Monolit

Monument1Monument (2019, reż. Jagoda Szelc)

Jagoda Szelc swoim debiutem zachwyciła krytyków, zdobywając w 2017 roku w Gdyni Złotego Lwa za najlepszy scenariusz oraz debiut reżyserski. „Wieża. Jasny dzień okazała się powiewem świeżości, zaskakując swobodą w łączeniu pozornie nieprzystających do siebie elementów filmowego świata. Z jednej strony to wiarygodny, osadzony w polskich realiach dramat rodzinny. Z drugiej opowieść pełna onirycznego klimatu, scen z pogranicza jawy i snu oraz przebijającego się niepokoju, wraz z silnie uwypuklonym proekologicznym przekazem. Reżyserka w swoim najnowszym dziele, będącym pracą dyplomową studentów Wydziału Aktorskiego Łódzkiej Szkoły Filmowej, podnosi poprzeczkę radykalnego formalnie twórczego szaleństwa na jeszcze wyższy, nieosiągalny dla większości twórców poziom.

„Monument” zaczyna się niepozornie. W sklepiku przy stacji benzynowej grupka studentów hotelarstwa kupuje alkohol, chcąc skorzystać z ostatniej szansy na integrację, przed rozpoczęciem wspólnych praktyk. Jedynym niepokojącym sygnałem wydaje się postać przemykającej niczym zombie Gabrieli Muskały, jakby żywcem wyjętej z „Fugi” Smoczyńskiej. Reżyserka bardzo szybko wytwarza jednak podskórne napięcie, przy pomocy dudniącej muzyki, ostrych cięć montażowych i nagranych na dyktafon desperackich szeptów. Zwyczajną podróż autokarem zamienia się w surrealistyczne doświadczenie.

Z czasem pojawia się coraz więcej elementów charakterystycznych dla kina grozy. Poznamy autorytarną managerkę, która niczym siostra Ratched z „Lotu nad kukułczym gniazdem”, pozbawi studentów wszelkich oznak indywidualizmu. Jednakowe tabliczki z imionami (dla mężczyzn „Paweł”, dla kobiet „Ania”) staną się symbolem skuteczności jej metod. Z początku ironiczne „cześć Paweł”, zamieni się w codzienny rytuał, uwypuklający zanik tożsamości. Klimat rodem z horroru wytworzą tego rodzaju detale. Plamki krwi na szyi studentów, pochodzące najprawdopodobniej z badania cukru, przypominające wampiryczne znamiona albo piętna sekciarskiego obrządku. Wszystko to okaże się strategicznie rozmieszczonymi strzelbami Czechowa, które wypalają z ogromną siłą pod koniec seansu.

Monument2Monument (2019, reż. Jagoda Szelc)

W końcu film rozkręca się na dobre. Miejsce praktyk zaczyna żyć własnym życiem, pełniąc rolę hotelu Overlook z „Lśnienia”, które u Kubricka było źródłem rodzącej się paranoi. Kamera wraz z transową muzyką, intensywną kolorystyką i zintensyfikowanym dźwiękiem, ożywi przestrzeń. Długie najazdy na z pozoru nieistotne detale, przenikające się, rwane szepty i krzyki, przekrzywiający się obraz. Szelc podkręca tempo, nie sprawiając przy tym wrażenia bezpodstawnej popisówki technicznej. Paranoiczny klimat doskonale współgra z otoczeniem, które narzuca model zachowań bohaterów, wykreowanych zgodnie z regułami kina spod znaku Yorgosa Lanthimosa. Jedne studentki urządzą sobie w pokoju „Funny Games”, inne zaczną sypiać ze szczurami w Seidlowskiej piwnicy lub organizować mini-tortury na milczącej kobiecie ocalałej z Holokaustu.

Reżyserka rozrzuca po całym filmie symbole z różnych kodów kulturowych i religijnych, prowadząc perwersyjną grę z widzem. Wszelkie alegorie służą intelektualnej zabawie, błądzeniu po labiryncie nagromadzających się znaczeń. Twórczyni wykorzystuje intuicyjne metafory takie jak choćby wyrzucone na śmietnik krzyże czy Freudowskie podziemia hotelu, zachęcając nas do dalszych poszukiwań. Do zrozumienia najbardziej intrygującej spośród nich, istoty tajemniczego postumentu, zbliża nas kulminacyjna scena w pełni improwizowanego performansu, noszącego znamiona okultystycznej ceremonii. To symboliczne uwolnieni od własnych zahamować i uczelnianych ograniczeń, stanie się dla jednych przepustką do aktorskiej kariery na pohybel tym, którzy po drodze próbowali ich zniechęcić, dla inni zaś – jak sugeruje zakończenie – śmiercią i końcem marzeń o samorealizacji. Czas zweryfikowania, którzy studenci łódzkiej filmówki przez te lata sumiennie czyścili swój własny postument.

„Monument Jagody Szelc to arcydzieło arhousowego symbolizmu, klimatyczny horror, opowieść o skrywanych żądzach i autotematyczny komentarz. „Wieżą. Jasny dzień” reżyserka wzniosła sobie pomnik najoryginalniejszej debiutantki w Polsce, spychając z piedestału hermetycznych twórców. Tym razem umocniła swoją pozycję, poddając się twórczemu szaleństwu, wykorzystując głęboko zakorzenione lęki do stworzenia spójnej i niezwykle trwałej konstrukcji. Monumentu, który w zależności od perspektywy, dla każdego będzie czymś zupełnie innym. Nie do końca zrozumiałym, ale fascynującym tworem, od którego nie sposób oderwać oczu.

Piotr Nyga