„Wszystko wszędzie naraz” – Odyseja rodzinna

Rozliczanie podatków, multiwersum, kung-fu, Pixar i wielkie bajgle. Tak mocno upraszczając można określić nowy film duetu Daniels (Daniela Kwana oraz Daniela Scheinerta) w pigułce. Pomimo świadomości poprzednich dzieł autorów i pierwszych zwiastunów absolutnie nie byłem gotowy na seans Wszystko wszędzie naraz. Autorzy bowiem ponownie, po Człowieku-scyzoryku (2016), zaserwowali jazdę bez trzymanki. W trakcie której regularnie i gwałtownie moje emocje wędrowały od absolutnego zachwytu i euforii nad absurdem kolejnych pomysłów po momenty szczerego poruszenia i końcowego katharsis.

Historia zaczyna się relatywnie przyziemnie – chińska rodzina imigrantów prowadzi pralnię w Stanach Zjednoczonych. Widzimy problemy wynikające z aktualnego położenia finansowego bohaterów, problemy natury wychowawczej i inne sytuacje zapalne przyszłych wydarzeń. W trakcie trwania filmu głowa tejże rodziny – Evelyn (Michelle Yeoh), odkrywa, że istnieje wiele różnych uniwersów, które ukazują, jak potoczyło się jej życie zależnie od każdej podjętej przez nią decyzji. Równie szybko odkrywa zagrożenie z innego wymiaru, któremu musi stawić czoła, aby uratować siebie i swoją rodzinę.

Nie zamierzam zdradzać więcej z fabuły. Sam pomysł wyjściowy stojący za Wszystko wszędzie naraz wydaje się wystarczająco nonsensowny, żeby gmatwać go jeszcze bardziej niezręcznymi oficjalnymi opisami wziętymi prosto z IMDB. Tak jak wcześniej to zarysowałem w filmie duetu Daniels znajdziemy, nomen omen, wszystko. Od obłędnie i perfekcyjnie zaaranżowanych scen walk przywodzących na myśl Matrixa sióstr Wachowskich oraz najlepsze lata chińskiego kina kopanego (dodatkowo ze szczególnym wskazaniem na te nieco luźniejsze w swoim tonie filmy z Jackie Chanem pokroju Pijanego mistrza Woo-Ping Yuena), naprawdę pomysłowych motywów science fiction zawstydzających wszystkie próby MCU w łączeniu wielu uniwersów, kompletny tonalny chaos (w tym dobrym sensie) po naprawdę poruszające i obyczajowe sceny oraz absurdalny humor wynikający z fuzji tychże elementów. To sprawia, że Wszystko wszędzie naraz trudno przypisać do jednego gatunku, gdyż co chwilę autorzy w mgnieniu oka i niemal niezauważalnie, wykorzystując motyw wielu uniwersów, zabierają nas w coraz to bardziej oderwane od siebie rejony. Ta przedziwna mieszanka teoretycznie powinna wywoływać wymowne reakcje ze strony układu pokarmowego, jednak duet Daniels doskonale odnajduje się w plątaninie niespotykanych i dziwnych pomysłów, co pokazali jeszcze przy okazji tworzenia pierwszych klipów muzycznych (Turn Down for What ma wciąż oszałamiająco dobry teledysk). Prosty koncept pokazywania innych wersji życia głównej bohaterki twórcy eksploatują do cna, co jest katalizatorem naprawdę wielu bardzo smacznych popkulturowych żartów (znajdą się nawet nawiązania do Kubricka oraz Spragnionych miłości Wong Kar-Waia). Najlepiej jednak przekonać się o tym samemu. Dość powiedzieć, że w jednej z najmocniejszych scen w całym filmie nie pada żaden dialog podany w standardowy sposób, a mimo to zachowuje się tutaj odpowiedni balans pomiędzy absurdem sytuacji, i naprawdę głęboką dysputą filozoficzną na bardzo przyziemne tematy.

Wszystkie te sceny w ogóle nie działałyby, gdyby nie fantastyczna gra aktorska. Michelle Yeoh i Jamie Lee Curtis są jak zwykle zjawiskowe na ekranie, jednak małymi odkryciami ekranowymi są Ke Huy Quan jako mąż Evelyn i Stephanie Hsu jako córka protagonistki, którzy ani trochę im nie ustępują. Zdecydowana większość tych co bardziej niedorzecznych scen sprzedawana jest przez wszystkich aktorów na poważnie, uderzając w bardzo podobne nuty, co komedie braci Zucker, choć autorzy są w pełni świadomi absurdów filmu rzucając co chwilę samoświadomymi i autorefleksyjnymi żartami – dając widzowi krótki moment na złapanie oddechu (bardzo krótki moment). Całość bezbłędnie podkreślana jest przez cudowną ścieżkę dźwiękową przepełnioną historycznymi chińskimi instrumentami oraz motywami wziętymi prosto z muzyki klasycznej jak utwory Debussy’ego.

Cały ten chaos, w pełni kontrolowany przez duet Daniels, w swojej formie jest zarazem imponujący i zatrważający. Jednak to, co stanowi o wartości Wszystko wszędzie naraz jest opowiedziana w filmie historia kryzysu w rodzinie, siły więzi, pomocy i dojrzewania do podejmowania słusznych decyzji. Wydaje się, że mówię o tym nieco za wcześnie, jednak duet Daniels wyrobił sobie bardzo charakterystyczny “chwyt” w swoich filmach. Tak jak w Człowieku-scyzoryku wytwarzane przez martwego Daniela Radcliffa gazy symbolizowały wstydliwe rzeczy jakie ukrywamy przed resztą społeczeństwa tak we Wszystko wszędzie naraz wyjściowy koncept, wszystkie nagłe cięcia, zmiany w tonie i ogólna konsternacja mają jak najlepiej odzwierciedlać uczucia bohaterów, którzy znaleźli się na życiowym zakręcie i nie do końca wiedzą, jak rozwiązać swoje problemy.

Uniwersalnym rozwiązaniem wszystkich tych problemów jest oczywiście rodzina. Finalne rozwiązanie akcji wydaje się zaskakująco proste i banalne do pewnego stopnia, jednak to cała wyboista i między wymiarowa droga prowadząca do niego jest kluczem dla rozwoju jaki przeżywa rodzina Wangów odnajdując w sobie odpowiednio dużo wsparcia, aby przeżyć kryzys. Wszystko wszędzie naraz to bowiem film od studia Pixar, ale live-action i podany w najatrakcyjniejszej formie z możliwych czyniąc nowe dzieło duetu Daniels jednym z najbardziej emocjonujących kinowych doświadczeń ostatnich lat.

Jan Andrzej Legus

Źródło zdjęcia: oficjalne materiały prasowe filmu