Upside down, czyli Strange’s things

1drstrange

Doktor Strange (2016, reż. Scott Derrickson)

 

Doktor Strange
USA, 2016
reż. Scott Derrickson
scen. Jon Spaihts, C. Robert Cargill,
Scott Derrickson
zdj. Ben Davis
wyst. Bendict Cumberbatch, Chiwetel Ejiofor,
Tilda Swinton, Mads Mikkelsen

Najnowszy film z uniwersum Marvela serwuje nam imponujące efekty specjalne, które nie pozwalają wątpić, że tytułowy doktor dobrze włada nie tylko skalpelem, ale również czasem i przestrzenią. Bez wątpienia jest to efekciarstwo z gatunku tych droższych i najwyższej próby, ale czy pod tą atrakcyjną powłoką kryje się głębszy, chciałoby się rzec astralny, wymiar?

Na początek historia à la Dr House. Tyle, że zamiast House’a jest Strange, a nawet więcej – jest Benedict Cumberbatch, czyli serialowy Sherlock, którego książkowy pierwowzór był wyraźną inspiracją dla scenarzystów House’a. Mamy więc House’a do kwadratu – może dlatego wyszedł trochę bardziej nijako. Arogancki, wybitny lekarz, nieliczący się z uczuciami innych i niezajmujący się przypadkami, które nie przyniosą mu splendoru (House’owi chodziło bardziej o zagadkę). Do tego rozbuchane ego i ambicja podobnych rozmiarów. Kiedyś bańka samoadoracji musi pęknąć i dzieje się to w najgorszy dla neurochirurga sposób – wskutek wypadku samochodowego (o który zresztą sam się prosi) uszkodzone zostają nerwy jego dłoni. Konwencjonalna i eksperymentalna medycyna nie są w stanie mu pomóc. Jego jedyną szansą jest Kamar-Taj, miejsce wskazane przez cudownie uleczonego pacjenta z przerwanym rdzeniem kręgowym. Lekarz wydaje więc ostatnie pieniądze na bilet w jedną stronę. Kiedy jednak trafia pod skrzydła niejakiej Starożytnej okazuje się, że uleczyć mają go „siły duchowe”, co przekracza granicę tolerancji światłego umysłu doktora. Trzeba będzie metafizycznego wstrząsu i astralnego kopniaka, aby drastycznie zmienił perspektywę.

Twórcy filmu zapewniają nam świetne widowisko. Doktor Strange obfituje w sceny akcji tak wartkie, że łatwo stracić orientację w przestrzeni – zwłaszcza, że ta gnie się i skręca pod dyktando bohaterów. Zanim zdążymy się obejrzeć, Nowy Jork zamieni się w żywą kostkę Rubika, budynki zaczną rozdzielać się na dwoje i swobodnie falować. Podczas gdy nieświadomi niczego mugole będą śpieszyć do swoich spraw, czytając po drodze The Doors of Perception Aldousa Huxleya (swoje obowiązkowe cameo ma tu Stan Lee, ikona Marvel Comics), Strange z mistrzem Mordo spadają raz w dół, raz w górę. Wszystko to doprawione zostaje zdrową dawką poczucia humoru doktora. Oczywiście nie brakuje żartów z „dziwnego” nazwiska tytułowego bohatera. Jest też rozbrajająca peleryna oraz niedający się rozbroić bibliotekarz. Wydaje się jednak, że w większości te żarciki zawisają w powietrzu, nie mając na tyle energii potencjalnej, by upaść z hukiem. Może jest w tym chirurgiczna precyzja, ale niezbyt wiele beztroskiej zabawy. Na szczęście w obsadzie znalazła się Tilda Swinton z fantastyczną kreacją Starożytnej. Jej urzekająca swoboda i czarująca lekkość bycia sprawiają, że patrzymy z przymrużeniem oka na wielowymiarowe hokus-pokus oraz tchnące New Age’em czerpanie energii z kosmosu. Osobiście uważam ją za najjaśniejszy punkt filmu – nie tylko jeśli chodzi o jej wizualną świetlistość. Zapewnia dystans i oddech wobec nieustępliwości prawego Mordo (Chiwetel Ejiofor) i dezynwoltury butnego doktora. Niestety jej przeciwnik nie jest dla niej żadną konkurencją. Odtwarzający zbuntowanego mistrza Kaeciliusa Mads Mikkelsen nie daje nam poczuć na plecach zimnego oddechu schwarccharakteru. Nie wzbudza ani szczególnej sympatii, ani antypatii. Traktuje się go trochę jak maszynę do zabijania i generowania problemów. Wydaje się zatem potwierdzać opinia, że Marvel swoich antagonistów tworzy tylko przy użyciu charakteryzacji.

Z pewnością nie można obwołać Doktora Strange’a najlepszym filmem uniwersum. Tak jak tytułowego protagonisty nie sposób uznać za najbardziej intrygującego superbohatera. Cumberbatch   gra trochę z pamięci i wpisuje się tą rolą w wizerunek ukuty w serialu BBC. Źli są źli, bo przeznaczono im role złych. Zagrażający ludzkości Dormammu pożera światy, bo lubi. Pewnie trudno wymagać, aby rozwinięto wszystkie postaci i wątki w dwugodzinnym obrazie, ale liczyłam na więcej. Warto jednak ucieszyć oko w IMAX-ie, spojrzeć w łagodne oczy Tildy i zobaczyć finałową sekwencję pojedynku. Jak się okazuje, doktor „walczy” tam sam ze sobą – w Dormammu wciela się bowiem Benedict Cumberbatch przy wykorzystaniu techniki motion capture. Być może właśnie w tej podwójnej roli należy poszukać drugiego dna bohatera i zacząć zgłębiać jego mroczne wymiary.

Monika Pietras