Etiudy o smutku

about-endlessness-still-03

(About Endlesness, reż. Roy Andersson)

Jeśli ktoś kiekolwiek chciałby zobaczyć, jak wygląda ładny smutek, to zapewne sięgnąłby po takie tytuły jak „Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyślał o istnieniu”, czy „Pieśni z drugiego piętra”. Dlaczego? Ponieważ Roy Andersson jest malarzem rozpaczy.

Wystarczy zobaczyć jeden film Roya Anderssona, by przy pierwszym kadrze następnego wiedzieć, z kim ma się do czynienia. Nie inaczej jest z „About Endlessness”. Jego indywidualny styl objawia się w minimalizmie, chłodnej, wyważonej formie, ograniczeniu środków filmowych oraz stylistycznej spójności świata przedstawionego. Estetyka zdjęć oraz rozbudowana głębia kadru filmowego przypominają obraz malarski w stylu Bruegla, gdzie liczy się każdy, najmniejszy detal. Długie ujęcia pozwalają na bardziej wnikliwą analizę kadru, podobnie jak zatrzymanie się przed wybranym obrazem w muzeum. Widz ma trudność w zdefiniowaniu gdzie i kiedy dokładnie dzieje się akcja filmu, zostaje raczej wrzucony w bliżej nieokreślony, obcy kosmos, który składa się z odcieni beżu i szarości. Bladzi na twarzach ludzie recytują ponure, poważne rozmowy w pozbawionych atmosfery miejscach i czekają na koniec świata.

Reżyser mówi o tematach ostatecznych, takich jak samotność, nadzieja, rozpacz, ale serwuje je w bardzo powściągliwej i subtelnej konstrukcji. Najnowsze dzieło Anderssona to obserwacja elementów ludzkiego życia, które znajdują się gdzieś między egzystencjalizmem, a esencjalizmem. Elementy proste, zwykłe, na które często nie zwracamy uwagi, składające się na indywidualne i jednocześnie uniwersalne, małe-wielkie ludzkie tragedie. Po projekcji jego filmów widz ma poczucie pustki i absurdu istnienia.

img33-1

(About Endlesness, reż. Roy Andersson)

Z drugiej strony usiłuje uświadamiać ludziom, że w życiu nie chodzi o wielkie rzeczy, ale o detale i pozornie nic nieznaczące elementy. „About Endlessness” to krótki, bo zaledwie 76 minutowy zlepek słodko-gorzkich epizodów. Andersson podaje widzowi jednego bohatera, którego losy śledzimy, dostarcza jedynie narratora, który opowiada o tym kogo widział, a postaci, które pokazuje to przekrój różnych bohaterów uwikłanych w codzienne tragikomedie:zakupy w sklepie, wizytę u lekarza, czy spotkania w kawiarni. Wszystkie te trywialne wręcz czynności reżyser zawiera w etiudach, z których to widz powinien wyciągnąć to czego potrzebuje lub czego szuka. Kim są przedstawieni ludzie? Jaki jest ich cel? Jaki jest mój cel? Po co to wszystko, jeśli jest tak bezbarwne? Andersson do perfekcji opanował przedstawienia scen banalnych, zupełnie zwykłych i zestawienie ich z pytaniami trudnymi, filozoficznymi i egzystencjalnymi. Nie zadaje żadnego pytania wprost, ale wprowadza atmosferę wobec której kształtują się skrajne emocje. Nieruchomość kadrów oraz ich dogłębne przywiązanie do szczegółów daje możliwość na odnalezienie nas samych, w sytuacjach absurdalnie komicznych, ale zabarwionych indywidualnym dramatem. Andersson daje widzowi szansę na spotkanie z prawdą z bezpiecznej pozycji obserwatora. Zdobywca tegorocznego srebrnego Lwa zwraca uwagę na zrozumienie drugiego człowieka i jego ułomności, uświadamiając widza, że każdy z nas je posiada. W tonie surrealizmu reżyser pokazuje scenę drogi krzyżowej we współczesnym mieście, przeżywającego kryzys wiary księdza, który szuka pomocy u psychiatry, wychodzącego na autobus. Pasażera autobusu, który pyta innych podróżnych o sens życia, a na swe pytanie dostaje odpowiedź: „Nie możesz być smutny w swoim domu, nie tutaj?”. W tej epizodycznej narracji paradoks goni paradoks, ale pozwala to na wybrzmienie głębszego sensu każdej z tych krótkich historii.

Mimo podobnej formy jak w „Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyślał o istnieniu” (2014), czy „Pieśni z drugiego piętra” (2000) nie ma w tym filmie powtarzalności, jest to kolejny, odrębny głos o współczesnym człowieku i jego słabościach. Mimo podobieństwa w formie, ”About Endlessness” jest smutniejszy niż wcześniejsze tytuły Anderssona. Możliwe, że to dlatego, że kreacyjna sztuczność filmowego świata dotyka prawdy o nas samych, a irracjonalnego humoru jest znacznie mniej. Roy Andersson obdarowuje widza opowieścią o smutku, w którym można doszukiwać się radości, ale to jedynie od widza zależy, czy podejmie się poszukiwań.

Natalia Ryba