Kino z innej półki – 9. American Film Festival

BLAZEBlaze (2018, reż. Ethan Hawke)

Gdybym miał nazwać filmowo swój rok, nazwałbym go rokiem nowicjusza. Wszystko zawdzięczam pierwszymi razom z wrocławskimi festiwalami filmowymi. Nowe Horyzonty pozostawiły swój ślad i były istną kolejką górską. Zaskakującą na każdym zakręcie i rozbudzającą apetyt na więcej. Nic więc dziwnego, że American Film Festival pojawił się jako pozycja, którą nie tyle można, co trzeba było odwiedzić i sprawdzić po raz kolejny, jak perspektywa żółtodzioba sprawdza się podczas oglądania pozycji zza wielkiej wody. Filmów, których w rodzimych kinach raczej ze świecą szukać.

Pierwsze wrażenie było cokolwiek mylące. Swoje podboje rozpocząłem od drugiego dnia festiwalu i przed swoim pierwszym seansem po godzinie piętnastej nie natrafiłem na zabójcze tłumy. Oczywiście nie pomyślałem, jak na ogarniętego człowieka przystało, że ludzie dopiero kończą pracę, zajęcia i tym podobne, wbijając sobie do głowy, że – hej, może obejdzie się bez kolejek. Swobodnie możecie dorzucić to do błędów nowicjusza, bo już przy kolejnym seansie bez sznura oczekujących ani rusz. Objęcie miejsca w wężu ludzkich głów pół godziny przed rozpoczęciem seansu stało się rozsądnym minimum.

Toaleta i jedzenie przybrało formę ekspresową i bez zrobionych wcześniej kanapek czy innych przekąsek na szybko, raczej nie można było liczyć na cud i spokojny obiad w jednej z okolicznych knajp. Wynikało to po części z tego, ze praktycznie każdego dnia witały mnie trzy seanse i okienka pomiędzy jedną projekcją a drugą zazwyczaj zamykały się w czterdziestu minutach. Nie pomagał też fakt, że przez większość festiwalu musiałem dzielić dni na pracę i późniejsze kinowe podboje, co niewątpliwie odbijało się zarówno na organizacji, jak i wytrzymałości organizmu. W związku z tym podtrzymywanie życia dzięki Coca-Coli czy energetykom stało się nieuniknione, acz nie sprawiło, że styrane kolana czuły się jakoś lepiej. Jakby to rzec, nie można mieć wszystkiego.

Ale, ale, może już wystarczy tego zanudzania, bo przecież najważniejszym tematem są filmy! Produkcje, które na rodzimych ekranach pojawią się dopiero za jakiś czas, albo nie zrobią tego wcale. Klaruje się więc znakomita okazja, by sprawdzić jak radzą sobie amerykańskie produkcje nie tkwiące na świeczniku, co wcale nie znaczy, że nie proszące się o atencję.

blindspotting-oakland-movieZaślepieni (2018, reż. Carlos Lopez Estrada)

Jeśli mowa o kinematografii zza wielkiej wody, nie sposób ustrzec się w niej tematu rasizmu. Zawsze kiedy wydaje się, że poczyniono jakikolwiek postęp, powstają kolejne ogniska zapalne, których nie sposób zignorować. Filmowcy to czują i oddają to w swoich produkcjach o czym mogłem się przekonać już na samym początku. Pierwsze dwie produkcje jakie obejrzałem we Wrocławiu właśnie w tej materii pozostawiły swój ślad. Zrobiły to w sposób zupełnie inny, acz nie bez pewnych cech wspólnych. Zarówno w pierwszym jak i drugim obrazie punktem zwrotnym jest śmierć zadana z rąk policjanta na czarnoskórym mężczyźnie. Główny bohater „Zaślepienionych” i główna bohaterka „Nienawiści, którą dajesz” są jej świadkami i te wydarzenie niczym piętno towarzyszą im przez całą projekcje. Oboje wciąż próbują odegnać to bolesne i brutalne wspomnienie, ale dopóki nie zrobią tego co należy, nie będzie to możliwe. Zarówno Carlos Lopez Estrada, jak i George Tillman Jr. podsuwają swoim widzom pewne obrazy, a potem rozbrajają je na czynniki pierwsze. Sprawiają, że traumy bohaterów są namacalne i mają znaczenie, pozwalają lepiej zrozumieć emocje, jakie tętnią w tkance czarnoskórej, latynoskiej i jakiejkolwiek innej mniejszości spychanej na margines.

