Wielki czas krótkich metraży

f297e210d42c407830115160c0196404

Nie zliczę ile powstaje krótkich metraży w Polsce. Nie będę nawet próbował, bo przecież nie o to chodzi. Ważniejsza jest tutaj sama świadomość, że istnieją. Równie oczywista, co pozbawiona stałej, wciąż domagającej się zaznaczenia formy. Niestety o początkach rodzimych twórców wiemy zazwyczaj niewiele bądź nic. Prócz grona zainteresowanych, pasjonatów pełną gębą, trudno byłoby wymienić tytuł półgodzinnej lub krótszej opowieści, a co dopiero przytoczyć jej treść. Zresztą, nie szukajmy daleko. Sam zaliczam się do grona kinomanów, którzy czują się pośród tych mniejszych i wcale nie mniej ważnych drogowskazów zupełnie pozbawiony obeznania. Wiem, że istnieją. Na tym kończy się moja wiedza na ten temat. Coś tam przemknęło przed oczami, ale dawno i nieprawda. Sytuacja wszakże uległa ostatnio zmianie. Może nie kolosalnej, acz mamy tu do czynienia z przełomem, o którym i należy wspomnieć. Za sprawą Studia Munka i dystrybutora M2 Films dostaliśmy szansę poznania wyselekcjonowanych, najlepszych z najlepszych krótkich form. I przekonania się, czy zasłużenie przestały być (nie)widzialne.

Runda pierwsza

Czy istnieje lepsze otwarcie niż zaserwowanie „60 kilo niczego” Piotra Dmochowskiego, świeżo ochrzczonego wybitnym talentem po znakomitej „Cichej nocy”? Wydaje się, że nie, bo już tu widać świadomą reżyserię i empatię w stosunku do bohaterów postawionych w trudnej sytuacji. Niemożliwego dylematu Krzysztofa Kowalika, który już w pierwszym dniu musi poddać swoje sumienie egzorcyzmom kładąc na szalę swoją rodzinę i los obcego człowieka. Początek mocny, spełniony, można odczuć, że osoba za niego odpowiadającą wiedziała co robi i niczego nie pozostawiła przypadkowi. Profesjonalizm w pełnym tego słowa znaczeniu.

Kolejne podejście to dokument, niezwykły, jakby wyjęty z literackiej narracji, bądź kina Indie. Jakże inaczej nazwać historię postawnego, słusznych rozmiarów chłopaka, któremu marzy się kariera wrestlingowca. Jawi mu się ona jako sposób wyjścia z niewielkiej mieściny. Prowincji, o której mówi się szeptem, gdzie każda rozrywka jest na wagę złota, podobnie jak zatrudnienie. Łatwo można byłoby wziąć tę historię w nawias, zamienić w niezamierzenie komiczną, ale sukces Marka Skrzecza tkwi w tym, że rozumie potrzebę tytułowego „Amerykańskiego snu”. Nie kpi z chłopaka, ale wyciąga do niego dłoń, bo przecież nie ważne jak się próbuje, grunt że przechodzi się do czynów. Nawet jeśli utopijna wizja Szymona Siwca nie znajduje wymarzonego spełnienia, to ten krok w jego wydaniu zdaje się milowym. A satysfakcja z małego otwarcia w stronę samodzielności warta uwagi i poklasku.

924b2d74-9a0a-41d3-8e53-1f6b36b4f024Amerykański sen (2016. reż. Marek Skrzecz)

Zasada stopniowania napięcia sprawdza się zresztą znakomicie, bo na ostatek zostały „Najlepsze Fajerwerki ever”, czyli rzut oka w niedaleką przyszłość, gdzie widmo wojny staje się namacalne, a mało kto z trójki przyjaciół na ekranie zdaje się na to przygotowany. Tytuł jest adekwatny do treści, bo nie ma chyba nic lepszego niż doprowadzenie do sytuacji, by ta wyświetlana przed nami rzeczywistość przeniknęła do realności. Uświadomiła budząc żywy niepokój – że to co widzimy może czaić się już za rogiem i nawet jeśli jest to pewna przesada, ekstremum, to ten przebłysk prawdopodobieństwa jaki się w niej jawi potrafi obezwładnić, boleśnie zderzając ze ścianą. Aleksandra Terpińska mocno i celnie pokazuje nie tylko opresyjność władzy, ale zarazem opieszałość pokolenia w stanie zawieszenia, które chce brać. Które zamiast odpowiedzialności woli zakończyć walkę przed czasem.

