School, film & roll, czyli teen movies w rytmie rock’n’rolla

Grease (1978) Directed by Randal Kleiser Shown in foreground from left: Jeff Conaway, Olivia Newton-John, John Travolta, Stockard ChanningGrease (reż. Randal Kleiser, 1978)

Grease. Bezdyskusyjny hołd dla epoki rock’n’rolla, zawierający w sobie wszystko, co dla niej niezbędne. Fantastyczna muzyka z tamtych czasów, świetne sceny taneczne, szybkie samochody, kolorowe spódnice w kwiaty lub groszki, natapirowane fryzury, mocne makijaże, ramoneski, wreszcie tytułowy żel do włosów, bez którego nie może się obejść żaden szanujący się reprezentant subkultury greasersów.

Musical ten fantastycznie odtwarza amerykański fenomen, jaki narodził się latach 50. ubiegłego stulecia, ale stanowi także rewelacyjny portret młodzieży dorastającej między koncertami Elvisa Presleya a kolejnymi seansami w kinie samochodowym. Warto przyjrzeć się temu, jak z wyzwolonymi przez muzykę nastolatkami uporały się filmy wykorzystujące niecodzienny wizerunek wyznawców kultury najpierw raczkującego rockabilly, potem już dorosłego rock’n’rolla. Proponują one bowiem specjalną odmianę poetyki właściwej teen movies, w której powtarzalne stają się rozmaite elementy – istną ich kopalnią jest właśnie Grease z 1978 roku. Najbardziej chyba dziś znany rock’n’rollowy musical łączy w sobie starcie dwóch nieustannie rywalizujących ze sobą w szkole (i poza nią) grup: męskiej i żeńskiej, a także miłość rodzącą się między dwójką bohaterów, z których przynajmniej jedno będzie musiało przejść nie lada przemianę, z obowiązkowymi wyścigami samochodów, barem mlecznym z szafą grającą i balem maturalnym w tle. Zanim jednak te wszystkie atrakcje złożyły się na musicalową fabułę, Elvis Presley i spółka musieli przetrzeć sobie nieco szlaki w drodze na wielki ekran. Cofnijmy się zatem w czasie do 1955 roku.

Rock Around… the Cinema

Właśnie wtedy za sprawą Szkolnej dżungli (1955, reż. Richard Brooks) na dużym ekranie zadebiutował rock’n’roll. Nie dajmy się jednak zwieść – to jeszcze nie czas pretekstowych fabuł, służących głównie stwarzaniu kolejnych okazji do występów tak początkujących, jak i doświadczonych już chłopaków z gitarą. Zaistnienie rock’n’rolla w Szkolnej dżungli ograniczało się jedynie do Rock Around the Clock w wykonaniu Billa Haley’a i zespołu The Comets, towarzyszącego czołówce oraz napisom końcowym. Ponadto, rzecz jasna, muzyka ta funkcjonowała w ramach filmu Brooksa jako źródło wszelkiego zła.

Mimo iż większość akcji filmu rozgrywa się w murach jednej z nowojorskich szkół, to jednak z klasyczną formułą teen movie ów dramat pedagogiczny niewiele ma wspólnego. Dzieje się tak głównie dlatego, że historia jest prezentowana najczęściej z punktu widzenia nauczyciela, co sprawia, że portret ówczesnej młodzieży, rozpuszczonej przez rock’n’rolla, rysuje się dość jednoznacznie, a więc i druzgocąco. Nie są to bynajmniej zwariowane, roztańczone nastolatki, jakie znamy z Grease – zamiast grzebienia do włosów w tylnej kieszeni spodni noszą scyzoryki, a słynne nielegalne wyścigi samochodowe wzbudzają w nich jedynie śmiech politowania – nie takie wyczyny mają już na koncie. Śmiech towarzyszy także i współczesnemu widzowi podczas seansu – bandycki niemal wizerunek młodzieży lat 50. wydaje się z dzisiejszej perspektywy wyolbrzymiony, a momentami kreślony karykaturalną wręcz kreską. Nieodzownym elementem tej poetyki jest również szlachetny nauczyciel, sam przeciw wszystkim, który okazuje się ostatecznie „równym gościem”, jak określiliby go zapewne uczniowie.