„Nienawiść, którą dajesz” bazuje na książce dla nastolatków, ale w żadnym razie nie zawiera się w prostych morałach. Jest bardziej przystępna, co wszakże nie znaczy, że prostacka. Potrafi pewne mechanizmy rasizmu pokazać w sposób, który łatwiej zrozumieć i co najważniejsze odczuć. Gdybyśmy żyli w idealnym świecie, o takich filmach rozmawiano by w szkołach, bo nawet jeśli nie są bez wad i cierpią na pewne uproszczenia, to stwarzają pole do dyskusji i innego spojrzenia. Mają wartość zarówno edukacyjną, jak i emocjonalną. Trudno się dziwić, że widzowie właśnie ten film za najlepszy w całym konkursie.

Wróćmy jednak na chwilę do „Zaślepionych”, skazanego w zawieszeniu Collina, któremu zostało już tylko kilka dni do ukończenia nadzoru kuratorskiego. Film zaczyna się jak jedna z wielu znanych i lubianych kumpelskich komedii. Zabawnie, niepoprawnie, pociągająco. Jednak nie dajcie się zwieść, bo film Estrady to podstępna bestia, która obnaża swe kły w najmniej oczekiwanym momencie. Komizm w ułamku sekundy zastępuje pełnokrwisty dramat, a bohaterowie, których rzekomo znamy, poznajemy na nowo i status quo zmienia się w mgnieniu oka. Jeśli u Tillmana Jr. rasizm miał wymiar globalny, tak u Estardy jest bardziej osobisty, zakopany głębiej i dopiero w odpowiedniej chwili wybuchający z całą siłą. Zaślepieni to przy tym kawał świetnie nakręconego kina, które swoją dynamiką i lekkością, potrafią wprawić w błogi nastrój, a potem uderzyć sierpowym tak, że jeszcze długo nie ma co  zbierać. Moralitet zwodniczy do cna, mający w sobie styl pokroju Guya Ritchiego, a przy tym moralnie niejednoznaczny, skrywający pod powierzchnią brud uwalniany z każdą minutą.

boy-erased-2Wymazać siebie (2018, reż. Joel Edgerton)

Innym namacalnym tropem jaki można odnaleźć w produkcjach pokazywanych na AFF jest z pewnością moralność i połączona z nią seksualność, a w zasadzie mniejszości seksualne. I ponownie trafiamy na duet filmowy, który skupia się na tym samym temacie, a przy tym ma całkiem sporo wspólnych punktów, choć opowiada o problemie w inny sposób. „Złe wychowanie Cameron Post” i „Wymazać siebie” to ukazanie seksualności jako odchylenia, choroby, którą można wyleczyć w specjalnych ośrodkach. Tutaj różnica między produkcjami zawiera się w ich atmosferze. Edgerton kładzie nacisk na klaustrofobię i wewnętrzne rozedrganie, natomiast Akhavan stawia na bardziej świadome i otwarte zderzenie z próbą zmiany nastawienia. Instytucja do jakiej trafił Jared z „Wymazać siebie” przypomina dziwne sprzężenie banku i szkoły biznesu. Zimne, pozbawione osobowości wielokąty przytłaczające swą niezapełnioną przestrzenią. Cameron natomiast trafia w bardziej przystępny świat, któremu bliżej do wakacyjnego obozu niż placówki mającej za zadanie zmienić nastawienie podopiecznych  Obie lokalizacje mają swoje zasady, łączy je też tożsamy cel, podobnie jak wychowawców jakże różnych stylem, choć tak samo błądzących po omacku w swych próbach rzekomego nawrócenia od seksualnej dewiacji. Jednak ogniwem najbardziej znaczącym jest wrażenie,, że choć tak inne w podejściu, oba filmy dalekie są od satysfakcjonującego rozprawienia się z tematem.

„Złe wychowanie Cameron Post” nie bardzo wie czy chce być dramatem czy filmem dla nastolatków zabarwionym jedynie nieco bardziej przejmującymi wydarzeniami. Brakuje w nim jasnego kierunku, jak zdecydowanie się zaczyna, tak niepewnie kończy. Mowa tu o produkcji, która chce opowiedzieć o rzeczach ważnych, ale jednocześnie nie chce pobrudzić sobie rączek i przeszkodzić w jakże przystępnym oglądaniu.