Trudno o lepszy początek. Trzy projekty na swój sposób kompletne, choć każdy z innej bajki. Od rzetelności, po przebłyski geniuszu. W każdej z tych pozycji czai się prawda i żaden z nich nie zdaje się kawałkiem większej historii, ale kompetentną i zamkniętą całością. Choć zdaje się, że „Najpiękniejsze fajerwerki ever” mają potencjał na większą opowieść i, kto wie, może będzie nam jeszcze dane ją zobaczyć. Pewne jest za to, że ten wytrych pokazał jak wiele można zawrzeć w ograniczonym zakresie czasu, że dobra historia w odpowiednich rękach zawsze się obroni. Krótkie metraże okazały się więcej niż interesujące i rozbudziły apetyt na więcej.

Runda druga

Jeśli otwarcie pierwszego zestawu było świadome i bez zbędnej szarży, tak w drugim rozdaniu mieliśmy do czynienia z rozwaleniem drzwi razem z framugą. „Więzi”, dokument o małżeństwie z 45 letnim stażem z przerwą męża na ośmioletni skok w bok, rozbraja do cna. Kojarzy się żywo z kultowym już filmem Koszałki „Takiego pięknego syna urodziłam”. Podobnie jak tam, tak i tutaj naturalność wiedzie prym. Gdzieś zanika świadomość kamery, a mniejsze i większe sceny z życia codziennego ujmują, radują, smucą na przemian. Do tego dochodzi nieuchronna kulminacja podczas świętowania rocznicy, która rozpycha gulę w gardle, tyle że Zofia Kowalewska nie pozwala sobie na tani sentymentalizm, dorzucając po wszystkim kilka gramów niespełnienia. Małe, wielkie kino.

Skoro o niespełnieniach mowa, należy tu przejść do historii Filipa Dzierżeniowskiego. „Nazywam się Julita”, to surowa i klaustrofobiczna opowieść o matce, która przez swe brzemię sprzed lat nie chce widzieć swojej córki. Produkcja duszna, zagrana w punkt, szczególnie przez fantastyczną Aleksandrę Konieczną oraz klimat więziennego zamknięcia. Film niełatwy w odbiorze, na swój sposób odpychający atmosferą zza krat. Pozostawiający w ścisku do samego końca. Gdzieś jednak jest przerwa, coś się ulotniło, bo czas zaciera go bezwzględnie. „Nazywam się Julita” z pewnością warta jest uwagi, ale seansowi, a w zasadzie jego zakończeniu, towarzyszy myśl, że czegoś tu zabrakło. Może choć skrawka ciepła w tym zimnym do szpiku kości środowisku.

9615255-kadr-z-filmu-wiezi-zofii-kowalewskiejWięzi (2016, reż. Zofia Kowalewska)

Czas na prowincje. Ojciec i syn, mentor i uczeń. W samym centrum futbol, na orbicie szkoła – wszystko takie zwyczajno-nadzwyczajne. Bezpretensjonalne. Więzi znakomicie nakreślone, ludzkie, niedoskonałe. Trudno „Barażu”, opowieści Tomasza Gąssowskiego, nie polubić, bo choć opowiada o chłopcu, ma w sobie skrawek dzieciństwa każdego z nas. Pokazuje niedoskonałych ludzi, świat skrzywiony. Trochę biedny, prowizoryczny. Mimo to w filmie tym sporo jest czystego szczęścia, wielkiego słońca w małym mieście, gdzie nawet jeśli nie wszystko idzie jak trzeba, to codzienność ma w sobie wystarczająco słodkości, by można było przez nie kroczyć z podniesioną głową. I robić to po swojemu. Bez względu na to, co mówią okoliczne głosy.

Na koniec, by nie rzec na deser „Ja i mój tata”, czyli opowieść jakby zza oceanu. Ekscentryczno-literacka, świadomość jej napisania jest namacalna, a mimo to, kwestie wypowiadane przez aktorów przekonują w pełni. Na swój sposób to kino drogi właśnie, jakieś przetworzenie przeszłości w teraźniejszość. Poszukiwanie wytrychów na skrawku trudnej relacji. Na ostatniej prostej. Simlat i Kowalewski jakby dla siebie stworzeni, szczególnie obecność tego drugiego raduje ponad miarę. Opowieść w wydaniu Aleksandra Pietrzaka, to znakomicie wyważona, słodko-gorzka opowiastka, w której każdy znajdzie kawałek siebie, upuści łezkę smutną i radosną.

Drugi, rodzinny zestaw to uprawomocnienie tezy, że miejsce na krótkie metraże w kinie istnieje i nie należy go lekceważyć. Jeśli ktokolwiek miał jeszcze jakieś wątpliwości, to właśnie po powyższych produkcjach powinien się ich wyzbyć. Przystępne, zamknięte w całości, opakowane emocjami historie powinny przekonać najbardziej sceptycznych. Temat choć wspólny, opowiedziany różniście i co najważniejsze, za każdym razem przekonująco i emocjonalnie.

