Królewski sen

BAD TIMES AT THE EL ROYALŹle się dzieje w El Royale (2018, reż. Drew Goddard)

Hotel El Royale bezczelnie wdzięczy się do nas, jak piękna pin-up girl, kusząc czerwonymi dywanami, złotymi sklepieniami i kryształowymi żyrandolami. Nasz pobyt w nim będzie przyjemny tylko dlatego, że znajdujemy się po drugiej, bezpiecznej stronie srebrnego ekranu. Bo źle, bardzo źle się dzieje w El Royale. Choć w najnowszym filmie Drew Goddarda dzieje się bardzo dobrze.

Dumna nazwa, powiewająca w tle amerykańska flaga, obietnica spełnionych nadziei, możliwość wyboru. Hotel oferuje swoim gościom wszystko to, co Stany Zjednoczone mają najpiękniejsze. W El Royale mieszkają tylko wybrańcy losu. Świadczą o tym powieszone na korytarzu fotografie amerykańskich legend lat 50. – relikty dawnych lat świetności. Granica między Nevadą a Kalifornią przebiega dokładnie przez jego środek. Stwarza to unikatową szansę na bycie w dwóch miejsca równocześnie. Albo dokładnie nigdzie.

W nieskromne progi hotelu wkraczamy wraz z siedmioma przybyszami z amerykańskiego mikrokosmosu. Będą oni zwiedzać jego tajemnicze i „pełne brudów” korytarze w rytmie fantastycznej muzyki z lat 60., wydobywających się (a jakże!) z kultowej szafy grającej. Ale zaraz, skąd ten brud? W idealnym wnętrzu hotelu nie powinna przecież powstać żadna skaza. Być może, ale przez lata zgromadziło się tego sporo: konflikty wewnątrzpaństwowe, dyskryminacja rasowa, rosnąca przestępczość, powszechna demoralizacja, wojna w Wietnamie. Długo by wymieniać.

Zniechęca to do słynnego hotelu jego gości, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że on sam jest zarzewiem bezprawia. Dobrze przemyślana konstrukcja pozwala na podglądanie gości przez weneckie lustra, a nawet ich nagrywanie. Zamknięci w tym zagadkowym terrarium przyjezdni nie  mogą być niczego świadomi. My, jako widzowie, również stajemy się obserwatorami, szczególnie w momentach, gdy wraz z kamerą stajemy przed szybą oddzielającą nas od naszej ofiary. Zachwyca szczególnie pierwsza scena filmu, podczas której krew rozbryzguje się na ekranie zaznaczając naszą wstydliwą obecność w akcie wojeryzmu.

BadTimesElRoyalepicŹle się dzieje w El Royale (2018, reż. Drew Goddard)

Mistyczna atmosfera zostaje wytworzona za pomocą nałożonego na zdjęcia filtra podkręcającego kolory czerwone i niebieskie, ale też dzięki siedmiu hotelowym rezydentom, których losy przywodzą na myśl książkę „I nikogo już nie było” Agathy Christie. Każdy ma w tym miejscu jakiś ukryty interes. I na pewno nie jest to odpoczynek.

Kiedy zobaczyłam Jona Hamma w roli sprzedawcy odkurzaczy zdawało mi się, że w ogóle nie pofatygowałam się do kina, i w dalszym ciągu oglądam na fotelu w salonie mojego ukochanego Mad Mena. Wrażenie to znikło, gdy grany przez niego Laramie Seymour Sullivan okazał się tajnym agentem wysłanym do hotelu w celu zdobycia taśm z kompromitującymi nagraniami. Castingowym strzałem w dziesiątkę było też obsadzenie Jeffa Bridgesa w roli przestępcy podającego się za księdza (swoją drogą bardzo to wymowne). Księdzu nikt pytań raczej nie zadaje, jest więc pewne, że spokojnie będzie mógł odzyskać pieniądze z rabunku, umieszczone kiedyś przez jego brata pod podłogą hotelu. Zamiast wiary, duchowe doznania zapewnia mu genialny głos czarnoskórej Darlene (Cynthia Erivo), marzącej o karierze solowej niedostępnej w posegregowanym rasowo świecie. Jest jeszcze boy hotelowy – Miles (Lewis Pullman), skrywający wielką traumę, która kazała mu osiąść w hotelu na odludziu, gdzie może spokojnie zagłuszać ją heroiną. No i Chris Hemsworth, jako przywódca grupy hippisów. Który dla Rose (Cailee Spaeny) – dziewczynki, która dała nogę z domu zdaje się niemal Bogiem. Ale może tylko dlatego, że zawsze patrzy na niego pod słońce.

Umieszczenie tej niewesołej gromadki przebierańców w jednej ograniczonej przestrzeni powoduje, że interesy poszczególnych bohaterów zaczynają się krzyżować. Do punktu kulminacyjnego dochodzi wówczas, kiedy wiadomo, że zwycięzca może być tylko jeden. On weźmie wszystko: (już nie)ukryte pieniądze i taśmę filmową – symbol wszystkich zbrodni popełnionych przez możnych Ameryki. W tym wszystkim nie przetrwa El Royale, przynajmniej w swojej dawnej postaci. Na pewno nie z całym bagażem popełnionych grzechów, na które oszust Ojciec Flynn nie może dać prawdziwego rozgrzeszenia. Hotel musi zostać spalony do gołej ziemi i zapomniany, aby Stany Zjednoczone wciąż jawiły się w naszych umysłach jako ziemia obiecana.

Amerykańskie symbole zostały wypaczone przez popkulturę na wszystkie możliwe sposoby. Niezliczona ilość marzycieli przekonała się, że pokoje bajkowego hotelu El Royal przywodzą na myśl raczej przydrożny motel, do którego nie powinno się wchodzić. Ciężko uwierzyć, że american dream wciąż trwa. Dlaczego tak się dzieje? Bo komuś się udaje. Tak jak Darlene, która za sprawą ciężkiej pracy i uśmiechu losu ostatecznie stanęła przed publicznością jako niezależna artystka, która wcale nie musi martwić się o przyszłość. Trąci banałem, a w tle słychać amerykański hymn. Jest w tym jednak pewna prawda, którą najlepiej ujął tytułowy „Gracz” (1992) z filmu Roberta Altmana: to co w Ameryce sprzedaje się najlepiej to właśnie happy end.

Ida Marszałek

Źle się dzieje w El Royale (premiera – 12.10.2018)
USA 2018, 141′
scen. i reż. Drew Goddard, zdj. Seamus McGarvey, Goddard Textiles, TSG Entertainment, Twentieth Century Fox, wyst. Jeff Bridges, Cynthia Erivo, Dakota Johnson, John Hamm, Chris Hemsworth, Lewis Pullman