„Wymazać siebie” jest filmem o wiele bardziej konsekwentnym i świadomym kierunku w którym zmierza. Jednocześnie w tej wykalkulowanej, cokolwiek chłodnej narracji, trudno zbliżyć się do głównego bohatera. Zagubienie Jareda wypływa z ekranu, ale zamiast przerodzić się w empatię, wzbudza niezdecydowanie. Wszystko dlatego, że podział na dobrych i złych jest tu boleśnie oczywisty. Jakkolwiek świadomość reżyserska Edgertona jest tu wyczuwalna, tak trudno nie odnieść wrażenia, że czasami przesadza, trudno rozstać mu się z nakręconym materiałem i nie potrafi nadać mu dostatecznego życia i emocji.

Moralność w obu produkcjach jest jasno nakreślona, podobnie jak świadoma konfrontacja religii z seksualnością. Problem w tym, że zarówno wnioski, jak i spostrzeżenia z obu produkcji są zbrodniczo wręcz oczywiste. Tłumaczą rzeczy, które tego nie wymagają. Kościół wymaga refom? Owszem. Powinniśmy się uczyć akceptować inne seksualności? Jasne. Homoseksualizm to choroba? Oczywiście, że nie. Tyle, że to podstawy podstaw rozsądnie myślącego człowieka i to cokolwiek smutne, że należy o nich przypominać i to w formie, która nie wynagradza niczego w pełni.

Three Identical Strangers_RGB-2000-2000-1125-1125-crop-fillBliscy nieznajomi (2018, reż. Tim Wardle)

Rzecz jasna w tym całym galimatiasie nie mogło zabraknąć filmu nawiązującego do praw kobiet, tym bardziej interesującego, że ukazującego skandaliczne wręcz dysproporcje w zakresie płci na stołku reżysera. Mowa tu o „Drugiej połowie kadru” jednym z dwóch dokumentów, jakie miałem okazję ujrzeć na festiwalu. Produkcji, co do której mam cokolwiek mieszane uczucia. Temat przez nią poruszany jest szalenie istotny, trzeba o nim mówić i nawoływać do zmian, co do tego zgadzam się w zupełności. Jednakże czy ambasadorkami tej produkcji mają być twórczynie tak porywających dzieł kinematografii jak „Zmierzch” czy „Pięćdziesiąt Twarzy Greya”? Jest to tym bardziej zastanawiające, że już na samym starcie obraz Amy Adrion przytacza słowa Jessici Chastain wyrażającej wątpliwości na temat ukazywania kobiet w filmach pokazywanych na festiwalu w Cannes. Czy nie mamy w związku z tym do czynienia z dziwnym obliczem podwójnych standardów? Czy równość ma polegać na tym, że kobiety będą reżyserować filmy, które w ich płeć godzą? Warto się nad tym zastanowić. Tymczasem sam dyskurs ku zwiększeniu równowagi szans potrzebny jest jak każdy inny. Druzgocące jest to, że w dwudziestym pierwszym wieku to płeć a nie umiejętności zdają się odpowiadać za kompetencję i pozostaje wierzyć, że stan ten prędko się zmieni, nie popadający przy tym we wspomniane wcześniej paranoje.

Drugi obejrzany dokument to historia jak z filmu, lecz realna i przez to jeszcze bardziej wstrząsająca. Mowa w nim o trojaczkach, które dopiero na studiach dowiedziały się o swoim istnieniu. Swego czasu sensacja na skalę światową, ale jak pokazał upływ czas, sprawa o wiele bardziej bolesna i złowroga niż można było się wydawać. Ogląda się to bardziej jak thriller ze zwrotami akcji niż dokument. Komedia przeradza się w tragedie, tajemnice piętrzą za każdym rogiem, a pytania o moralność i zasadność pewnych postępowań pojawiają na każdym kroku. Jest coś szalenie niepokojącego w tym, jak mała grupka osób może mieć niebagatelny wpływ na kolejne pokolenia, jak pod czymś pięknym skrywa się coś złowrogiego. „Bliscy nieznajomi” to tytuł, który znakomicie oddaje istotę przekazu całej produkcji, bo jakkolwiek blisko bylibyśmy pewnych odkryć, to co najważniejsze pozostaje dla nas nieznajome. Podobnie zresztą jak w przypadku trójki braci, ich powierzchownych podobieństw, pod którymi skrywały się wielkie różnice, widoczne gdy byli oddzielnie, ale które zamazywały się podczas wspólnego spędzania czasu.

