Czas nie jest tym, czym się wydaje

zdj. 0 nagłówekMiasteczko Twin Peaks (1990–1991, David Lynch, Mark Frost)

Fani Miasteczka Twin Peaks już od 25 lat czekają na ponowne spotkanie z Laurą Palmer. Niewielu zdaje sobie sprawę, że doszło do niego już w pierwszym odcinku kultowego serialu. Za czerwoną kurtyną porządki temporalne wyglądają bowiem zupełnie inaczej niż w „naszej” czasoprzestrzeni.

Alternatywna rzeczywistość ukryta za tajemniczą zasłoną, bohaterowie przebywający w dwóch miejscach jednocześnie, budynek na planie filmowym w Los Angeles znajdujący się… w Łodzi – to tylko kilka wyjątków z filmów Davida Lyncha, które wprawiają widza w konsternację. Jedni uważają amerykańskiego reżysera za wizjonera i spędzają długie godziny, próbując usystematyzować skomplikowaną układankę, jaką są fabuły jego dzieł, inni twierdzą, że to hochsztapler i szerokim łukiem omijają wszystko, co z nim związane. Okazuje się jednak, że większość niepokojących zdarzeń z Miasteczka Twin Peaks (1990–1991, współtw. M. Frost), Twin Peaks: Ogniu, krocz ze mną (1992), Zagubionej autostrady (1997) czy Inland Empire (2004) można wytłumaczyć w zdroworozsądkowy sposób. Klucza do ich zrozumienia dostarcza… fizyka teoretyczna.

Bowiem wykreowany przez Davida Lyncha świat przedstawiony tylko pozornie wygląda jak czterowymiarowa czasoprzestrzeń, w jakiej funkcjonujemy. W istocie jest to rzeczywistość o wiele bardziej złożona – nie ogranicza się do jednego świata, lecz została zbudowana z wielu alternatywnych uniwersów, które przenikają się lub funkcjonują jednocześnie obok siebie. Bywa, że zamieszkujące je postaci wchodzą do „naszego” świata, burząc spokój bohaterów, innym razem protagoniści przekraczają granice znanej im czasoprzestrzeni, trafiając do jej równoległych wersji (w pewnym zakresie podobnych do tej „wyjściowej”) lub zupełnie obcych miejsc, pozornie przypominających znany nam teren, ale funkcjonujących według zupełnie innych reguł.

Co się kryje za czerwoną kurtyną?

Takim właśnie miejscem jest świat znajdujący się za czerwoną kurtyną. Wkraczając w niego, agent specjalny Dale Cooper (Kyle MacLachlan) nie ma pojęcia, co może go spotkać. Choć reprodukcje antycznych rzeźb i czarno-biały wzór na podłodze nie są niczym niezwykłym, szybko okazuje się, że to zgoła jedyne artefakty łączące tajemnicze Black Lodge ze światem po drugiej stronie. Niezwykłą naturę tego zagadkowego uniwersum demaskuje… filiżanka kawy. Substancja wygląda jak ciało stałe, ale wystarczy lekko przechylić naczynie, w którym się znajduje, aby napój się wylał. Zaskoczeniem dla widza może być fakt, że nie jest to proces zachodzący w czasie (jak widzi go Cooper). Zjawisko to, znane jako superpozycja kwantowa, polega na tym, że każdy atom występuje we wszystkich możliwych stanach jednocześnie (powszechne w skali subatomowej, nie jest możliwe do zaobserwowania na obiektach widocznych gołym okiem, gdyż stany cząsteczek ulegają uśrednieniu).

zdj. 1Kwantowa kawa w Black Lodge

W miejscu, do którego trafił Cooper, obowiązują jednak zupełnie inne prawa fizyki. Tylko z pozoru wygląda ono tak samo jak teren „na zewnątrz” – poza trójwymiarową przestrzenią rozwinęły się w nim dodatkowe wymiary, pozwalające na swobodne przemieszczanie się między różnymi światami i porządkami temporalnymi (czas nie jest jednokierunkowy i linearny), a także oddziałujące na właściwości znajdujących się pod ich wpływem obiektów, choćby filiżanki kawy. Prawdopodobnie niczym nie różni się ona od tej, którą bohater delektował się w Twin Peaks, dlatego jego fascynacja (nie)zwykłym napojem wywołuje kpiący uśmiech na twarzy ubranego w czerwony strój karła. Wkrótce okazuje się, że percepcja mężczyzny niemal uniemożliwia mu funkcjonowanie w alternatywnej rzeczywistości.

