Divorce story

WYB_3269.nef

WYB_3269.nef

(Historia małżeńska, reż. Noah Baumbach)

 

Czy możesz kogoś pokochać w piętnaście minut? Jeśli tak, zakochasz się w związku Nicole i Charliego już po prologu „Historii małżeńskiej”. Czy warto jednak otwierać swoje serce na innych? Na to pytanie odpowiedzą pozostałe dwie godziny filmu, w trakcie których widzowi nie pozostanie nic innego, jak wyciągnąć dużą paczkę chusteczek i łkać.

Powód ku temu jest jeden – obiecywane nam od wieków love story nie spełniło się. Wydawałoby się, że dwie pierwsze sekwencje „Historii małżeńskiej” stanowią happy end każdego pięknego filmu o miłości. Oto para artystów – dyrektor i reżyser undergroundowego teatru na Brooklynie, Charlie (Adam Driver) oraz jego muza, aktorka Nicole (Scarlett Johansson) – opowiadają o wszystkich cechach, za które cenią siebie nawzajem. W poszukiwaniu nasion, z których wykiełkowało ich małżeństwo, widz doświadczy dwóch lustrzanych historii o partnerstwie i błogiej stabilizacji, w której można doczekać późnej starości. Gdy widownia odda już protagonistom swoje serca, Noah Baumbach przychodzi zebrać swoje żniwa. Cukierkowo-lukrowy związek Nicole i Charliego okazuje się przepyszną fikcją, którą niewiele jednak łączy z rzeczywistością. Pomimo sukcesów na gruncie zawodowym i łatki power couple nowojorskiego środowiska kultury alternatywnej, relacja protagonistów zmienia się w bitwę o opiekę nad ich synem. Obietnice o rozstaniu z godnością i wzajemnym szacunkiem bardzo prędko przemieniają się w kulę śnieżną nieporozumień i sztyletów wbijanych w plecy.

Historia rozstania staje się prawdziwym tour de force dla dwójki głównych aktorów, którzy w filmie Baumbacha mogą błyszczeć, jak jeszcze nigdy. Zarówno Johansson, jak i Driver dostają sceny, które przykuwają widza do fotela swoim emocjonalnym kalibrem. Uwydatniają oni pełną głębie scenariusza „Historii małżeńskiej”, który nie pozwala im utknąć na smutnych mieliznach melodramatu rozwodowego. Reżyser wspina się na wyżyny kreatywności, by z powodu świeżych ran popłynęły łzy śmiechu zamiast smutku. Bo kto inny potrafiłby uczynić z momentu przekazania papierów rozwodowych pięciominutowy gag? „Historia małżeńska”wzbogaca smak każdej sceny wybuchów żalu i goryczy łyżką naturalnego, urokliwego miodu komedii.

UNB_7530.nef

UNB_7530.nef

(Historia małżeńska, reż. Noah Baumbach)

 

Baumbach nigdy nie licytuje, czyje cierpienie waży więcej, sprawiedliwie dając głos Nicole i Charliemu, rozchwiewając narrację swojego filmu od emancypacyjnej opowieści o kobiecie wyswobadzającej się z klatki związku, po melodramat ojcowski o mężczyźnie walczącym o prawa do syna. Wina bohaterów odbija się w podobny sposób, jak miłość w prologu filmu. Charlie, jako kolejna po Bernhardzie Berkmanie z „Walki żywiołów” i Haroldzie Meyerowitzu z „Opowieści o rodzinie Meyerowitz” figura neurotycznego, nie potrafiącego oddać się w pełni drugiej osobie artysty, ma krew swojego małżeństwa na rękach. Zraniona przez męża Nicole, mści się na nim, kontynuując swoją karierę w znienawidzonym przez niego Hollywood, jednocześnie izolując go od ich syna. Wątek starcia „nowojorskości” i „kalifornijskości” okaże się jednym z najciekawszych w repertuarze ”Historii małżeńskiej”. Obopólne poczucie desperacji wykorzystują prawnicy pary – podżegająca w białych rękawiczkach ich konflikt Nora (fantastyczna Laura Dern) oraz prostacki i agresywny Jay (dawno niewidziany Ray Liotta). To oni katalizują wszystkie złe emocje, pokazując prawdziwą twarz czarnego charakteru – nie jest nim rozwód, a żerujący na nim prawnicy.

Najnowszy film Baumbacha udowadnia po raz kolejny, że Nowojorczyk jest prawdopodobnie najbardziej niedocenionym amerykańskim filmowcem XXI wieku. Wielokrotnie pomijany w kontekście nagród Akademii, w całym swoim dorobku otrzymał zaledwie jedną nominację do Oscara. Nie inaczej było w tym roku – uważana przez wielu za najlepszy film festiwalu, „Historia małżeńska” nie otrzymała ani jednego wyróżnienia na Biennale w Wenecji. W swej delikatnej i wzruszającej historii, Baumbach odmienił rozwód przez wszystkie przypadki, doprowadzając swój film do granic eksploatacji tematu. Kolejna amerykańska opowieść o rozstaniu nie będzie nam potrzebna przez długie lata.

Bartosz Tesarz