Dużo ludzi na torze

30020223_2063895830317099_1329103279_nDziennik maszynisty (2016, reż. Miloš Radović)\

„Dziennik maszynisty” Miloša Radovića chce w konwencji groteskowej, wypełnionej czarnym humorem komedii opowiedzieć o traumie tysięcy kolejarzy. Pomysł ciekawy, acz ryzykowny i to nie tylko z uwagi na kontrowersje wokół tematu, ale i konwencję, która do łatwych nie należy i wymaga dużego kunsztu. Radović nie podołał.

Ilja to starszy maszynista dzierżący niechlubny rekord – zabił już 28 ludzi. Kolejne śmierci przyjmuje ze stoicyzmem, rozszerzając tylko cmentarny maraton po grobach swoich ofiar. Ze wszystkich sił odwodzi przybranego syna, Simę, od pójścia w swoje ślady, jednak chłopak w końcu dopina swego i zostaje maszynistą. Od teraz w napięciu oczekuje na pierwszy wypadek. Nie je, nie śpi, zatrzymuje pociąg przed każdym zakrętem. Ilja chce pomóc chłopcu i postanawia zaaranżować katastrofę, by Sima mógł przejść kolejarski chrzest.

Proces wyboru filmów do polskiej dystrybucji z tych bardziej „egzotycznych” europejskich kinematografii pozostaje dla mnie zagadką. Pomijając najgłośniejsze nazwiska, wydaje się, że w cenie są głównie czarne komedie – węgierski „Sens życia oraz jego brak” (2014, reż. Gabor Reisz), czy „Barany. Islandzka opowieść” (2015, reż. Grímur Hákonarson) z wiadomego kraju tylko to potwierdzają. „Dziennik maszynisty” wpisuje się w ten trend, jednak jest co najmniej o kilka klas niżej od wspomnianych tytułów. Serbsko–chorwacka koprodukcja cierpi z wielu powodów –  nieumiejętnego mieszania rejestrów, konstrukcyjnych wad, bezsensownych, prowadzących w ślepe zaułki wątków, czy czarnego humoru, który nigdy nie jest na tyle dobitny, by rzeczywiście wywołać jakąś reakcję poza wzruszeniem ramion.

30421597_2063895833650432_1447264699_nDziennik maszynisty (2016, reż. Miloš Radović)

Największy zarzut to ten dotyczący konwencji, bo już pierwsza sekwencja ustawia sytuację. Ilja opowiada psychologowi o swoim ostatnim wypadku, w którym zabił sześcioosobowy cygański zespół, dodając mnóstwo makabrycznych szczegółów, doprowadzających biednego specjalistę do zasłabnięcia. W przebitkach widzimy Ilję kładącego kwiaty przed grobem każdej ze swych ofiar i uciekającego przed gronem wściekłych wdów. Na papierze wygląda to na wspaniałą, komediową sekwencję, z której taki Kusturica (banalne skojarzenie twórców z uwagi na jugosłowiańskie pokrewieństwo) mógłby stworzyć prawdziwą perłę. Ale Radović filmuje ją tak beznamiętnie, że cały ten komiczny wymiar gdzieś ginie, a aspekt dramatyczny jest zbyt słaby, by rzeczywiście poruszyć. Nie pomaga też montaż, szybkie cięcia dezorientują i nie pozwalają wybrzmieć poszczególnym scenom. I tak też będzie przez cały film – wszelkie śmieszno–straszne sytuacje nie spełniają ani jednej ze swych ról, bo komizm neutralizuje dramat i na odwrót – przez to mamy wrażenie, że oglądamy przydługi, nieśmieszny dowcip bez puenty.

Film często też gubi główny wątek, by pogrążyć się w dygresjach, które rzucone mimochodem nie znajdują żadnego rozwiązania, nie mówią nam nic o postaciach, ani nie wzbogacają świata przedstawionego. Pojawia się dziewczyna, dawna miłość Ilji, którą stary maszynista widzi w malignie. Domyślamy się, że miała wielki wpływ na bohatera, wiemy, że zginęła w jednej z wielu katastrof kolejowych. Jej wątek mógłby nam wiele powiedzieć o bohaterze, ale kobieta znika tak gwałtownie, jak się pojawiła. Inny moment – Ilja pali marihuanę, po której przeżywa halucynacje. Jaki jest cel tej sekwencji? Co ona wnosi? Rzucona od niechcenia, bez sensu wydłużająca metraż, nie służy budowaniu postaci, ani właściwie niczemu. Mnóstwo tu takich momentów, które jeszcze bardziej gmatwają banalną właściwie fabułkę, która i bez tego rwie się przez nieumiejętne prowadzenie.

Film Radovića jest więc potykającą się o własne nogi próbą opowiedzenia zabawnej w swym tragizmie historii. Standardowy zarzut o niewykorzystany potencjał pasuje tu jak ulał. Wiele pomógłby bardziej dopracowany scenariusz, z lepszą selekcją materiału, dzięki któremu braki warsztatowe twórcy nie doskwierałyby aż tak bardzo. Można gdybać, ale nie warto się specjalnie nad dziełem Serba rozwodzić, bo gdy tylko zejdzie z ekranów, prawdopodobnie nikt nie będzie już o nim pamiętał.

Jakub Dzióbek

Dziennik maszynisty (premiera: 2.03.2018)
Serbia, Chorwacja, 85’
reż. Miloš Radović, scen. Miloš Radović, zdj. Dušan Joksimović, prod. Zillion Films, wyst. Lazar Ristovski, Petar Korać, Mirjana Karanović, Jasna Djuricic, Mladen Nelević