Błądząc po Black Lodge, Cooper nie jest bowiem świadomy, że przemieszcza się nie tyle w przestrzeni, co przede wszystkim… w czasie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że kręci się w kółko, w gruncie rzeczy wciąż trafiając do tego samego miejsca. Nie potrafi wyjść poza „poczekalnię” (jak owo miejsce nazywa karzeł), w której natyka się na kolejne postaci: zarówno mieszkańców tego niezwykłego uniwersum, jak i osoby pochodzące z tytułowego miasteczka, a także własnego Doppelgängera. Z ich perspektywy kolejne spotkania mogą dzielić o wiele dłuższe interwały czasu, niż wydaje się bohaterowi – być może nie są to minuty czy godziny, lecz nawet lata. Sam protagonista nie ma zapewne pojęcia, że za czerwoną kurtyną czas płynie inaczej niż w Twin Peaks, a to, co jemu wydaje się stosunkowo krótką chwilą, odpowiada długim godzinom spędzonym przez szeryfa Trumana (Michael Ontkean) na oczekiwaniu, aż drzwi do innego świata otworzą się ponownie.

Żyjemy wewnątrz snu…

Jednak Cooper, który wyszedł z Black Lodge, jest zupełnie innym człowiekiem niż ten, który tam wszedł. Szlachetny bohater zmienia się w swoje przeciwieństwo, co obrazuje jego lustrzane odbicie – demoniczny BOB (Frank Silva). Ta drastyczna zmiana osobowości nie zaskoczyłaby jednak agenta specjalnego Philipa Jeffriesa. Grany przez nieodżałowanego Davida Bowiego bohater może się swobodnie przemieszczać między różnymi porządkami temporalnymi, kiedy więc w opisującym wydarzenia rozgrywające się na rok przed śmiercią Laury Palmer Ogniu, krocz ze mną pojawia się w siedzibie FBI, doskonale wie, co czeka Dale’a Coopera.

zdj. 2„Czy ty w ogóle wiesz, kim on jest?!”. Los Dale’a Coopera jest już przesądzony.

Jeffries zachowuje się tak, jakby los jego kolegi po fachu był już przesądzony, a fakt, że do zdarzenia dojdzie dopiero za wiele miesięcy, nie miał znaczenia. Wynika to właśnie z typowej dla filmów Davida Lyncha konstrukcji czasu, w której przeszłość i przyszłość zostają ze sobą zrównane. Z punktu widzenia bohaterów czas płynie wprawdzie jednokierunkowo i linearnie, sprowadza się to jednak tylko do ich osobistego odczucia, które niekoniecznie jest tożsame z porządkiem temporalnym, w jakim funkcjonujemy. Innymi słowy to, co często bierzemy za pełną retro- i prospekcji skomplikowaną układankę, w istocie okazuje się linearną fabułą, tyle że percepcja postaci oprowadzających nas po świecie przedstawionym utrudnia jej zrozumienie.

Szczególną rolę w Miasteczku Twin Peaks czy nawiązującej do słynnego serialu Zagubionej autostradzie pełnią sny. Są one bowiem nie tyle wyrazem podświadomych pragnień i tęsknot bohaterów, co raczej historią, która zarazem już się zdarzyła, jak i jeszcze nie miała miejsca. Marzenia senne stają się medium umożliwiającym komunikację między różnymi porządkami temporalnymi – to dzięki nim Cooper wie, kiedy powinien spodziewać się nieoczekiwanego gościa, zaś Laura Palmer (Sheryl Lee) ma okazję wyjawić mu tajemnicę swojej śmierci. Z kolei dla Freda Madisona (Bill Pullman), protagonisty drugiego z wymienionych dzieł, koszmary o brutalnym morderstwie, jakiego dokonuje na swojej żonie, ciemnowłosej Reneé (Patricia Arquette), okazują się zapowiedzią tragedii, do jakiej wkrótce dojdzie.

Kino – wehikuł magiczny

Potwierdzenia prawdziwości zdarzeń, o których śnił Fred, dostarcza kaseta wideo podrzucona pod jego drzwi (to ona staje się głównym dowodem w śledztwie i przyczynia się do skazania bohatera na karę śmierci). Ale film okazuje się także doskonałym medium do wykreowania bardziej złożonej rzeczywistości niż ta, w której żyjemy. Widać to zarówno w rozgrywającej się w więzieniu scenie Zagubionej autostrady, gdy Tajemniczy Mężczyzna otwiera przed Fredem wrota do alternatywnego uniwersum, jak i w Inland Empire, kiedy to umierająca na ulicy Nikki Grace (Laura Dern) zostaje nagrodzona gromkimi brawami filmującej ją ekipy, a wszystkie jej przygody okazują się częścią scenariusza dramatu, w którym grała. Zapewne jeszcze więcej tego typu atrakcji czeka nas w zapowiadanym na pierwszy kwartał 2017 roku nowym sezonie Miasteczka Twin Peaks.

Ewelina Leszczyńska