Zrobiłem dokładnie taki film, jaki chciałem – rozmowa z Piotrem Domalewskim

-PAXP-deijE 22090178_10214174118613905_5498085829417483172_nPiotr Domalewski (fot. Tomek Kamiński)

Wątek emigracji zarobkowej był dla mnie tak istotny, ponieważ nie został on jeszcze odpowiednio zaakcentowany w polski kinie, mimo że dotyka prywatnie wielu z nas. Ale ten temat dotyczy również mnie i moich bliskich – mówi Piotr Domalewski, reżyser i scenarzysta filmu „Cicha Noc”. Spotkanie z twórcą odbyło się w ramach DKF Rozpięci w Kinie Agrafka.

Mateusz Demski: Czy wszyscy w domu widzieli film?

Piotr Domalewski: Tak, widzieli i odbiór był naprawdę pozytywny. Kilka dni temu na pokazie „Cichej Nocy” pojawili się nawet mój dziadek i babcia. Byli wzruszeni, bo opowiadam o czymś co znają.

Mogę się założyć, że sporo tam z Wigilii u Domalewskich.

Nie do końca. Jedynie mój dziadek został przeniesiony na ekran niemalże w skali jeden do jeden. Tak samo jak zresztą moja ulubiona scena, w której synowa mówi do niego: „Mój mąż nie pije”, a dziadek na to odpowiada: „A po co?” [śmiech]. Sytuacje rozgrywające się w filmie są jedynie inspirowane wigiliami, które widziałem w moich rodzinnych stronach. Wiele z nich pamiętam jeszcze z czasów dzieciństwa, kiedy każde święta spędzaliśmy na wsi właśnie u moich dziadków. Zresztą spotykamy się tam nadal – dwadzieścia kilka osób przy jednym stole, pierwsza gwiazdka, łamanie opłatkiem, kolacja, wspólna pasterka. Niewiele się zmieniło.

Chcesz powiedzieć, że „Cicha Noc” to punktacja pewnych przywar rodziny, z którą wychodzi się dobrze tylko na zdjęciach? A może inaczej: słabych punktów nas wszystkich – Polaków?

Nie, nigdy nie myślałem o tym w ten sposób. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że zrobiłem film przewrotnie optymistyczny. Opresja czy konflikty, o których mowa nie wynikają przecież ze złej natury członków naszych rodzin, ich cynizmu czy wyrachowania, a raczej z naturalnych, wręcz archetypicznych funkcji, które spełniamy przy wigilijnym stole. Niezależnie od tego na jakim etapie życia się znajdujemy. Tak się składa, że jestem najstarszym synem, który nawet gdyby się waliło i paliło, to nigdy nie wyzbędzie się swojej pozycji. Mój ojciec na pewno też wolałby usiąść gdzieś z boku, aby spokojnie zjeść kolację, ale jako głowa rodziny musi unieść ciężar tej funkcji Wujek, mimo że już od dawna jest znudzony byciem najśmieszniejszą osobą przy stole, to nie może nikomu oddać tego pola. Dziadek jest zwykle marudny, a znowuż babcia to osoba, która musi go spacyfikować. Sytuacja jak w każdej rodzinie.

No właśnie, wspominasz babcię. W filmie opowiadasz o kobietach, które wydają się grać pierwsze skrzypce przy wigilijnym stole. Zatem nieprawdą jest twoim zdaniem, że żyjemy w społeczeństwie patriarchalnym?

Otóż to. Jakiś czas temu usłyszałem zdanie, że kobieta jest szyją, na której kręci się głowa symbolizująca mężczyznę. Tam skąd pochodzę jest na odwrót – to właśnie matka jest głową rodziny. Wbrew powszednim opiniom w wielu, szczególnie wschodnich rejonach Polski mamy do czynienia nie z patriarchatem, a prawdziwym matriarchatem. Zauważ, że oś konfliktu w filmie stanowią mężczyźni, jednak to postacie damskie są na tyle silne, żeby zachować zimną krew do tego, aby nadal zawiadywać i wyznaczać kolejne etapy Wigilii. To one są lokomotywą tradycji i obrzędu, która potrafi jakoś zebrać wszystko do kupy. W moim domu jest podobnie – kiedy mama każe wstać od stołu i wyjść na Pasterkę, to nie ma dyskusji. I nikomu to nie przeszkadza.

