Mity Ameryki, mity Scorsesego

Irlandczyk 1

(Irlandczyk, reż. Martin Scorsese)

Irlandczyk jawi się jako spotkanie starych przyjaciół, którzy próbują przywrócić chwałę dawnych osiągnięć i udowodnić ( może przede wszystkim sobie), że choć świat się zmienia, ich czas jeszcze nie przeminął. Scorsese, stojący w kontrze do współczesnego kina zdominowanego przez superbohaterów, Irlandczykiem daje wyraz kinu, w które dalej wierzy, które pragnie z pietyzmem celebrować, o którego miejsce we współczesnej kinematografii chce walczyć.

Reżyser powraca do klimatów, w których czuje się najlepiej: na podstawie książki Charlesa Brandt’a Słyszałem, że malujesz domy… tworzy złożoną, rozpisaną na wiele lat historię gangsterską, prezentującą hermetyczny, specyficznie męski świat, w którym nieustająco toczy się walka o wpływy, a przemoc staje się jedyną drogą do egzekwowania swojej dominacji.

Irlandczyk w pewnym sensie pozostaje filmem niezwykle bezpiecznym- Scorsese wykorzystuje motywy i chwyty dopracowane do perfekcji przez cały okres swojej twórczości, nie porywając się na ekscesy inscenizacyjne i fabularne. Pewną, mistrzowska ręką konstruuje świat, który w pełni kontroluje i rozumie, zachwyca swoją reżyserską precyzją, lecz niczym nie zaskakuje. Dla widzów wychowanych na Chłopcach z ferajny czy Kasynie, Irlandczyk pozostanie wysoko jakościową, miejscami ekscytującą, lecz nadal jedynie powtórką z rozrywki.

Tym, co wypada w filmie najlepiej, jest zdecydowanie nakreślenie specyficznego okresu z najnowszej historii Stanów Zjednoczonych: przewijające się w tle kwestie związane z prezydenturą Kennedy’ego i rosnącą rolą związków, budują obraz bogatego, uwikłanego w szereg zależności i delikatnych układów świata i nieustającej w nim walki o władzę.
Scorsese zgromadził w swoim filmie prawdziwy szereg tuzów, będących jednocześnie aktorami biorącymi udział w najważniejszych jego dziełach. Jak za czasów swej największej artystycznej świetności, reżyser powierza główną rolę swemu ukochanemu aktorowi, Robertowi De Niro, skupiając na nim cały ciężar opowieści. Będący naszym przewodnikiem po świecie, bohater De Niro paradoksalnie pozostaje najbardziej miałkim i nie porywającym z całego zestawu prezentowanych postaci. Być może ekspresja aktorska De Niro została zubożona za sprawą ‚cyfrowego, odmładzającego makijażu’ lecz prawdą jest, że jego bohater, będący jedynie pionkiem w gangsterskich porachunkach, nie zasługuje na oscylowanie jako punkt centralny fabuły.

Irlandczyk 2

(Irlandczyk, reż. Martin Scorsese)

 

Zdaje się, że film ogromnie zyskałby, gdyby skupił się na którejś z krążących wokół Sheerana postaci: Rusella Bufalino, granego przez Joe Pesciego oraz Jimmy’ego Hoffa, w którego wcielił się Al Pacino. Pierwszy z nich jawi się jako postać fascynująca: drobny, niski mężczyzna emanujący niezwykłym spokojem i autorytetem, nigdy nie podnoszący głosu, a będący kluczową w przestępczym świecie figurą, z którą każdy musi się liczyć (Joe Pesci z pewnością tworzy najlepszą kreację aktorską w całym filmie). Z kolei Al Pacino, jako stojący na czele związków zawodowych Hoffa, wnosi na ekran szaloną dawkę energii i życia, która choć z początku zachwyca, szybko powszednieje, tak jakby aktor znalazł tylko jeden, krzykliwy ton, w jakim rozgrywa swoją postać.

Jak aktorzy funkcjonują w relacjach między sobą? Patrząc na wspólne sceny prawdziwych mistrzów- De Niro i Pacino, trudno nie przywołać z pamięci ich najsłynniejszego filmowego spotkania- krótkiej, lecz pamiętnej rozmowy przy kawiarnianym stoliku w Gorączce Michaela Manna. Scena stanowiąca ucztę dla każdego kinomana, wręcz kipiała od nagromadzonych w niej emocji- w tej niezwyklej aktorskiej konfrontacji, każda sekunda, grymas i słowo posiadały ogromną wagę. W trwającym grubo ponad trzy godziny Irlandczyku, na próżno szukać takich scen- De Niro i Pacino dzielą ze sobą ekran w wielu scenach, lecz żaden dialog lub wymiana spojrzeń nie niosą ze sobą nawet ułamku ładunku emocjonalnego, pamiętanego z Gorączki.

Najbardziej poruszającymi pozostaje ostanie pół godziny filmu- we współczesnym świecie, desperacko odsuwającym od siebie myśl o starości i jej konsekwencjach, to co w swoistym antyklimaksie filmu prezentuje Scorsese, zaskakuje i przemawia do jak najbardziej ludzkiego instynktu- głęboko zakodowanego lęku przed starością, osamotnieniem i życiem wypełnionym już tylko rozpamiętywaniem dawnych win i oczekiwaniem na śmierć. Ta niespodziewana konkluzja wielkiej gangsterskiej epopei, pozostawia widza poruszonym a zarazem pełnym wątpliwości- czy Frank Sheeran rzeczywiście żałował za grzechy?

Irlandczyk od czasów pierwszych zapowiedzi ekscytował i intrygował, stając się polem do dyskusji i wyrazem buntu autorskiego przeciwko głównym nastrojom mainstreamowego kina. Reżyser bazujący na doświadczeniu i maestrii, niezaprzeczalnie tworzy kawał dobrego, solidnego kina. Niestety, pod wieloma względami dziwnie pozbawionego energii i duszy. Film Scorsese, podobnie jak sama Ameryka, o której z lubością opowiada, nie zawsze dorasta do swoich własnych mitów.

Aleksandra Komorowska