałowe wyznanie miłości spowodowało, że aż po seansie zachciało mi się napisać coś podobnego. Feel good movie roku.

3. Licorice Pizza (Paul Thomas Anderson, 2021)

Mój ulubiony twórca zdecydował się zrobić film w gatunku, do którego mam niesamowitą słabość. Po prostu nie było możliwości, żebym nie był urzeczony. Licorice Pizza jest naprawdę uroczym filmem o pierwszym zauroczeniu. Anderson cofnął się do swoich młodzieńczych lat i nakręcił film, w którym fakty oraz anegdoty łączą się z miłością do kina. Posunął się w tym mieszaniu faktów z fikcją do tego stopnia, że w głównej żeńskiej roli obsadził Alanę Haim, która jest córką Donny Haim, w której podkochiwał się, będąc właśnie nastolatkiem.

Narracyjnie Licorice Pizza jest filmem bardzo rozbitym, ale składa się z takich genialnych kawałków, że na pewno byłby hitową składanką w sieci sklepów muzycznych, z których film wziął swoją nazwę. To właśnie taki the best of, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Tutaj nawiązanie do Taksówkarza, tam Bradley Cooper szalejący jako Jon Peters, jeszcze gdzie indziej David Bowie pogrywający w tle wydarzeń, a wszystko to składa się na nostalgiczną podróż do czasów młodości, której głównym celem jest atrakcyjna starsza dziewczyna. W końcu pamiętamy tylko najbardziej intensywne momenty sprzed lat, więc nic dziwnego, że nowy film twórcy Magnolii się składa się z samych takich szlagierów.

Miło też, że Anderson zauważył, że dużo biegają w tych filmach romantycznych.

2. Obiecująca. Młoda. Kobieta. (Promising Young Woman, Emerald Fennell, 2020)

Gdyby ktoś mi powiedział, że najciekawszym filmem traktującym o #metoo będzie mieszanka filmu Rape & Revenge z komedią romantyczną, to powiedziałbym, że chciałbym tego, ale w to nie wierzę. A jednak Obiecująca. Młoda. Kobieta. jest niesamowicie przewrotnym kinem zemsty o kulturze gwałtu. Przewrotne jest tu wszystko. Od genialnego castingu, w rolach oprawców w końcu widzimy mężczyzn o twarzach i medialnych osobowościach aniołków, aż po wybitny soundtrack. Chyba nikt się nie spodziewał, że jedna z najlepszych fałszywych scen romantycznych w historii będzie się rozgrywać w rytm „Stars Are Blind” Paris Hilton, a spełnienie zemsty zostanie osiągnięte przy „Angel of the Morning” Juice Newton. Ta finałowa sekwencja jest popisem szalonego geniuszu Fennell, ponieważ czujemy radość z tego, że życie oprawcy zostanie spieprzone, ale po chwili przychodzi gorycz, ponieważ tak naprawdę nikt nie odpowie bezpośrednio za seksualne krzywdzenie kobiety. Po raz pierwszy też ktoś zauważył chyba w kinie horrorowy potencjał w wykorzystaniu kropeczek z Messengera.

Dalej się nie mogę pogodzić z tym, że Carey Mulligan nie dostała Oscara.

1.Spider-Man: Bez drogi do domu (Spider-Man: No Way Home, Jon Watts, 2021)

Magicy z Marvel Studios pokazali, jak się dobrze robi nostalgię. Powroty postaci, które widzieliśmy w poprzednich inkarnacjach przygód Człowieka Pająka służą historii, a nie są fan servicem w imię samego fan service’u.

Historia sięga do moralnego jądra Spider-Mana, cofa się do słynnego motto postaci, które brzmi „Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność”. Gdy pod wpływem zepsutego zaklęcia, po którym wszyscy ludzie mieli zapomnieć, że Peter Parker jest Spider-Manem, do świata zaczynają się przedostawać antagoniści z innych uniwersów, bohater staje przed wyborem czy szybko odesłać ich na pewną śmierć, czy im pomóc. Peter postanawia ich uleczyć, mimo że wiąże się to z wielkim ryzykiem. To opowieść o tym, że czynienie dobra może nieść ze sobą przykre konsekwencje, ale to nie znaczy, że nie trzeba robić tego, co jest właściwe. Ten film wyciąga esencję z Człowieka Pająka, cofa go do korzeni, w których jest on postacią tragiczną.

To nie tylko mój ulubiony film roku, ale też zdecydowanie najlepsze kinowe przeżycie roku. Gdy otwarły się w filmie pewne portale, to widzowie zaczęli żywiołowo klaskać, co przypomniało mi, czemu przeżywanie filmu wspólnie z innymi w kinie jest takie wspaniałe. To przeżywanie wspólnych emocji. A nowy Spider-Man tych emocji zapewnia naprawdę dużo.

