Leśny koszmarek

Nagłówek (W lesie Kowalski 2020)

(W lesie dziś nie zaśnie nikt, reż. Bartosz M. Kowalski)

Kiedy w 2016 roku Bartosz M. Kowalski pokazał swój debiut fabularny Plac zabaw, zarysował się w polskiej kinematografii jako odważny, nie bojący się ryzyka reżyser. W 2020 roku powrócił z długo zapowiadanym pierwszym polskim slasherem. Seans zabiera nas na leśną wycieczkę, której nastrój zostaje przerwany przez dźwięk rozładowanego telefonu, po którym nadziei zostało już tylko tyle, ile procent baterii.

Kowalski do swojego dzieła zaangażował dwójkę producentów, Mirellę Zaradkiewicz i Jana Kwiecińskiego. Wychowani na tej samej slasherowej tradycji, doskonale czuli klimat i wiedzieli, o czym Kowalski myśli. Razem przywołali poszczególne obrazy z ich dzieciństwa i przenieśli do swojego filmu. Trio stworzyło więc historię, w której głównymi bohaterami są uzależnieni od różnego rodzaju elektroniki nastolatkowie. Grupa uczestników pokazuje nam cały przekrój przerysowanych postaci, od osiłka zaczynając, na blond piękności kończąc. Pierwsza leśna scena zbiorowa, w  której fenomenalny w swojej kilkuminutowej roli Wojciech Mecwaldowski, ogłasza start obozu i reset od rozpraszających telefonów i tabletów, zapowiada, że przygodę czas zacząć. Jesteśmy więc w lesie, i nie mamy nic, oprócz ogromnego plecaka i twardej, lecz nieco nierozgarniętej przewodniczki (Gabriela Muskała).

Nastoletni casting, jak się okazało, był strzałem w dziesiątkę. Pojawili się tu zarówno mniej znani aktorzy: Sebastian Dela i Stanisław Cywka, jak i osoby z większym doświadczeniem, od Michała Lupy zaczynając, a na Wiktorii Gąsiewskiej i Julii Wieniawie kończąc. To właśnie Lupa w roli Julka okazuje się najbardziej przekonujący, a widz wierzy w każde jego słowo i emocję pokazaną na twarzy.  Zaskoczeniem okazał się Cywka, który nawet nie musiał się odzywać, aby sparaliżować widza strachem, widocznym w jego oczach. Nie można nie wspomnieć o Julii Wieniawie, której umiejętności aktorskie były dotychczas przez wielu kwestionowane. Grana przez nią Zosia, to najbardziej rozbudowana postać, i choć wydawać nam się może, że wiemy o niej najwięcej, to wcale tak nie jest. Wieniawa kreując postać tajemniczej dziewczyny z przeszłością, spisuje się całkiem nieźle, początkowo kreując swoją postać samym ciałem i spojrzeniem. Cały czar jej postaci niestety pryska, kiedy grana przez nią Zosia zaczyna mówić. Ton głosu i sposób wypowiada się psuje wykreowaną dotychczas postać. Julia potrafi zagrać ciałem i spojrzeniem, jednak z głosowym wczuciem się w postać, ma jeszcze spory problem. Być może przyczyną jest charakterystyczna maniera w jej głosie, która ani trochę nie pasuje do granej przez nią Zosi. Wieniawa, która przed premierą stawiana była w centrum,  przytłoczona zostaje przez postacie męskie. Prowadzone w doskonały sposób sprawiają, że widz czuje się tak jakby był w ich pełnej potu i strachu skórze. Kowalski podstawił na młody team aktorski, jednak pozwolił też na sceny z udziałem weteranów, takich jak Lubaszenko, Mecwaldowski czy Cyrwus.

Zdj 3 (W lesie Kowalski 2020)

(W lesie dziś nie zaśnie nikt, reż. Bartosz M. Kowalski)

W lesie dziś nie zaśnie nikt może pochwalić się całym bagażem cech gatunkowych; bohaterowie gonią, uciekają i rozdzielają się. Monstrualna paskuda biega po lesie i ucina każdą część ciała, jaka akurat mu się napatoczy. Na przemian boimy się, krzywimy i śmiejemy. Mistrzowsko skomponowane dialogi rozluźniają poważną atmosferę i pozwalają na chwilę wytchnienia oraz otarcie potu z czoła. Cezary Stolecki, który zajął się zdjęciami, wykreował duszny, pełen hormonów i zapachu krwi las. Jimek biorąc na warsztat elektronikę lat 80., skomponował soundtrack, który jeszcze bardziej podbija dźwięki bijących serc. Na oklaski zasługuje również charakteryzacja w filmie. Umazane w krwi i brudzie monstra, prezentują się zaskakująco solidnie.

Kowalski tworząc W lesie dziś nie zaśnie nikt, wcale nie próbuje wyjść poza schemat typowego slashera, a wręcz idealnie wpasowuje się w jego ramy. Nie jest to film, przy którym mamy interpretować, szukać i analizować. To film na wieczór dla osób będących fanami Koszmaru z ulicy Wiązów i Krzyku. Zakończenie jest utarciem nosa wszystkim polskim komediom romantycznym (i nie tylko), które w zwyczaju mają wykładać kawę na ławę. Kowalski doskonale wiedział, jaki film chce stworzyć — slasher, który za zadanie ma wbić się w środek strachu i ubawu i pokazać coś, czego w polskim kinie jeszcze nie nakręcono.

Klaudia Dzięgiel