Porozmawiajmy o menstruacji – „To nie wypanda”

Przywykliśmy już do tego, że animacje produkcji Pixara zazwyczaj dostarczają nam dużo emocji, poruszają ważne tematy i dodatkowo stworzone są z przepięknych obrazków. Światy tworzone w tej wytwórni często ze świeżością dotykały spraw nieobecnych w zachodniej mainstreamowej animacji zdominowanej przez Disneya. To tam powstał mój ulubiony film superbohaterski Iniemamocni (2004), czy jedna z najpiękniejszych filmowych scen otwierających (Odlot [2009]), a także postapokaliptyczna wizja dająca nadzieję i będąca jednocześnie opowieścią o miłości robotów WALL-E (2008). Wszystkie te historie kierowane nie tylko dla dzieci, ale również i dorosłych nadal potrafią uczyć i przekazywać cenne wartości. To nie wypanda, pomimo kilku nieudanych elementów, mogę również zaliczyć do grona tych ważniejszych animacji tego studia.

Mei Lee główna bohaterka tej opowieści jest trzynastoletnią dziewczynką, która zapoznaje nas ze swoim „dorosłym” światem. Jest dobrą uczennicą, przykładną córką, ale również ma grupkę dobrych przyjaciółek, z którymi może powzdychać do tych samych chłopaków lub posłuchać ulubionego boysbandu. Pochodzi z rodziny chińskich emigrantów, która od paru pokoleń mieszka w Kanadzie. Mama Mei – Ming Lee jest nadopiekuńczą, ale i surową matką, która pragnie, aby jej córka zachowywała się jak ideał. Historia oparta jest na prawdziwym życiu reżyserki Domee Shi, która również była emigrantką, miała mocne relacje z matką, która była równie wymagająca.

Temat, który porusza animacja z jednej strony może wydawać się banalny, jest nim dziewczęce dojrzewanie, z drugiej strony nadal tak rzadko spotykany w animacjach dla dzieci i nastolatków. Nareszcie w prosty i niewyolbrzymiony, ale również zabawny sposób pojawia się pierwsza miesiączka. Scena, jak pisałam, dość zabawnie normalizuje ten aspekt kobiecego dojrzewania, na ekranie pojawiają się także podpaski i to ich różne rodzaje. Twórcy chcąc może urozmaicić i pokazać historię w bardziej zachęcający dla młodszych widzów sposób postanowili dojrzewanie, nagromadzenie wielu emocji oraz same przemiany związane z ciałem ukazać jako rzeczywistą metamorfozę w wielką czerwoną pandę. Stąd też, jak można się domyślać, wzięty został polski tytuł, który dość zgrabnie gra językowo z wydarzeniami w filmie. Moim zdaniem jednak jest ugrzecznioną formą, która trochę gubi oryginalne Turning red, które również można odnieść do samej menstruacji.

Zamiana w pandę była ciekawym punktem wyjścia dla przekazania dzieciom i nastolatkom tego okresu, który ich samych czeka w życiu, jednak w całej tej zabawie gubi się trochę ten najważniejszy wydźwięk. Mei używa swojej mocy, klątwy, która przechodzi w jej rodzinie na każdą kolejną kobietę, przede wszystkim po to, aby zarobić na bilety na koncert jej i koleżanek ulubionego zespołu. Przemiany te sprawiają, że staje się ona powoli kimś innym, przestaje się słuchać swojej matki, odkrywa w sobie cechy, których wcześniej nie znała. Środkowa część filmu jest próbą szybkiego, jak dla mnie za szybkiego, ukazania tych zmian, które za mało wybrzmiewają w całości. Dopiero końcówka daje nam satysfakcjonującą konfrontacje nowej Mei z jej matką.

Równie ważnym tematem jest właśnie powyższa relacja, matki i córki. Ming Lee będąca tą stereotypową azjatycką mamą wymaga od swojego dziecka ideału. Nie jest jednak ona postacią negatywną, twórcy ukazują nam, że ona również wychowywana była w taki sposób przez swoją matkę, a jej główną motywacją jest dobro Mei oraz ogromna miłość do niej. Pomimo ważności tej relacji, to rozmowa córki z ojcem, który przez cały film był spychany do bycia tłem, pozwala jej na zrozumienie siebie. Jin Lee radzi więc swojemu dziecku oswoić negatywne emocje, a nie pozbywać się ich. Dzięki temu Mei podejmuje własną decyzję o oswojeniu pandy i znajduje też siłę, aby pokazać prawdziwą siebie matce. Zrywa tym samym wcześniejszą relację, którą miały, ale równocześnie tworzy coś nowego, opierającego się na miłości, ale również na zachowaniu prawdziwej siebie w tak ważnych stosunkach z matką.

Jedną z rzeczy, nad którymi zastanawiałam się czy nie będą dla młodszych widzów mniej ciekawszym elementem świata jest umieszczenie tej historii w roku 2002. Rozumiem, że autobiograficzność samej treści zadecydowała o takim wyborze, mimo wszystko rzeczywistość tych czasów różni się od współczesnych. Zapewne emocje i kwestie związane z samym dorastaniem pozostają podobne jednak konteksty nas otaczające wiele się zmieniły. Dla mnie i wielu starszych widzów dorastający w tamtych latach z pewnością łatwo było utożsamić się z dzieciństwem bohaterki, często śmiałam się z elementów, które sama pamiętam ze swojego dorastania i kultury, która mnie wtedy otaczała. Nie jestem jednak pewna czy właśnie te drobne rzeczy nie będą mniej atrakcyjne dla ludzi, do których przede wszystkim skierowana jest ta animacja, czyli młodych nastolatków.

Morał, który przekazuje powyższa historia jest ważny i jak to bywa u Pixara, skierowany nie tylko do dzieci, ale i dorosłych. Obie matka i córka musiały się zmienić, aby zachować rodzinne relacje, opierające się na miłości, ale także zrozumieniu i akceptacji. Sama zaś strona wizualna wygląda atrakcyjnie dla młodszego widza. Pojawiają się piękne fragmenty, jak na przykład w lesie bambusowym, wyróżniające się inną animacją, jednak cała reszta również jest kolorowo zachwycająca, najczęściej swoimi detalami.

Był to dla mnie nostalgiczny seans. Przypomniał mi o momentach wstydu, pierwszych zauroczeń i emocji, które wydają się teraz dziecinnie nieważne. Do tego przeniesienia w czasie przyczynił się również cudowny soundtrack, zwłaszcza piosenka Nobody like U, która brzmi jak pop z początku wieku. Przyznam się, że zazdroszczę dzisiejszym dzieciom i nastolatkom takich mądrych bajek, które poruszają przeróżne tematy dotykające codziennego życia.

Karolina Szuba

Źródło zdjęcia: oficjalne materiały prasowe wytwórni Pixar