A STAR IS BORNNarodziny gwiazdy (2018, reż. Bradley Cooper)

I pewnie teraz mógłbym wspomnieć coś o debiucie reżyserskim Ethana Hawke’a – „Blaze” czy „Pierwszym reformowanym” w wydaniu Paula Schradera. Połączyć te projekcje ze względu na aktora za i przed kamerą, ale wystarczy powiedzieć, że w obu produkcjach główni bohaterzy się bronią, są silni charakterystyczni, zaczynają z impetem. Niestety im dłużej prowadzą swoje drogi czy to na bezdrożach muzycznej kariery czy też duchowego odrodzenia, tym bardziej tracą kontakt z rzeczywistością. Nie ma nikogo, kto powiedziałby wystarczy, stop, mamy to. Dokonuje się za to bolesne rozciąganie minut do momentu, aż cały osiągnięty trud ulegnie zniweczeniu i to co atrakcyjne, bądź intrygujące, przetrze się i pęknie z hukiem. A wystarczyłoby trochę wstrzemięźliwości.

Dobrze, już dobrze, przechodzimy do mięska, bo nie oszukując się, wszyscy czekali na dwie produkcję. Na pierwszą z nich ekstatycznie, na drugą mniej, acz wciąż z żywymi nadziejami. Zacznijmy od „Narodzin gwiazdy”, czyli kolejnej inkarnacji klasyka i to za sterami debiutanta, który nie tylko zajął stołek reżyserki, ale postanowił też zagrać na pierwszym planie i pokazać, że ma dryg do partii wokalnych. Muzyka, właśnie ona, tak jak zresztą powinna, wiedzie prym. Koncerty, wykonania, covery do kotleta czy na wielkiej scenie. Jest moc proszę państwa, są ciary i ekstaza. Lady Gaga wypruwa swym głosem plusz z kinowych foteli i sprawia, że nie sposób nie pobiec po ścieżkę dźwiękową do sklepu. Trzeba też oddać sprawiedliwość Cooperowi, który ma piasek w głosie, charyzmę i również potrafi porwać. Może nie w niezapomniane rejony, ale godne docenienia z pewnością. Brzmi to jak jeden wielki zachwyt, ale wstrzymajcie wodze, bo tak wspaniale nie jest. Technicznie perła, scenariuszowo, hmm, coś nie poszło, proszę państwa. Skrypt jest obliczalny do cna, bo ileż to już razy mieliśmy show-biznes niszczący talent, ileż to już muzyków uginających się pod ciężarem koksu nasiąkniętego procentami? Nuda, proszę państwa i stagnacja także. Może jakoś bym się z tym pogodził, gdyby nie bardzo, ale to bardzo niepokojący wybuch ego pana reżysera. Mianowicie ta gwiazda narodzona, zaskakująco ustępuje gwieździe spadającej. Bradley Cooper pcha się przed oblicze uwagi, co można by jeszcze usprawiedliwić, gdyby nie końcówka, która staje się jednym, wielkim zrobieniem sobie dobrze i pokazaniem, któż tu jest najważniejszy. Bardzo nieładna postawa, bo z całym szacunkiem, Lady Gadze mógłby Bradley buciki czyścić, a tymczasem on kończy na wychwalonym piedestale i jego ma być ostatnie słowo. To w końcu kto jest tą gwiazdą, a kto być powinien? Pytanie z gatunku podchwytliwych.

maxresdefaultBracia Sisters (2018, reż. Jaques Audiard)

Przejdźmy do kolejnego pretendenta, a mianowicie „Braci Sisters” czyli westernu Jaquesa Audiarda w jakże doborowej obsadzie. Kogo my tu nie mamy – Phoenix, Gyllenhaal, Ahmed, Reilly. Czego my tu nie mamy – pogoń za zdobyczą, łowców głów w natarciu, trup ścielący się gęsto, miasteczka spaczone korupcją, wydobywanie złota, więzi braterskie na cienkiej nici i przyjacielskie na coraz stabilniejszej. Wszystko skąpane w urzekającej prerii, niebezpiecznej, cichej i rozbuchanej zarazem. Potrafiącej ukołysać do snu i poderżnąć gardło w tymże. Niespokojny to świat, tylko dla wybranych, jakże atrakcyjny dla wytrawnego filmowca, by opowiedzieć o ludzkiej naturze, w sprzyjających i podstępnych okolicach przyrody. Pięknie to wygląda wizualnie, ma w sobie sznyt westernów sprzed lat, którym jest bliższy, niż znanemu nam od paru lat odświeżonemu wizerunkowi. Brud, zło i sentymentalizm czają się pod jednym dachem, ale szczerze mówiąc, nie robią aż takiego wrażenia, jak mogłoby się wydawać. Niby aktorska śmietanka na ekranie, a ja nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że równie dobrze, ktoś mógłby ich zastąpić i – pomijając Pheonixa – nic by na tym produkcja nie straciła. Zresztą towarzyszy mi w związku z nią swego rodzaju niespełnienie, być może wynikające z towarzyszącemu bohaterom niedosytu. Pozornie wszystko jest tu na miejscu, ale w tym dopiętym na ostatni guzik surducie brakuje czegoś wyjątkowego. Niespodziewanego błysku, który sprawiłby, że spojrzałbym na ten film inaczej. Wgryzłby mi się gdzieś pod czaszkę. Tymczasem po projekcji towarzyszy mi uczucie, że to seans od a do z, choć wypadałoby w tym alfabecie trochę poszaleć, pozmieniać literki, pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa. To Dziki Zachód, bez dwóch zdań, ale zbyt poukładany, a przecież dzikość to nieokiełznanie, a tu wszystko zdaje się kroczyć na założonym od początku łańcuchu.

