Festiwale, samuraje i praca u podstaw. Rozmowa z Jagodą Murczyńską (cz. 1)

Jagoda-Murczynska

Z Jagodą Murczyńską, filmoznawczynią i organizatorką Festiwalu Pięciu Smaków, rozmawia Wojciech Tutaj
W.T: Skąd wzięła się Twoja miłość do Azji i czy zaczęła się od kina?
J.M: Szło to bardzo wielokierunkowo. Pierwszym moim spotkaniem ze współczesną kulturą azjatycką było anime, oczywiście filmy Hayao Miyazakiego. Obejrzałam Księżniczkę Mononoke, byłam wstrząśnięta i zachwycona. Potem trafiłam na japońskie dramy, w czasach liceum. Nie było wtedy jeszcze szerokiego dostępu do azjatyckiego kina. Za chwilę przyszły Nowe Horyzonty, kino takich twórców jak z jednej strony Ozu, z drugiej Bollywood, a z trzeciej Tetsuo oraz inne dzieła Tsukamoto i pozostałych autorów japońskiego cyberpunku. Odkryło to przede mną rzeczywistość, o której w ogóle nie miałam pojęcia, ale bardzo chciałam ją zgłębić. Te zainteresowania pokryły się z moją pasją do czytania, poznawania innych kultur, podróżowania.
Film okazał się idealnym sposobem, żeby poznawać tamtą rzeczywistość, kulturę i trafiać do ludzi, twórców i widzów. Mówimy przy okazji festiwalu, że film jest dla nas mostem do ludzi. Brzmi to górnolotnie, ale naprawdę tak jest, bo kulturą filmowa łączy pasjonatów kina, ludzi, którzy godzinami potrafią dyskutować o motywacjach bohaterów, środkach stylistycznych, ale też przez metafory, obrazy, narrację kino opowiada o miejscach, w których nigdy nas nie będzie lub do których nie możemy dotrzeć.
W.T: Jak zatem zaczęła się Twoja przygoda z Festiwalem Pięciu Smaków?
J.M: Znałam festiwal jeszcze z czasów, gdy studiowałam w Krakowie, dlatego, że wtedy Pięć Smaków miało swoją krakowską odsłonę. Zupełnie przypadkiem, znajomy znajomych polecił mnie, jako osobę zainteresowaną kinem Azji, do wygłoszenia prelekcji przed filmem Siona Sono, co jest o tyle znaczące, że to jeden z moich ulubionych reżyserów. Akurat byłam wtedy na etapie przeprowadzki do Warszawy, przyjechałam specjalnie na festiwal, wygłosiłam kilka pierwszych prelekcji i okazało się, że znaleźliśmy z organizatorami wspólny język. Kiedy przeniosłam się do Warszawy, na dobre zaczęłam uczestniczyć w festiwalowych spotkaniach. Moje zaangażowanie z roku na rok rosło, aż stałam się jednym z głównych organizatorów.
W.T: Festiwal Pięciu Smaków jest jedynym w Polsce corocznym przeglądem filmów azjatyckich. Na dodatek zorganizował jedną z niewielu na świecie retrospektyw kina wietnamskiego czy bhutańskiego. Co więcej, branżowy kanadyjski portal TWITCHFILMS wymienił go wśród 10 najlepszych imprez roku 2013 (obok festiwali w Cannes czy Toronto). Gdzie zatem usytuowałabyś Festiwal Pięciu Smaków na mapie festiwalowej Europy?
J.M: Jeśli chodzi o festiwale europejskie, zajmujące się kinem azjatyckim, jest ich kilka, o bardzo różnym profilu. 3 lata temu zainicjowaliśmy sieć tych festiwali właśnie dlatego, że byliśmy zaintrygowani jak działają, skąd mają środki na realizację celów, w jaki sposób selekcjonują programy. Pomysł, by połączyć się w taką sieć został przyjęty z wielkim entuzjazmem i cały czas współpracujemy z kilkoma festiwalami, ponieważ okazało się, iż mamy wspólne problemy i wyzwania Równocześnie specyfika tych wydarzeń jest mocno określona. Festiwal w Udine jest ukierunkowany na filmy mainstreamowe i chce pokazać, że kino komercyjne z Azji ma się dobrze, a nie jest niestety pokazywane na imprezach typu Cannes czy Berlinale. Zawsze gromadzi ogromną widownia. Współpracujemy też z festiwalem we francuskim Vesoul, który jest wydarzeniem niszowym, ale pokazuje dużo tytułów. Odbywa się w małym miasteczku, więc ludzie specjalnie przyjeżdżają tam na czas imprezy. Specjalizuje się w odkrywaniu mało znanych kinematografii. Utrzymujemy kontakt z Camera Japan w Holandii i berlińskim Nippon Connection, skupionymi na kinie japońskim, wydarzeniach o mocno określonym profilu. Działamy też razem z kilkoma festiwalami brytyjskimi, które mają trudność z wyjściem poza diasporę, to znaczy przychodzą na nie głównie Azjaci mieszkający na Wyspach.
