Bunkier z niespodzianką

1Cloverfield Lane 10 (2016, reż. Dan Trachtenberg)

Cloverfield Lane 10
USA 2016
reż. Dan Trachtenberg
scen. Josh Campbell, Matt Stuecken,
Damien Chazelle
zdj. Jeff Cutter
wyst. Mary Elizabeth Winstead, John Goodman,
John Gallagher Jr.

Dzisiejsze Hollywood z uporem pogrąża się w odmętach strategii serwowania widzom tego, co znane im doskonale. Patrząc na przewrotne Cloverfield Lane 10 właśnie z tej perspektywy, można dojść do wniosku, że jego twórcy proponują przeterminowanemu menu Fabryki Snów istne kuchenne rewolucje, za cel stawiając sobie ciągłe zwodzenie odbiorcy.

Thriller debiutującego na stołku reżyserskim Dana Trachtenberga to produkcja realizacyjnie bardzo skromna, wysuwająca na pierwszy plan interakcje zachodzące pomiędzy fantastycznym aktorskim trio i niemal całkowicie ograniczona do zamkniętej powierzchni podziemnego schronu, w którym to po wypadku drogowym uwięziona zostaje główna bohaterka, Michelle (Mary Elizabeth Winstead). Kiedy odzyskuje przytomność, gospodarz budynku – Howard (John Goodman) – oznajmia jej, że została przez niego uratowana, a tajemniczy atak doprowadził w międzyczasie do zagłady ludzkiej cywilizacji.

Czy świat Cloverfield Lane 10 spotkała apokalipsa i właściciel schronu jest wybawcą Michelle oraz przebywającego wraz z nimi Emmetta (John Gallagher Jr.)? Wokół tego, stawianego przez bohaterów i widownię, pytania koncentruje się dramaturgiczny ciężar filmu, podgrzewany do czerwoności przez grającego tu chyba rolę życia Johna Goodmana, który czyni każde zachowanie Howarda tak niejednoznacznym i manipulującym emocjami odbiorcy, że nie sposób przejrzeć na wylot jego prawdziwych intencji.

Jawnie zauroczony twórczością Hitchcocka Trachtenberg perfekcyjnie panuje nad podkręcaniem napięcia – zarówno przy pomocy dynamiki relacji pomiędzy trzema postaciami, jak i dzięki częstemu korzystaniu z wizualnych dobrodziejstw klaustrofobicznej przestrzeni, w której je zamyka. Suspens wzmacnia też stary, ale w przypadku filmu o tak intrygującym punkcie wyjścia wyjątkowo udany zabieg zawężenia dystrybucji informacji o świecie przedstawionym do perspektywy bohaterki równie zdezorientowanej, co widzowie. Kiedy więc Michelle podaje wiarygodność słów i zachowań Howarda w wątpliwość, a podziemne mieszkanie raz po raz staje w ogniu konfliktu, łatwo o utożsamienie się odbiorcy z uwięzioną heroiną. W dużej mierze właśnie za sprawą tej immersji liczne zwroty fabularne, jakie oferuje scenariusz Cloverfield Lane 10, uderzają ze zdwojoną siłą.

Już sam tytuł filmu, ogłoszony zaledwie dwa miesiące przed premierą, stanowi preludium do koncepcji ciągłego zdumiewania. Wiąże go bowiem z wcześniejszym o kilka lat, równie oryginalnym Cloverfield (2008, reż. Matt Reeves), choć na próżno szukać tu protagonistów poprzednika oraz jego specyficznego, naśladującego found footage stylu. Przez większą część seansu trudno też doszukać się wyraźnej wskazówki, która pozwoliłaby na jednoznaczne połączenie fabuły obu filmów w jakikolwiek sposób. Taki nazewniczy manewr łatwo uznać więc za sprytny zabieg marketingowy, niemniej ostatecznie zostaje on imponująco uprawomocniony.

Tym, co w Cloverfield Lane 10 najwspanialsze, jest bowiem ryzykowne, ale jakże brawurowe zbudowanie przedziwnego pomostu fabularnego pomiędzy obydwoma tytułowymi krewniakami, które ma miejsce w finałowych scenach filmu i zasadza się na bezczelnym zerwaniu z ustaloną konwencją thrillera psychologicznego. Że to odważne posunięcie, najlepiej niech świadczy skrajny odbiór utworu wśród masowej widowni – najczęściej wykopywaną przez jego entuzjastów i przeciwników kością niezgody stał się właśnie stosunek do owej gatunkowej wolty, ostentacyjnie zdradzającej odbiorcze przyzwyczajenia i wywracającej fabułę do góry nogami. Za pomocą owego przewrotnego finału Cloverfield Lane 10 powołało do życia kolejne filmowe uniwersum, przez twórców określane mianem Cloververse. Pozostaje więc tylko zadać pytanie, jakie jeszcze kulinarne niespodzianki szykują dla nas kucharze tej raczkującej franczyzy? Oby równie smakowite, co poprzednio.

Oskar Wanat