Willem Dafoe zasłużył na nominację do Oscara, to jedna z najbardziej przerażających kreacji ostatnich lat.

Najgorsze filmy 2021 roku:

3.Dziewczyny z Dubaju (Maria Sadowska, 2021)

Dopiero pod koniec Dziewczyny z Dubaju zaczynają udawać coś więcej niż niesmaczną eksploatację tematu sex workingu. Jednak pretensje bohaterki o to, że gangsterzy są gloryfikowani w kinie a sex workerki traktowane jak społeczny rynsztok są wyłącznie śmieszne, gdy przez większość filmu reżyserka właśnie w taki sposób traktuje swoje bohaterki. Szkoda, bo ważny temat został zmarnowany na niskich lotów rozrywkę, którą od filmów Patryka Vegi różni wyłącznie niezła strona wizualna.

2.After. Ocal mnie (After We Fell, Castille Landon, 2021)

Czego ja oczekiwałem idąc na trzecią część After? Byłem na poprzednich dwóch i nic w nich nie było poza celebracją toksycznych związków i figury bad boya, którego grzeczna dziewczynka chce zmieniać. Jedyne co się zmieniło, to że w tej części Tessa (Josephine Langford) stała się bardziej toksyczna, a całość już przekroczyła granicę opery mydlanej, w której większość postaci okazuje się spokrewniona.

1. Oczy diabła (Patryk Vega, 2021)

To najgorszy film jaki widziałem w życiu. Tym razem Patryk Vega przekroczył kolejną granicę cynizmu i nakręcił „film dokumentalny” o handlu dziećmi, który klimatem przypomina foliarski filmik z Youtube. Wiecie, za wszystkim stoją sataniści, a ostatni sprawiedliwy, na jakiego kreuje się Vega, odkrył uknuty przez nich spisek. Szkoda strzępić klawiaturę. Obrzydliwe.

Najlepsze seriale 2021:

3. Mare z Easttown (Mare of Easttown, HBO)

Mare z Easttown nie robi nic odkrywczego. To kolejna opowieść o małomiasteczkowych traumach, które wychodzą na jaw w czasie przeprowadzanego śledztwa. Ile razy to grali? Jednak Mare z Easttown robi to naprawdę dobrze, oferuje parę zaskoczeń i przede wszystkim ma asa w rękawie w postaci Kate Winslet w życiowej formie.

2. WandaVision (Disney+)

“Czym jest żałoba, jeśli nie przedłużeniem miłości?”

Najbardziej postmodernistyczna rzecz zrobiona przez Marvela. Twórcy WandaVision wykorzystali konwencję sitcomu, żeby opowiedzieć o tym, jak telewizja tworzy bezpieczną przestrzeń dla widzów, jak tworzy wyobrażenie o życiu idealnym, jak pomaga odwrócić uwagę od swojego cierpienia.

Jestem pewien, że będzie to najbardziej analizowana akademicko produkcja Marvela, ale pod względem finalnie opowiedzianej historii wcale tak bardzo nie różni się treściowo od tego, o czym komiksy Marvela opowiadają od około 60 lat. To, co zawsze wyróżniało postacie Marvela, to traumy, to, że są ludzcy w przeżywaniu rozterek, a nie są bogami jak większość postaci DC. Oczywiście Wanda (Elizabeth Olsen) ma niemal boskie moce, może zmieniać rzeczywistość pod swoje widzimisię, ale robi to co większość ludzi by zrobiła mając takie moce – tworzy świat idealny, w którym jej bliscy, którzy umarli żyją, świat, w którym każdy jest szczęśliwy i uśmiechnięty, niczym w starym sitcomie.

1. Loki (Disney+)

„Byłem w miejscu, w którym jesteś. Czułem, to co czujesz. Nie pytaj mnie, skąd wiem. Wiem… że nie chcę cię skrzywdzić. Nie chcę tronu. Chcę tylko… żeby było z tobą dobrze.”

Nie spodziewałem się, że w serialu Marvela usłyszę najlepsze słowa opisujące, jak to jest kogoś kochać, ale Loki jest zaskakująco poruszającą historią miłosną, z twistem. Bóg Psot zakochuje się… w swojej żeńskiej wersji z innego uniwersum. To trochę historia romantyczna, a trochę opowieść o miłości do samego siebie, ale nie takiej narcystycznej, a po prostu o zaakceptowaniu się takim, jakim się jest.