Mimo, że nasze podejścia są dosyć różne okazało się, że możemy wymieniać doświadczenia i na swój sposób każdy z festiwali pozostaje unikatowy. Bardzo chcielibyśmy poszerzyć naszą ofertę i zaprosić więcej gości, bo wydaje nam się, że nie ma drugiego takiego festiwalu, podobnie sprofilowanego. Z roku na rok widowni międzynarodowej przybywa. Jesteśmy już rozpoznawalni w środowisku filmowym Azji, więc sięganie po nowe tytuły staje się łatwiejsze, choć barierę wciąż stanowi język.

W.T: Na jakie festiwale jeździcie jako organizatorzy Pięciu Smaków i które mogłabyś wyróżnić pod kątem promocji kina azjatyckiego?
J.M: Nie jeździmy na tak dużą liczbę festiwali, na jaką byśmy chcieli. Co roku najważniejszymi punktami pozostają Berlin i Rotterdam. Na Berlinale pokazuje się sporo azjatyckich filmów, ale festiwal jest też ważny ze względu na market, który jest pierwszym wielkim miejscem spotkań producentów w roku kalendarzowym. To dla nas nawet ważniejsza przestrzeń, nie pokazy festiwalowe, tylko kontakty marketowe. Przyjeżdżają tam producenci z Azji, pokazują swoje plany i co jest aktualnie w produkcji. Z kolei Rotterdam mocno wspiera twórców azjatyckich, zwłaszcza z Azji Południowo-Wschodniej. Mają sporą grupę filmowców, którzy uczestniczyli w warsztatach, otrzymali stypendia i wracają co roku, śledzenie tego procesu jest bardzo ciekawe. Rotterdam jest bardziej kameralny, umożliwia dużo bezpośrednich spotkań i z twórcami, i z producentami, a przy tym trafia tam dużo tytułów. Z przyjemnością się jeździ na to wydarzenie. Kolejny ważny festiwal odbywa się w Hongkongu. Duża impreza, a co za tym idzie także pokaźny market, gdzie sprzedaje się przede wszystkim filmy komercyjne i produkcje telewizyjne. Dopiero tam na własnej skórze można poczuć jak gigantyczna jest ilość produkcji azjatyckich. Idzie się przez wielkie hale i widzi setki plakatów, głównie chińskich. Odczucie tej skali daje pojęcie jak mało wiemy o tym rynku i o tym, co tam się dzieje. Ważny jest też festiwal w Pusan, ale odbywa się bezpośrednio przed naszym festiwalem, więc tam oglądamy filmy, które ewentualnie rozpatrujemy na kolejny rok.

W.T: Na czym opiera się współpraca festiwalu z Asian Film Awards Academy?
J.M: Asian Film Awards Academy to instytucja powołana przez trzy duże festiwale, Tokio, Pusan i Hongkong. Przyznaje nagrody, które mają być alternatywą dla Oscarów. To jest bardzo celebrowane wydarzenie, ciekawe pod kątem organizacyjnym, bo zapraszają twórców z całego kontynentu. Ilość tłumaczeń i cała logistyka jest imponująca, gdyż głównym językiem gali jest angielski.
Za główny cel stawia sobie promocję kina azjatyckiego, zarówno autorskiego jak i niezależnego. Paradoksalnie, w samej Azji kino azjatyckie też potrzebuje promocji, bo tam gdzie Hollywood zdominowało rynek, nie trafiają filmy z krajów ościennych, co działa podobnie w Europie. Kinematografie regionu wzajemnie się zatem wspierają.
