Thriller, którego nie było

1Wstrząs (2015, reż. Peter Landesman)

Wstrząs
Australia, USA, Wielka Brytania 2015
reż.: Peter Landesman
scen.: Peter Landesman
zdj.: Salvatore Totino
wyst.: Will Smith, Alec Baldwin, David Morse

Wstrząs, głównie za sprawą roli Willa Smitha, był jednym z tych filmów, których pominięcie przy oscarowych nominacjach wywoływało pewien niesmak, zważywszy na nasilającą się z roku na rok dyskusję opatrzoną wymownym hashtagiem #OscarsSoWhite. Czy reżyser Peter Landesman z ekipą mają prawo być rozżaleni w związku ze zignorowaniem przez Akademię?

A co ma powiedzieć publiczność filmu nowojorczyka? Seans Wstrząsu niesie bowiem ze sobą doświadczenie lekceważenia inteligencji widza, jak również sprawdzianu jego cierpliwości i wytrzymałości w niesławnej konkurencji niezłomnego trwania w fotelu kinowym. Mówienie o kreacji Smitha w kontekście Oscarów, nominacja do Złotego Globa i kliku innych nagród, a także sam potencjał opartej na faktach historii sensacyjnego, a przy tym niebezpiecznego w skutkach dla jego autora medycznego odkrycia, pozwalały lokować odbiorcze oczekiwania raczej wysoko. Bezpieczniej byłoby jednak dla widza, gdyby umieścił je od razu na samym dnie.

Trzeba przyznać, że historia doktora Bennetta Omalu rozpoczyna się interesująco, w stylu godnym rasowego kryminału bądź nawet thrillera. Reżyser i autor scenariusza zarazem prezentuje nam go jako człowieka wszechstronnie wykształconego, o nieszablonowym sposobie myślenia i takimż stylu bycia, wykorzystującego w swej pracy neuropatologa niekonwencjonalne metody – jak przemawianie do martwych pacjentów czy krojenie ich ciał w takt jazzowej muzyki płynącej ze słuchawek wprost do uszu. Kiedy już zarysowana zostaje sylwetka nieco ekscentrycznego lekarza o wybitnym umyśle i detektywistycznym zacięciu, po kilku niepokojących w swym klimacie scenach na stół sekcyjny wjeżdża trup Mike’a Webstera (David Morse), emerytowanego zawodnika NFL. To właśnie za sprawą jego przypadku doktor Omalu przystępuje do badań, których wynikiem jest odkrycie przewlekłej traumatycznej encefalopatii (w skrócie: CTE), wiążącej depresję, problemy neurologiczne oraz samobójstwa z tytułowymi wstrząsami, jakich doświadczają podczas każdego treningu czy meczu futboliści amerykańscy. Wkrótce głównemu bohaterowi przyjdzie zmierzyć się ze strażnikami narodowej świętości obywateli USA, którzy bynajmniej nie mają zamiaru nagle tracić milionów płynących wprost ze stadionów. Na szczęście będzie miał swojego sojusznika także po tej drugiej stronie. W sukurs przyjdzie mu doktor Julian Bailes (Alec Baldwin), który po latach współpracy z zawodnikami NFL postanowił odkupić swoje winy.

Niestety wraz z momentem dokonania przez Omalu odkrycia sam film przestaje być odkrywczy, więcej – staje się żałośnie przewidywalny. Will Smith robi, co może (a może, cóż, niewiele) i miota się między jednym a drugim zagrożeniem, kreując się na szlachetnego rycerza Ameryki. Na domiar złego, okazuje się też być księciem na białym koniu dla Premy, młodej emigrantki z Kenii, która dla dobra filmu powinna jednak pozostać księżniczką zamkniętą w wieży. Wisienką na torcie, która już dawno straciła termin swojej zdatności do przełknięcia, jest finałowa scena przemówienia doktora, kiedy to patos sięga zenitu, a Bennettowi ukazują się duchy sportowców.

Z seansu wyszłam więc zupełnie nie-wstrząśnięta, za to na pewno zmieszana. Zmarnowaniem potencjału intrygującej przecież historii, nieudolnością rozpisania miłosnego (podobno) wątku, egzaltacją scenariusza, momentami wręcz taplającego się w mdłych kliszach i patetycznych zagraniach. Publiczność, zamiast trzymającego w napięciu medyczno-sportowego thrillera, dostaje kolejną opowiastkę z cyklu „sam przeciw wszystkim”, dopełnioną archetypem „dobrego Amerykanina” z powołania. Szkoda tylko, że owi „wszyscy” na tle Willa Smitha, który próbował wydobyć ze swojej postaci naprawdę wiele, wypadają bezbarwnie, a ów obywatelski lejtmotyw z każdą minutą filmu nieuchronnie przekształca się we własną karykaturę. Nie mogę więc oprzeć się wrażeniu, że wszystko to już gdzieś było. I niech nie wraca więcej.

Monika Żelazko