Chłopaki też płaczą

1Le grand bain (2018, reż. Gilles Lellouche)

Co ma wspólnego pływanie synchroniczne z mężczyznami w średnim wieku? To nieprawdopodobne skojarzenie zrodziło się w głowie reżysera – właściwie debiutanta – Gilles’a Lellouche’a i, o dziwo, nie zmieniło jego pierwszego samodzielnie wyreżyserowanego filmu w groteskową farsę. Słodko-gorzka komedia, po której nikt nie spodziewałby się głębszego przesłania, została wyjątkowo szczodrze obsypana brawami przez canneńską publiczność, a nawet sprawiła, że tłumnie poderwała się ona ze swoich krzeseł.

Nie da się zmienić natury niektórych rzeczy i na siłę wpisać ich tam gdzie nie należą. Takie przesłanie przyświeca filmowi „Le grand bain” od samego początku, gdy zostaje dobitnie zobrazowane za pomocą klocków dla dzieci. Jak jednak wiadomo, człowiek lubi płatać naturze figle i nie znosi, gdy sztucznie przyporządkowuje mu się pewne role, zwłaszcza jeśli nie jest w stanie im sprostać, tak jak główni bohaterowie, sprzeniewierzający się wypełnianiu oczekiwanych od nich funkcji twardzieli, żywicieli i opiekunów rodziny. Brak możliwości spełnienia nadanego powołania wpędza każdego z nich w depresje, dzięki czemu stajemy przed malowniczą ekspozycją życiowych nieudaczników. Ciężko wskazać najgorszy przypadek. Antydepresanty niczym cukierki dorzucane do porannej porcji płatków śniadaniowych, nieudolne charakteryzowanie się na Davida Bowiego, strach przed odwiedzaniem własnej matki w domu starców, czy maraton „Candy Crush” na kanapie. Nie ulega wątpliwości, że ci mężczyźni utknęli w martwym punkcie pomiędzy swoim dotychczasowym życiem, a zmianą, której nie mają odwagi przeprowadzić. Oglądając ich na ekranie, nie sposób poddawać w wątpliwość zasadności wszelkich „coachingowych” metod. Ta bezradność jest w dzisiejszych czasach wszechobecna. Na szczęście otrzymuemy na nią lekarstwo: „typowo kobiecą” wrażliwość.

Aktywność wybrana do podniesienia na duchu cierpiących wewnętrznie mężczyzn jest tak oryginalna, że nie może być przypadkowa. Dzięki niej mogą wreszcie uwolnić emocje, które wcześniej uznawali za nieodpowiednie. Drużynowy charakter też jest tutaj istotny. Wzajemne zrozumienie zastępuje pogardę, z którą zwykli się wcześniej spotykać. Kiedy w końcu startują w zawodach (co oczywiście musiało nastąpić), nie walczą o złoto, ale o coś ważniejszego. Stawką w tej grze jest przywrócenie wiary we własne możliwości oraz udowodnienie sobie, ale też swoim bliskim, jak to jest być dumnym ze swoich ojców i mężów.

33586985_1772616016115691_3788299916875399168_nLe grand bain (2018, reż. Gilles Lellouche)

Nieistotny zdaje się wynik konkursu, który gloryfikowany jest raczej spokojnie, przynosi natomiast wiele długoterminowych korzyści. Cudownie niehollywoodzkie są również trenerki naszej parszywej grupki, które zamiast świecić przykładem, są kolejnymi żywymi eksponatami w tej depresyjnej galerii. Walcząca z alkoholizmem Delphine (Virginie Efira) pali drżącą ręką papierosa za papierosem, a jej dawnej partnerce sportowej, Amandzie (Leila Bekhti), paraliż od pasa w dół nie przeszkadza w znęcaniu się w trakcie treningów na drużynie nieudaczników.

Francuski dream come true jest idealnie wyważoną mieszanką ironii, gagowego humoru i cierpkiej prawdy. Pełen jest histerycznych prób zgrania się do popowej muzyki i uczynienia z oponki kaloryfera. U Lellouche’a nie zabrakło rytmicznie zmontowanych sekwencji treningowych a la Rocky Balboa. Ostatecznie przysłowiowy „człowiek z ulicy” nie jest w stanie zmienić się w sportowca w ciągu paru miesięcy. I na szczęście nikt nie usiłuje nam tego wmówić. W „Le grand bain” otrzymujemy opowieść o tym, jak obraz, który mamy w głowie, marnie ma się do rzeczywistości, a wiara we własne możliwości może zaważyć o wszystkim.

Lellouche’owi zależało na stworzeniu kina, które do tej pory we Francji nie istniało. Łamie więc nienaruszoną (jak sam zauważa) do tej pory zasadę Decorum i pod otoczką komedii przemyca treści ważne nie tylko dla jego kraju, ale aktualne wszędzie, gdzie życiowy sukces jest kategorią ujednoliconą. Co więcej, zostaje tu poddane w wątpliwość odwieczne źródło męskiej siły, które stereotypowo opierało się na mniejszej emocjonalności. Okazuje się, że, paradoksalnie, mężczyzna, aby stać się silnym, musi nabrać cech przypisywanych dotąd kobietom. I bardzo mi się ten paradoks podoba.

Ida Marszałek