Asian Film Academy ma także sekcję działalności edukacyjnej, prowadzą dużo warsztatów dla młodych ludzi, lekcje mistrzowskie. W tym roku po raz pierwszy mieliśmy przyjemność gościć, organizowany przez nich, masterclass. To niesamowicie cenne kontakty, bo pozwalają nam sięgać po twórców, na których nie byłoby nas po prostu stać, bo są wielkimi gwiazdami, jak w tym roku Fruit Chan. Ci reżyserzy wymagają odpowiedniej oprawy, ale też samo ściągnięcie filmów na taśmach 35mm jest kosztowne. AFA pomaga z jednej strony finansowo, z drugiej logistycznie i organizacyjnie, by do artystów dotrzeć i zrobić podobne wydarzenia.
W.T: Jak oceniasz zainteresowanie mediów w Polsce tak szczególnym wydarzeniem jak Pięć Smaków? Jako kontekst do tego pytania, przychodzą mi na myśl Twoje słowa wypowiedziane kilka lat temu przy okazji projekcji jednego z filmów z przeglądu japońskiego kina erotycznego, że dopiero teraz, gdy podejmujecie tak „kontrowersyjną” tematykę niektóre media zainteresowały się festiwalem.
J.M: (śmiech) Są tematy, które media rozgrzewają szczególnie. Sprawa jest trudna, bo mamy do czynienia z wielowarstwowym problemem. Po pierwsze dużo osób podchodzi do kina azjatyckiego bardzo ostrożnie, nie mając kompetencji do recenzowania, odczytywania. Mało dostajemy informacji o historii Azji, mało kto ma orientację, przynajmniej pobieżną, w tym, co tam się dzieje. Na studiach, chociażby filmoznawczych, te kinematografie są praktycznie nieobecne. Dopiero teraz na przykład, w czwartym tomie Historii Kina, do którego miałam przyjemność napisać rozdział, pojawia się Azja Południowo-Wschodnia, tak jakby wcześniej kina tam w ogóle nie było. Wiadomo z czego to wynika, są ograniczenia czasowe, program trzeba zrealizować, ale mimo wszystko nie mówi się o tym zupełnie, a jest o czym. A więc brak wiedzy i brak śmiałości, żeby sięgać, dowiadywać się, odkrywać to na własną rękę. Wymaga to pasji. Jest oczywiście sporo takich pasjonatów, ale niekoniecznie w mainstreamowych mediach.
Po drugie, rzeczywistość medialna jest teraz dosyć brutalna, treści, które się nie klikają nie są zamawiane przez redakcje. Mamy świadomość, że jak sprowadzamy na festiwal gości, te nazwiska nie są rozpoznawalne, więc wielu dziennikarzy odrzuca możliwość przeprowadzenia z nimi wywiadów. Wiedzą, że musieliby włożyć bardzo dużo w wypromowanie tych twórców i wspomnianą już „klikalność”. To jest słowo-klucz, które często słyszymy i ciężko się przez to przebić. Z jednej strony więc rozumiemy, z czego się biorą te problemy, a z drugiej nie, ponieważ, powtarzamy to nieustannie w różnych wywiadach, w Azji powstaje w tej chwili najwięcej filmów na świecie, politycznie jest to obszar niezwykle ciekawy, zderzający się z takimi problemami, z którymi Europa będzie się mierzyć za chwilę. Przestrzeń do wymiany, nie tylko na poziomie filmów, sztuki, ale też na poziomie międzyludzkim jest olbrzymia, warto więc czerpać inspiracje, wiedzieć, co się tam dzieje, bo rzeczywistość globalna dotyczy nas wszystkich, co pokazują sytuacje związane z kinem chińskim: jak ono funkcjonuje, jak nagle Hollywood zaczęło się dostosowywać do kina chińskiego, co mało kto zauważa, a chodzi w tej chwili o zjawisko na naprawdę gigantyczną skalę. To nie egzotyka, tylko codzienność we współczesnej rzeczywistości.

W.T: Co jest Twoim zdaniem największym problemem/ wyzwaniem przy odbiorze filmów azjatyckich przez niewyrobionego widza, także tego, który po raz pierwszy przychodzi na Pięć Smaków?