Widziałem jeszcze kilka filmów, ale pozwólcie, że zakończę jednym, tym najlepszym, bo nawet jeśli trafiły się pewne chrząstki w tym wielodaniowym posiłku, to co jak co, ale słodki deser powinien Wam to i owo wynagrodzić. Jest nim nic innego niż „Zatrzeć ślady” nakręcona przez Debrę Granik, która pokazała na czym polega siła kobiet w kinie. Jej opowieść o ojcu i córce żyjących w środku lasu, to piękno skromności przekłuwające efektowność, na jakże bardziej pożądaną efektywność. Dwaj bohaterowie, mały czas i poszukiwanie własnej niszy na drodze do, no właśnie, czego? Przeżycia, szczęścia, pielęgnowania więzi między ojcem a córką? Zapewne wszystkiego po trochu, a odkrywamy to z czasem, bez pośpiechu. W poukładanym życiu w puszcz, mniej okiełznanym wielkim mieście i jego obrzeżom. Poznajemy zadry z przeszłości i traumy tkwiące w teraźniejszości, które przejmują, nawołują do zastanowienia i pozwalają szerzej spojrzeć na pewne wydarzenia. Pozornie to prosta historia o dwójce zagubionych istot, ale tkwi w niej o wiele więcej. Zrozumienie dla różnych dróg życiowych i małych, drobnych radości, wyzbytych banalizowania ku chwale Coelho. Zwykłe i autentyczne przyjmowanie skarbów świata, którym może być chociażby zupa z puszki po długim i wyczerpującym marszu. To jedna z tych produkcji, która umyka opisom, wrzuceniu w pewien worek podsumowań i przyczepienia nalepki z takim, a takim poziomem przekazu. Historia uniwersalna, powieść drogi nasycona bogactwem literatury, ale ukazującą ją za pomocą języka filmowego. Chłód przenika tu do koniuszków palców, a zapach lasu przemyka gdzieś w okolicy fotela. Postaci poszukują swojej własnej odnogi wolności oraz samodzielności w czym trudno im nie kibicować i żywo przejmować się, do czego to wszystko doprowadzi. Niepozorne perła, wzruszająca, kojąca i wyciszająca. Kino z innej półki.

I to by było chyba na tyle kochani. Czy moje kolana ucierpiały na festiwalu? Owszem. Czy zrobiłbym to jeszcze raz z większą ilością seansów? Definitywnie. Co mogę powiedzieć, nie ma znaczenia czy kręcę nosem na szarżującego Nicolasa Cage’a w „Mandy” czy zachwycam się minimalizacjom środków w grze Bena Fostera. To wszystko są różne, diametralnie od siebie inne oblicza kina, które mogę obejrzeć tylko tutaj, w tym miejscu, na tym festiwalu. W miejscu, które tętni miłością do kinematografii i stara się przybliżyć to, na co w szerokiej dystrybucji nigdy byśmy nie doczekali. To moje pierwsze spotkanie z American Film Festival, ale jak los da, nie ostatnie. Zbyt wiele tu dobra i niespodzianek, by kilka rozczarowań było w stanie mnie zniechęcić. Czają się tu niespotykane smaki i ja zawsze z przyjemnością będę ich szukać czekając wcześniej w długich kolejkach i zagryzając zimne ciastko francuskie z biedry, by doświadczyć kolejnych zatartych śladów czy innych zaślepionych i móc powiedzieć, nigdy mi się to nie znudzi, jak dobrze móc tu być.

Patryk Rzemyszkiewicz