Runda trzecia

Jesteśmy po rozgrzewce, pozycja została ugruntowana, można szaleć dalej… a przynajmniej tak mogło się wydawać. „Euforia” tytułem obiecuje wiele, tymczasem opowieść o dwóch kobietach – starszej i młodszej – które żyją konkursami piękności pudli jest od niej daleka. Niby to zupełnie inny świat, na swój sposób fascynujący, ale tak po prawdzie Natalii Pletsch brakowało pomysłu jak go pokazać. Obie panie mają fizia na punkcie swych pupili i jakoś trudno z tego względu z nimi sympatyzować. Nie pomaga też nieprzygotowany grunt pod zakończenie zakończenie, po którym dominuje jedna myśl: każdy ma swojego kota, ale po cóż o tym kręcić film. A przynajmniej taki?

„Wolta” za to fascynuje od początku. Co jak co, ale konna woltyżerka, to dyscyplina ciekawa sama w sobie, a do tego duet reżyserski – Karolina Poryzała i Monika Potecka, ma pomysł jak ją ukazać. Kamera co róż szuka nowych miejsc eksploracji. Szczegółów, zbliżeń, znaczeń, a opowiadanie obrazem jest tu doprawdy znakomite. Do tego sama filmowość, nomen omen narracji dokumentu, sprawia, że apetyt rośnie z każdą minutą, a ścieżka dźwiękowa tylko to podkręca. I trochę szkoda, że podobnie jak w poprzedniczce zakończenie jest nagłe, trochę z niczego. Brakuje tutaj kropki nad „i”, która zwieńczyłaby tę nietuzinkową robotę.

16080602540235_cv_rez-1Wolta (2017, reż. Monika Kotecka, Karolina Poryzała)

Czyż nie dobija się Beksińskich? „Pars Pro Toto” to metraż, który miał okazję znakomicie dopełnić zarówno „Beksińskich. Album wideofoniczny” Borchardta jak i „Ostatnią rodzinę” Matuszyńskiego. Opowieść o samotności nestora rodu i jego niezwykłej przyjaźni zdawała się nań świetną okazją. Niestety zdaje się, że Katarzynie Łęckiej przydałoby się więcej czasu na ekranie. Całość zdaje się ściśnięta do niemożliwości, przez co ani aktorzy, ani opowieść nie mają szans wybrzmieć w pełni. Przyjaźń jest nagła i zbyt głęboka. Charakter cieniutko zarysowany. Dopełnia to zakończenie, które zdaje się być bolączką obecnych w tym segmencie produkcji. Szkoda. Potencjał był, acz niewykorzystany.

Na szczęści w tej krainie niedosytów pojawił się jeden, w stu procentach suty posiłek. „Atlas” w wykonaniu Macieja Kawalskiego był jak łyk świeżego powietrza. Z poczuciem humoru bywa w rodzimych produkcjach licho, ale tu można ujrzeć światełko w tunelu. Reżyser wybornie bawi się konwencją, ze swadą realizuje wizję przymrużając oko. Nie dość, że potrafi rozbawić, to jeszcze zaskoczyć. „Atlas” to smakowity teatr absurdu, którego dawno nie było widać. Do tego z zakończeniem w punkt i brawurą, który nigdy nie popada w karkołomność.

Co tu gnać, co tu kryć, pojawiła się w tej rundzie zadyszka. Poziom cokolwiek nierówny, w każdej produkcji, nie wliczając „Atlasa”, mieliśmy do czynienia z pewnym niespełnieniem, niewykorzystaniem potencjału, a może i brakiem umiejętności. Nie były to pozycje złe, acz zwyczajnie niedopracowane. Zabrakło czasu, pomysłu, pieniędzy? Trudno wyrokować, co nie zmienia faktu, że wyraźnie nie wszystkie zapadki zaskoczyły.

Dobrze więc, wypadałoby wydać jakiś werdykt, orzec czy przedsięwzięcie ma sens i warto je kontynuować. Odpowiedź zdaje się być oczywista, choć przez zestaw numer trzy warto sobie zadać pytanie, czy nie wypadałoby sięgnąć poza studio Munka? To rzecz jasna dobry początek, ale odnoszę wrażenie, że perełek jest więcej, trzeba tylko rozrzucić szerzej sieci. Nawet jeśli nie wszystko się udaje, większość prób wskazuje na to, że wielu reżyserów może nas w przyszłości pozytywnie zaskoczyć. Jest potencjał, są młodzi, zdolni. Warto o tym nie tyle pamiętać, co to pokazywać i radować się, że mamy tak wiele talentów. Wystarczy tylko dać szansę na początku. Czekamy na więcej!

Patryk Rzemyszkiewicz