NOT – 69. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Berlinie

Czy nagrodzone Srebrnym Niedźwiedziem „By the Grace of God” Francoisa Ozona, sprowadza się do spektakularnej porażki? Czy reżyserski debiut Chiwetela Ejiofora to tylko osuwanie się w patetyczne deklarację, a wzniosłość potrafi zainfekować cały jego film? I wreszcie, czy powrót Lone Scherfig do Berlina minął się z oczekiwaniami widzów, zostawiając ich na lodzie? Redakcja 16 mm przedstawia największe wpadki festiwalu w Berlinie.

By the Grace of God, reż. Francois Ozon

DSC07915 — kopiaJak co roku można się po Berlinale spodziewać, kategoria „Not” zebrała tylu kandydatów, że ciężko się było zdecydować. Już miałam się wziąć za katowanie kompletnego niewypału pani Lone Scherfig („The Kindness of Strangers”), kiedy przypomniałam sobie o znacznie bardziej spektakularnej artystycznie porażce. Nowy film François Ozona, bo o nim mowa, zwodzi nas na pokuszenie. Chwytliwy temat, jakim są księża pedofile, sensualny, nie bojący się tematów tabu reżyser, jakim jest Ozon. To wszystko wzbudzało pewne oczekiwania, zarówno zagorzałych fanów filmowego twórcy, jak i równie zagorzałych krytyków Kościoła. Można powiedzieć gotowy materiał na sukces i szczyptę kontrowersji. Nic nie zapowiadało tego nijakiego, kipiącego sztucznością faktograficznego potworka. Gdzie najbardziej ekspresyjny był strach reżysera, który czuć było w groteskowej paradokumentalnej formule.

Mogłoby się to nawet sprawdzić, gdyby przy tego typu suchym przekazie kartą przetargową był autentyzm postaci. Jednak i te skrzydła udało się twórcom podciąć. Trzech głównych bohaterów, w założeniu kompletnie różnych, mówi w zasadzie jednym głosem, jakby od dziecka śpiewali w tym samym chórze. Wywiady, zeznania, wspomnienia, na które składa się dwu i półgodzinna (sic!) tyrada, brzmią zawsze tak samo sztampowo, nieważne kto akurat się wypowiada. Aż strach uwierzyć, że postaci mają swoich realnych odpowiedników. Na pierwsze miejsce, zamiast wielkiej traumy trzech mężczyzn oraz jej genezy, wysuwa się ich chęć zyskania sławy i poklasku. Nic jednak dziwnego w tym, że bohaterowie są płytcy niczym pierwsza lepsza chrzcielnica. Szokująco olewcza postawa, w trakcie konferencji prasowej, zarówno reżysera jak i niektórych aktorów, jest odpowiedzią na pytanie o brak zainteresowania, kluczowymi w tym przypadku, przeżyciami kształtującymi bohaterów. Zamiast pogłębionej psychologii, otrzymujemy pełne patosu retrospekcje w slow motion, które może i byłyby zabawne, gdyby tylko temat na to pozwalał.

Podsumowanie można sprowadzić do reakcji jednego z bohaterów na pytanie syna, czy wciąż wierzy w Boga. Najpierw smutne spojrzenie, potem lekki uśmiech. To ujęcie mogłoby z powodzeniem pochodzić z włoskiej telenoweli. Bohater w tym momencie zdaje się być samym Ozonem, zapytanym, o to, co właściwie chciał powiedzieć. Niestety jury tegorocznego Berlinale, przyznając produkcji Grand Prix udowodniła, że wystarczy chwytliwy temat, by osiągnąć sukces. Szkoda, myślałam, że w filmach najważniejsze jest JAK, a nie CO.

Ida Marszałek


The Boy Who Harnessed the Wind, reż. Chiwetel Ejiofor

W tym roku na Berlinale sezon aktorów znanych i lubianych, którym znudziło się staranie o rolę w kolejnym filmie, a zaczęło pociągać stanie po drugiej stronie kamery. Zaczęło się od reżyserskiego debiutu Jonah Hilla („21 Jump Street”) i Casey’a Aflecka („Manchester by the Sea”), skończyło na filmach Wagnera Moury („Narcos”) i Chiwetela Ejiofora („Zniewolony. 12 Years a Slave”). Najgorzej kojarzyć się będzie ten ostatni, wraz z ckliwą historią o trudnej sytuacji „Czarnego Lądu”, stojącego na krawędzi ekologicznej i ekonomicznej zagłady, a także łopatologicznym wykładem z podstaw wyrzutów sumienia globalnej cywilizacji. Wymowa jest prosta i ma w sobie posmak szantażu emocjonalnego: oto William Kamkwamba, łebski chłopak z wioski w Malawi, buduje z niczego wiatrak zasilający pompę wodną, dzięki czemu ratuje rodzinę i mieszkańców przed śmiercią głodową, a przy tym daje przykład jak prostymi środkami ocalić resztę kontynentu. Zgoda, „The Boy Who Harnessed The Wind” jest filmem napisanym na temat ważny i oparty na historii prawdziwej, którego oczywiście nie wolno trywializować, ale wciąż zdaje się zniewolony przez bezpieczne formalnie rewiry. Charakterystyczne dla Ejiofora zdaje się bicie na alarm, które osuwa się w patetyczną deklarację, a wzniosłość ta niestety potrafi zainfekować cały film, wdziera się w każdą niemal scenę i niszczy wszystko, co spotka na swojej drodze. Niektórych, chwyta za serce, potwierdziła to choćby reakcja berlińskiej publiczności – kilka minut owacji na stojąco i zabezpieczenie drogi na podium wielu tamtejszych widzów. U mnie przyprawiło raczej o wrzody. I zawroty głowy.

Mateusz Demski


The Kindness of Strangers, reż. Lone Scherfig

DSC_02551W swoim najnowszym filmie Lone Scherfig po raz pierwszy od ponad dekady postanowiła zaufać własnemu scenariuszowi i sięgnęła po pomysł, który już raz przyniósł jej sukces. W efekcie „The Kindness of Strangers” przypomina podrasowaną wersję „Włoskiego dla początkujących”, która zyskując na światowości, straciła jednocześnie wszelki urok. Bohaterowie bezskutecznie próbują walczyć na własną rękę z dręczącymi ich problemami przemocą domową, samotnością i zagubieniem. Dopiero, gdy w gąszczu nieprzyjaznych nowojorskich ulic przetną się ścieżki udręczonej młodej matki, samarytańskiej pielęgniarki i samotnego menedżera restauracji, na horyzoncie zacznie majaczyć nadzieja na lepsze jutro. Tytuł filmu zdradza bowiem receptę na poprawę nieszczęśliwego losu pomocna dłoń, wyciągnięta przez nieznajomych w najczarniejszej godzinie, może okazać się lekiem na całe zło. Scherfig konsekwentnie pcha swoich bohaterów w stronę lepszych czasów, nie zważając na takie błahostki jak wiarygodność scenariusza czy gry aktorskiej. To nie zimowa aura sprawia, że z filmu wieje chłodem w pogoni za szlachetnym przesłaniem reżyserce umknęły prawdziwe emocje, zostawiając na lodzie oczekiwania widzów.

Małgorzata Mączko