A kiedy zabierze wódkę to trzeba pić po kątach, chować się gdzieś w stodole. To wszystko oczywiście na wskroś polskiej prowincji, z symboliczną siekierą w dłoni. Nie wydaje ci się, że to dlatego przypięto ci łatkę Smarzowskiego?

Wiesz co, ostatnio się nad tym zastanawiałem i powiem ci szczerze, że nie widzę w tym porównaniu niczego złego. Smarzowski to reżyser, który zawsze robił na ekranie to, co mu się żywnie podobało. Nigdy nie skusił się na projekt, który nie odpowiadałby jego autorskiej wizji, nigdy się nie sprzedał. Dla mnie jest to zatem w jakimś sensie zestawienie nobilitujące. Zawsze, podobnie jak zresztą Smarzowski na początku kariery, chciałem robić projekty małe i relatywnie tanie, bo to właśnie z ograniczonych środków powstają najlepsze dramaty. Nie trzeba wcale długo szukać kolejnych przykładów: choćby nominowane do Oscara „Manchaster by the Sea”, czy cała irańska nowa fala z Farhadim na czele. Albo filmy Nuri Bilge Ceylana. Pamiętasz „Trzy małpy” i scenę, w której kobieta stoi na gzymsie, a mężczyzna nagle podejmuje decyzje, żeby się cofnąć? Takie kino robi na mnie największe wrażenie.

foto. Tomek Kaminski_Piotr_Domalewski3Piotr Domalewski (fot. Tomek Kamiński)

Kino, które niczym barometr reaguje na pewne problemy społeczne. Tobie też pozwoliło poruszyć kilka istotnych tematów: emigracja zarobkowa, kompleks niższości wobec Zachodu. Niektórzy mówią, że to film, w którym Polacy mogą przeglądać się jak w lustrze.

Wiem o tym, ale nigdy nie zależało mi na twardym społecznym komentarzu, a raczej stawianiu pytań i wyłącznym zwracaniu uwagi na pewne kwestie. Skupiam się na szukaniu powodów, przez które jesteśmy w takiej, a nie innej sytuacji, zamiast wytykaniu konkretnych osób palcem. Wątek emigracji zarobkowej był dla mnie tak istotny, ponieważ nie został on jeszcze odpowiednio zaakcentowany w polski kinie, mimo że dotyka prywatnie tak wielu z nas. Ten temat dotyczy również mnie i moich bliskich. Raz, że tereny, z których pochodzę są wciąż drenowane emigracją, a dwa, że połowa moich znajomych, łącznie z moim bratem, siedzi w tej chwili zagranicą. I nie mam wcale na myśli pracowników fizycznych, a ludzi naprawdę dobrze wykształconych. Spójrzmy prawdzie w oczy: jeśli ktoś skończył biotechnologię, to z takim wykształceniem w Polsce może, co najwyżej robić mydło albo proszek na wzdęcia. A za granicą pracuje jako naukowiec.

Zapewne sam myślałeś o saksach.

Myślałem, ale z drugiej strony doszedłem do wniosku, że przecież tak naprawdę niczego nie potrafię, więc co właściwie miałbym tam robić? Ale miałem swój mały epizod za granicą. W czasie przerwy wakacyjnej na studiach aktorskich pracowałem trochę we Włoszech oraz Wielkiej Brytanii żeby zarobić na stancję w Krakowie. Moi rodzice nie mogli utrzymać przecież szóstki dzieci, sam przymierzałem się do kolejnych studiów na katowickiej filmówce, więc to życie zmusiło mnie do zostania ulicznym grajkiem. Grałem nasze piosenki ludowe na gitarze, co paradoksalnie bardzo dobrze się tam przyjęło i pozwoliło zarobić całkiem dobre pieniądze.

