Akt oskarżenia w efektownym kostiumie

jaccuse 2

(Oficer i szpieg), reż. Roman Polański

J’accuse…!” — tym słowem Émile Zola rozpętał burzę we Francji czasu fin de siècle. Ponad sto lat później oskarża Roman Polański, zdmuchując kurz z nieco zapomnianej historii niesłusznego oskarżenia Alfreda Dreyfusa. Srebrny Lew dla Oficera i szpiega to sygnał, że obrosłe patyną kino historyczne nadal potrafi czarować.

Najnowsza produkcja sygnowana nazwiskiem Polańskiego z całą pewnością zasługuje na miano filmu wyczekanego. Projekt, o którym mówiono od kilku lat, mógł nareszcie zaprezentować się światu podczas tegorocznego festiwalu filmowego w Wenecji. Nie obyło się bez skandalu, co raczej nie dziwi, biorąc pod uwagę emocje, jakie wzbudza osoba reżysera, zwłaszcza w epoce #metoo. Kontrowersyjne słowa przewodniczącej głównego jury, Lucrecii Martel, sugerujące potępienie obecności filmu Polańskiego w konkursie, tylko podsyciły nastrój oczekiwania na premierę.

Jak powszechnie wiadomo, filmom uczestniczącym w konkursach nawet najbardziej renomowanych festiwali zdarza się (niestety) zawodzić pokładane w nich nadzieje. Szczęśliwie Oficer i szpieg nie zasilił niechlubnego grona ekranowych rozczarowań. Chociaż dały o sobie znać mniej entuzjastyczne recenzje, nie można odmówić Polańskiemu efektownego rozmachu i dbałości o zaangażowanie emocjonalne ze strony widza. Motyw walki o sprawiedliwość w zakłamanym świecie to, co prawda, szablonowy chwyt fabularny, lecz, paradoksalnie, wykorzystanie do tego historii sprzed ponad stu lat tchnie świeżością. O sprawie Dreyfusa wspomina się zbyt rzadko, Polański natomiast na nowo przywraca ją kinu i odsłania jej potencjał fabularny (niemała tu zasługa scenarzysty, a zarazem autora książki, na kanwie której powstał film, Richarda Harrisa). Nie jest wprawdzie idealnie. Rażą bowiem ostatnie minuty Oficera i szpiega: dalsze koleje losów bohaterów sprowadzone zostają do plansz z napisami, co może rodzić w odbiorcy odczucia niespełnienia i rozczarowania. Niemniej jednak intryga, przyobleczona w dziewiętnastowieczny kostium, trzyma widza w napięciu niemalże do końca.

Jaccuse 1

(Oficer i szpieg), reż. Roman Polański

Niemożność oderwania wzroku od ekranu to w znacznej mierze zasługa aktorów. Jean Dujardin, który niedawno bawił nas podczas festiwalu Nowe Horyzonty jako ekscentryk owładnięty obsesją na punkcie kurtki w Deerskin, tym razem olśniewa widzów rolą zupełnie odmienną. Główny bohater, oficer Picquart, w wykonaniu Dujardina zniewala urokiem dżentelmena i utopijnym poczuciem honoru. Louis Garrel jako Dreyfus udowadnia, że jest aktorskim kameleonem. Francuz, który zwykle rozsiewa wokół siebie aurę melancholijnego kochanka, w Oficerze i szpiegu kreuje personę zgoła odmienną. Dreyfus, wplątany w machinę systemu utkanego z układów i kłamstw, wręcz emanuje przeciętnością, co tylko wzmaga autentyzm jego przeżyć. W ten męski świat od czasu do czasu wkracza kochanka Picquarta z twarzą Emmanuelle Seigner. Postaci tej nie można odmówić rysu feministycznego: podąża własnymi ścieżkami w świecie zdominowanym przez konwenanse. Mimo to, nieodparcie nasuwa się wrażenie, że Pauline Monnier to tylko dekoracyjna figura, a głównym zadaniem Seigner było wpatrywać się rozkochanym wzrokiem w Dujardina. Dysonans między barwną galerią męskich postaci a nieciekawą reprezentacją świata kobiet jest największym niedostatkiem filmu.

Zapewne w głowie niejednego widza zrodziło się pytanie: czy zaserwowane nam przez Polańskiego kino historyczne (atrakcyjne wizualnie, aczkolwiek momentami staroświecko patetyczne) ma nadal rację bytu? Czy sięgnięcie po wyeksploatowane konwencje nie jest krokiem wstecz? Wydaje się, że nieco przestarzała forma to tylko powłoka, pod którą skrywa się paląco aktualny przekaz. Film Polańskiego można potraktować jak swoisty akt oskarżenia wobec współczesnego świata, w którym zwykły, szary człowiek jest tylko pionkiem w grze, do której reguł należą żądza władzy, ksenofobia i nienawiść. Świadomość, że od czasów afery Dreyfusa zmieniło się niewiele pozostawia po sobie gorzki posmak.

Karolina Hołub