J.M: Wśród widzów, którzy po raz pierwszy przychodzą na festiwal mamy bardzo wiele takich reakcji, że ludzie są zaskoczeni jak, paradoksalnie, łatwe w odbiorze jest kino azjatyckie. Przychodzą z oczekiwaniami, iż zobaczą skomplikowane symbole, rytuały w innych językach, które też czasami bywają dziwnie odbierane. Ludzie mają duży problem z językami chińskimi albo koreańskim, informacja jest bardzo specyficzna i ciężko im odczytać emocje, kryjące się pod tymi tonami. To jest filologiczna uwaga, ale sami widzowie często o tym mówią. Stereotypy i oczekiwania są tak nabudowane, że ludzie boją się tych fabuł, ale potem wzruszają się i informują jak niesamowicie dotknęły ich filmy, które wydają się być z odległego miejsca.
Mamy sekcję Asian Cinerama, organizowaną we współpracy z Asian Film Awards Academy i w niej pokazujemy filmy mainstreamowe, tzw. crowd pleasery, które mają poruszać emocje, często rodzinne melodramaty. Później okazuje się, że spotkania z twórcami po tych seansach są niesamowicie wzruszające, bo przykładowo historia o sprzątaczce filipińskiej, pracującej w Hongkongu nagle wyzwala w ludziach lawiny emocji i osobistych skojarzeń. Mogą opowiadać o tym bardzo długo i bariery kulturowe szybko znikają. Z jednej strony więc ludzie spodziewają się, tak jak dziennikarze, jakichś ekstremów, kina brutalnego, krwawego, a z drugiej niezrozumiałych, kulturowych kodów. Nawet jeżeli takie treści się pojawiają, są przecież twórcy, którzy pokazują symboliczne i głębokie dzieła, to na poziomie filmowym pozostają na tyle czytelne, że można wejść w te światy bez większego przygotowania. Ogromna ilość widzów mówi, że niepotrzebnie stawiali sobie te ograniczenia.

W.T: Na festiwalu gościło już wielu znakomitych twórców z Azji m.in. Midi Z, Pen Ek Ratanaruang a w tym roku Fruit Chan. Którego z twórców współczesnego kina azjatyckiego chciałabyś szczególnie zaprosić na festiwal i dlaczego? Możemy to pytanie podzielić na sferę planów realnych i sferę marzeń (śmiech).
J.M: Te sfery się zaskakująco mogą zbiegnąć (śmiech). Zabawne, przed chwilą mówiłam o budowaniu nowych kanonów kina, a w tych marzeniach wracamy mocno do starego kanonu, bo naszym marzeniem jest sprowadzenie Wong Kar-Waia. To twórca szalenie zajęty, bo, wprawdzie dawno nie było jego nowego filmu, ale zajmuje się produkcją i promuje nowe tytuły, choćby pokazywanego u nas tybetańskiego twórcy, Pemy Tsedena. Wykorzystuje swoje nazwisko, żeby pomóc młodym, niezależnym i początkującym twórcą, co jest bardzo szlachetnym działaniem z jego strony. Produkuje i realizuje teraz także duży serial dla Netflixa, miejmy nadzieję, że on się ukaże.
Wprawdzie jego najważniejsze filmy z lat 90. były pokazywane w Polsce na dużym ekranie, jednak młoda widownia już nie kojarzy tego nazwiska, nie zna jego osiągnięć. Nadarza się okazja, bo wszystkie dzieła Wonga będą poddawane cyfrowej rekonstrukcji. Wydawałoby się, że to oczywista retrospektywa, ale te filmy oglądane teraz nabierają trochę innego znaczenia, mamy większą świadomość tego, co się wydarzyło od tamtej pory i tego, w jaki sposób wpłynęły na kino światowe. Może dzięki współpracy z Asian Film Awards Academy, to nie jest marzenie nieosiągalne. Z trochę mniej oczywistych tropów, fajnie byłoby zaprosić Siona Sono, ale już mieliśmy jego retrospektywę (śmiech). To też bardzo zajęty twórca, który rzadko podróżuje poza Japonię, Chętnie byśmy też zaprosili współczesnych koreańskich mistrzów.
Jagoda Murczyńska – ur. w 1982 roku. Kulturoznawczyni i psycholożka. Organizatorka Festiwalu Filmowego Pięć Smaków. Znawczyni kinematografii Azji Południowo-Wschodniej i Japonii. Redaktorka dwóch prac zbiorowych dotyczących współczesnego kina azjatyckiego: Cicha eksplozja. Kino Azji Wschodniej i Azji Południowo-Wschodniej oraz Made in Hongkong. Kino czasu przemian. Autorka tekstów krytycznofilmowych. Zajmuje się także teorią mody i kostiumem filmowym.