Zapytam naiwnie: a co z aktorstwem?

Szczerze? Myślę, że zagranicą mógłbym być co najwyżej śmiesznym facetem, który udaje na ekranie, że mówi w innym języku. Zauważ, że żaden polski aktor nie zrobił prawdziwej kariery za granicą w przeciwieństwie do kilku aktorek, co potwierdza moją tezę, że to kobiety w rodzimym kinie są górą. To między innymi dlatego postanowiłem zostać w kraju i kontynuować moją edukację. Tym bardziej, że miałem całkiem dobry czas w naszym teatrze, gdzie byłem już rozpoznawalny. Pojawiały się również pierwsze propozycje większych ról w filmach oraz serialach.

Wybrałeś jednak reżyserię. Dlaczego się na to zdecydowałeś?

Tak, to ciekawe, bo sam do końca nie wiem z czego to wynika. W pewnym momencie zdałem sobie po prostu pytanie, czy chcę już na dobre osadzić się w życiu, czy rzeczywiście to jest to miejsce i rzecz, którą pragnę robić i która mnie jara. Miałem dwadzieścia siedem lat, może w tym wieku nie jest się jakimś wzorem cnót emocjonalnych, ale pomyślałem, że jeszcze nie jestem gotowy na karierę aktorską, więc muszę spróbować innych ścieżek. Kiedy dostałem się do katowickiej filmówki, poszedłem za ciosem i postawiłem wszystko na jedną kartę. I wiedziałem, że nie będzie już powrotu. Nawet kiedy w trakcie realizacji „Cichej Nocy” stawałem na deskach teatru, to czułem, że wciąż potrafię, ale nie chcę już tego robić.

I jak wiadomo jako kolejny debiutant z rzędu zawojowałeś Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Czas na zmianę warty w polskim kinie?

Oczywiście następuje pewne widoczne przesunięcie, ale myślę, że nadal trudniej jest zrobić w Polsce debiut, niż kolejny film oparty na znanym nazwisku. To sprawia, że kiedy ja, Jagoda Szelc czy Paweł Maślona, stajemy przed wyzwaniem pełnometrażowego projektu, to jesteśmy gotowi zapłacić za to każdą cenę – wypruć sobie żyły i wlać tam wszystkie nasze doświadczenia. Każdy z nas ma przy tym świadomość, że po drodze może powinąć się noga, co będzie równoznaczne z pierwszym, ale zarazem ostatnim filmem. Nie mamy zatem taryfy ulgowej, za to o wiele więcej do stracenia. Uwierz mi, że ostatnie półtora roku mojego życia po prostu gdzieś uciekło. Ostatnio złapałem się nawet na pytaniu: czy to już dwa tysiące siedemnasty rok? Ostatni raz, kiedy świadomie zapisywałem datę w kalendarzu, był chyba czerwiec dwa tysiące szesnastego roku. To było ostatnie wspomnienie bez totalnego obciążenia psychicznego, bo później zaczął się młyn, który trwa do dzisiaj. Ale nie żałuję, ponieważ zrobiłem dokładnie taki film, jaki chciałem.

Rozmawiał: Mateusz Demski

Piotr Domalewski – reżyser, scenarzysta, aktor. Urodził się w roku 1983. Autor kilku sztuk teatralnych i kilkunastu scenariuszy filmowych. Laureat stypendium scenariuszowego PISF. Od 2010 roku zrealizował kilkanaście etiud szkolnych i filmów krótkometrażowych. Jego „Ostatnia akcja”, „Obcy”, „Jedyne wyjście”, „Chwila” oraz „60 kilo niczego” zdobyły uznanie na wielu krajowych i zagranicznych festiwalach. Był asystentem reżysera na planie „Demona” Marcina Wrony.