Rezygnacja jako forma przekazu

176738324_366323558038492_616696830785913802_n

„Prime Time”, fot. Tomasz Kaczor / Watchout Studio

Historia pewnego buntu, który nigdy nie miał miejsca – tak w jednym zdaniu można opisać pomysł fabularny, przyświecający Prime Time (2021, J. Piątek). Jednocześnie takie stwierdzenie byłoby krzywdzącym niedopowiedzeniem, gdyż film – w tym, co stara się przekazać – znacząco wykracza poza prezentację samej intrygi. Skupia się na oddaniu ducha epoki, a także emocji głównego bohatera, które z pewnością odzwierciedlają niepokoje żyjącego ówcześnie społeczeństwa. Opowiada on też o sprawach, z którymi bez problemu mogą utożsamiać się widzowie współcześni, niekoniecznie pamiętający okres historyczny zobrazowany w dziele. Sam zaliczam się do takiej grupy odbiorców.

Prime Time przedstawia historię Sebastiana (Bartosz Bielenia), który w sylwestra 1999 roku włamuje się do siedziby stacji telewizyjnej i bierze dwoje zakładników, aby w momencie najwyższej oglądalności pojawić się na żywo na antenie i wygłosić istotny komunikat. Zasadniczo tak skonstruowana fabuła nie jest niczym oryginalnym. Do tej pory powstało wiele filmów, które wykorzystywały podobny pomysł; miejscem akcji niekoniecznie było studio telewizyjne, ale na przykład szpital (John Q, 2002, N. Cassavetes). Więzienie przypadkowych ludzi w celu zwrócenia uwagi na siebie i na problem, który chce się poruszyć, a także współpraca z uprowadzonymi oraz budowanie niemalże przyjacielskiej relacji pomiędzy porywaczem i porwanym, to elementy charakterystyczne dla tego typu produkcji. Podobnie jest w przypadku dzieła Piątka, jednakże pojawia się w nim jedno dosyć znaczące odstępstwo: główny bohater pozostaje nieprzenikniony w swoich zamiarach. Ukrycie tego istotnego aspektu fabularnego zdecydowanie służy filmowi. Napięcie jest budowane nie tylko w oparciu o pytanie, czy bohaterowi uda się dokonać wejścia na żywo, ale także o to, co chce powiedzieć.

Nie można również pominąć znakomitego aktorstwa. Na uwagę zasługuje w szczególności Bartosz Bielenia, który świetnie oddaje cały wachlarz emocji: od chłodnej kalkulacji, przez szaleńczą agresję, aż po niekontrolowaną rozpacz. Za udane występy należy docenić również pozostałą część obsady. Cezary Kosiński fenomenalnie portretuje flegmatycznego, nieudolnego negocjatora policyjnego. W swoich wypowiedziach często się powtarza, prawie cały czas nie ma pojęcia, co robi, a w kluczowych momentach brakuje mu stanowczości, oddaje pole manewru kolegom po fachu lub porywaczowi. Magdalena Popławska z kolei przeplata momenty histerii z profesjonalizmem, który nabyła poprzez lata pracy, odpowiednio dawkując poziom emocji dostarczany widzom. Wyróżniłbym również Andrzeja Kłaka, wcielającego się w rolę ochroniarza, którego charakter ma niewiele wspólnego z wykonywanym zawodem. Mężczyzna jest wyciszony, spokojny, boi się napastnika, nie podejmuje żadnych działań, które doprowadziłyby do zmiany sytuacji zakładników. Jego osobowość, stłamszona przez wielkich (w teorii) ludzi telewizji, zostaje umiejętnie przez aktora odzwierciedlona. Bohater przemyka przez kadry, niewiele mówi, skrupulatnie wykonuje zadania Sebastiana, by ostatecznie pomóc mu z własnej woli. Połączenie wspaniałych kreacji z idealnie budowanym napięciem oraz poprawną pracą reszty ekipy sprawia, iż Prime Time to całkiem przyzwoity dreszczowiec, który bez problemu może odnieść sukces jako film gatunkowy.

176217840_732402997440171_1681598107183667771_n

„Prime Time”, fot. Tomasz Kaczor / Watchout Studio

Pewną przeszkodą na drodze do zdobycia większej popularności może być najatrakcyjniejszy – w kontekście artystycznym – element dzieła. Obraz Piątka jest bowiem zakorzeniony w Polsce przełomu tysiąclecia, gdzie mieszają się dwa nieprzystające do siebie porządki: kapitalizm i komunizm. Nie każdy to zanurzenie zrozumie i zaakceptuje, stąd nużące mogą wydawać się przebitki pokazujące strajkujących górników, zestawiane z przedsylwestrową gorączką. Scenografia Katarzyny Jędrzejczyk oraz Kariny Sygowskiej również robi wrażenie: stacja telewizyjna jest wypełniona wiszącymi paprociami, a ściany obite są boazerią; w zasadzie niewiele elementów wskazuje na to, iż PRL mamy już za sobą. Policja dzieła tak samo nieudolnie i wykorzystuje te same brutalne metody, co jej komunistyczni poprzednicy. Media nie gwarantują wolności słowa, a wręcz przeciwnie – dążą do jednolitego przekazu i nie boją się naciskać na polityczne organy, aby ów spójny komunikat uzyskać.

Bunt Sebastiana nie może się udać. Pomimo tego, iż grozi dwóm zakładnikom, to on jest manipulowany: przez przybycie ojca (Juliusz Chrząstowski) do studia czy karmienie fałszywymi obietnicami. Jego głos pozostaje niesłyszalny, nawet dla oglądającego. Piątek tworzy bardzo mroczną wizję, w której postać wyrażająca sprzeciw wobec systemu, nie znajduje posłuchu i nie może liczyć na wsparcie. Co więcej, ten bunt za wszelką cenę trzeba utowarowić i sprzedać – tak przynajmniej myśli szef stacji (Adam Nawojczyk), dla którego potencjalna emisja wyznania głównego bohatera jest niczym więcej niż tylko możliwością powiększenia zaplecza finansowego. Gorzki obraz Polski – nie tylko tamtego okresu – wyłania się z fragmentów reportaży i walki Sebastiana z bezduszną medialną machiną, która z każdej sytuacji potrafi zrobić gorącą sensację. Niezwykle aktualny  utwór wymaga od widza, aby to on stanął na miejscu głównego bohatera i wystosował swój własny apel.

Prime Time to jedna z ciekawszych polskich produkcji ostatnich lat, która fenomenalnie wykorzystuje konwencje gatunkowe, aktualizując je o dodatkowe tropy interpretacyjne. Oczywiście nie wystrzega się przy tym błędów, głównie technicznych (np. czapka głównego bohatera, która magicznie pojawia się na jego głowie między ujęciami), a także scenariuszowych – sekwencja z ojcem porywacza nie była moim zdaniem konieczna, jest bowiem zbyt przerysowana i patetyczna. Niemniej dzieło Piątka błyszczy pod innymi względami, przede wszystkim dzięki temu, że odnosząc się do konkretnego okresu historycznego, zasadniczo opowiada o współczesności. Dobitnie podkreśla to scena, prezentująca fragment reportażu, w którym kilku nastolatków opowiada o tym, co chciałoby robić w przyszłości. Wszyscy, co do jednego odpowiadają, iż zamierzają wyjechać za granicę. Prime Time zmusza widza do zadania nader ironicznego i zarazem retorycznego pytania: czy od przełomu tysiącleci coś się zmieniło?

Mateusz Tkaczyk