W Lokim jest zaskakująco dużo do rozpakowania, ponieważ to również opowieść o przeznaczeniu, zadająca pytania o istnienie wolnej woli. Loki urasta do rangi prawdziwej postaci tragicznej, która nie ma wpływu na to, że jest zła, gdy okazuje się, że siły wyższe w postaci organizacji TVA pilnują, żeby zawsze krzywdził innych. Oczywiście to też kolejna cegiełka dodana do budowy gargantuicznego uniwersum Marvela, w której jest sporo dla fanów. Doczekałem się wreszcie debiutu mojego ulubionego antagonisty, który będzie sprawiał kłopoty Avengersom przez najbliższe lata.

Najlepsze gry video 2021:

3.Resident Evil Village

Mariaż starego z nowym. Ósmy Resident czerpie mocno z kultowej czwartej części. Znowu lądujemy w europejskiej wiosce, ale wróciła perspektywa pierwszoosobowa z siódmej części. Podobnie jak w klasycznych Residentach środek ciężkości jest nastawiony na eksplorację, ale tym razem nie możemy narzekać na brak amunicji. Zmniejsza to trochę poczucie strachu i zaszczucia. Przy tym to znakomity survival horror. Mocno pulpowy, kiczowaty. Jest tym dla Resident Evil 4, czym Resident Evil VII był dla pierwszego Residenta. Duchowym spadkobiercą.

Oby kolejna część nie była jak szóstka…

2. Metroid Dread

Seria u nas mało znana, a szkoda, bo główna bohaterka serii Samus Aran, jest pierwszą prawdziwą heroiną w historii gier video.

Metroid Dread to na pozór więcej tego samego. Samus ląduje na nowej planecie, zostają jej zabrane wszystkie umiejętności i musi w osamotnieniu walczyć o przetrwanie. Tym razem twórcy dorzucili odświeżające sekwencje skradankowe, w których jak robot nas złapie, to natychmiastowo giniemy, ale to dalej metroidvania, cholernie dobra metroidvania. Poczułem ten progres, gdy początkowo walczyłem o przeżycie, a w finale czułem się niczym bóg, gdy robiłem fikołki, unikając każdego pocisku i naprawdę trudnego bossa bez draśnięcia. Nie za pierwszym razem, bo to gra, w której musimy opanować do perfekcji sekwencje ruchów przeciwnika, żeby odnieść sukces.

Filmoznawców może zaciekawić fakt, że w serii znajdziemy wiele nawiązań do kina. Cała seria jest wzorowana na Obcym, jeden z antagonistów ma nawet na imię Ridley (w przypadku serii Obcy po obejrzeniu prequeli też mam wrażenie, że tak jest), a wiele miejscówek w Metroidach na przestrzeni lat kopiowało styl H.R. Gigera.

Dawajcie mi Metroid Prime 4!

1.No More Heroes 3

Nie zrozumiecie chyba jeśli nie graliście. Seria No More Heroes to samoświadoma beka ze schematów gier video, kultury geekowskiej i zbereźna podśmiechujka z popkultury. W końcu w pierwszej części główny bohater chce zostać najlepszym płatnym zabójcą na świecie tylko dlatego, że chce zdobyć laskę! W trzeciej jest już z nią w separacji, a tym razem Travis Touchdown chce zostać najlepszym płatnym zabójcą… we wszechświecie.

Ta seria to tak bardzo moje poczucie humoru. Zadania są monotonne, ot, trzeba przejść kolejne killroomy, żeby zebrać kasę na wyzwanie bossa na pojedynek, ale wszystko to jest samoświadomym żartem z gier video, w których w zasadzie praktycznie zawsze robimy to samo! Główny antagonista tym razem jest kosmitą, który w dzieciństwie został wygnany na ziemię i zaprzyjaźnił się z chłopcem niczym E.T. z dzieciakami w klasyku Stevena Spielberga, ale ten tutaj wraca po latach, żeby podbić ziemię! A na końcu mamy scenę po napisach, której nie powstydziłby się Marvel, w której dzieci głównego bohatera przybywają z przyszłości, żeby ostrzec go, że jego brat będzie chciał podbić planetę. Parodia popkultury pełną gębą.

Bawiłem się znakomicie. Nowe dzieło Sudy51 jest stylowe, niegrzeczne i cholernie grywalne, jeśli macie specyficzny gust. Taki Deadpool gier video, ale lepszy.

Jasiek Bryg

Źródła zdjęć:

Zdj 1 oficjalne materiały Film Forum Poland

Zdj 2 oficjalne materiały prasowe filmu Nie czas umierać

Zdj 3 oficjalne materiały prasowe filmu Nomadland

Zdj 4 oficjalne materiały prasowe filmu Sound of Metal

Zdj 5 oficjalne materiały prasowe filmu Obiecująca. Młoda. Kobieta

Zdj 6 zdjęcie Sony Pictures Polska

Zdj 7 oficjalne materiały prasowe HBO Polska

Zdj 8 oficjalne materiały prasowe Disney +