2Szkolna dżungla (reż. Richard Brooks, 1955)

Znajdziemy zatem mimo wszystko w Szkolnej dżungli zalążki motywów kluczowych dla późniejszych rock’n’rollowych teen movies. Imponujące otwarcie, stanowiące rodzaj muzycznej panoramy szkolnego środowiska, konflikt pokoleń, rodząca się swoboda obyczajów, wszechobecne jeansy i białe T-shirty. Repertuar owych stałych środków poszerzają tak legendarne dzieła jak Buntownik bez powodu (1955) Nicholas Raya z niezapomnianą kreacją Jamesa Deana, o którym to tytule pamiętamy także z powodu tragicznie naznaczających biografię aktora wyścigów samochodowych, a także Dziki (1953) László Benedeka z ikoną kina lat 50., Marlonem Brando, w roli przywódcy gangu motocyklowego.

(Not Only) American Dream

Jak można było przewidzieć, po serii kolejnych ekranowych wariantów niezbyt skomplikowanych fabuł napisanych z dedykacją dla Elvisa Presleya i jego naśladowców, także i wschodnie kinematografie postanowiły zarobić na tym muzycznym fenomenie. Ciekawym przejawem przeszczepienia rock’n’rollowej estetyki na grunt inny niż amerykański jest izraelska seria filmów Lody na patyku (1978, reż. Boaz Davidson), której VHS-owa wersja z niemieckim dubbingiem zrobiła niebywałą karierę w PRL-u. Co prawda entuzjaści owych produkcji zazwyczaj niewiele rozumieli z dialogów między bohaterami, ale nie to było najważniejszym elementem seansu. Perypetie trzech kolegów ze szkoły, na które składały się głównie miłosne podboje, zawirowania z prostytutkami, kradzieże aut czy wkradanie się do sali kinowej bez biletów, by zaimponować swoim sympatiom, jak łatwo się domyślić, obfitowały w sceny erotyczne oraz niewybredny humor. Dodatkową atrakcją był znakomity, rock’n’rollowy soundtrack, który jednak sprawia wrażenie bezczelnie doklejonego do filmu, a jego głównym zadaniem jest odwracanie uwagi od fabuły, która – o ile w ogóle istnieje – konsekwentnie wspina się na szczyt żenady i wysypiska kompromitujących klisz.

Na szczęście poza izraelskim American Pie w rytmie hitów Paula Anki czy Billa Halley’a, nie-amerykański rynek ma jeszcze coś do zaoferowania. Zupełnie inaczej bowiem jawi się Papryka, sex i rock’n’roll z 2008 roku (reż. Gergely Fonyo), poświadczająca, że nawet pół wieku później duch Elvisa w narodzie nie umarł. Ktoś tu chyba próbował stworzyć bałkańską wersję Grease. I, na dodatek, temu komuś całkiem nieźle się to udało! Co prawda w sposób daleko bardziej naiwny i nieco mniej stylowy, jednak podobnie jak w przypadku swego znacznie starszego amerykańskiego brata, film opowiada o codziennym życiu nastolatków epoki rock’n’rolla. Oprócz zwyczajowego konfliktu pokoleń znajdziemy tu jednak także i wątek oporu władz (który wręcz zdominował fabułę) – akcja filmu rozgrywa się bowiem na Węgrzech, w dobie komunizmu. Miłosne rozterki bohaterów przeplatają się z ich próbami zrobienia kariery w przemyśle muzycznym.

W dumnej klasyfikacji Najbardziej Pożądanych zarówno na scenie, jak i w łóżku (bądź samochodzie, jak obrazuje to jedna ze scen) prowadzi niejaki Röné (Iván Fenyö). Z podium zrzuca go Miki, który właśnie wrócił z ojczyzny Buddy’ego Holly’ego (na dodatek z kolekcją płyt winylowych wyżej wymienionego). Ma hawajską koszulę, amerykański akcent i nawet żel do włosów, którego – podobnie jak Danny Zuko w Grease – absolutnie nie zawaha się użyć. Oprócz świetnych występów tej dwójki w pamięć zapada przede wszystkim scena prywatki, na której adekwatnie do kopertowych koszul i klasycznych sukienek w kropki pojawia się rock’n’roll made by Hungaria. I to dosłownie: bowiem tak jak Grease – oczywiście, oprócz oryginalnych piosenek – wykorzystuje największe hity tamtych lat, tak Papryka… odświeża wcale niekiepski, chociaż niestety mało znany obecnie dorobek nieistniejącej dziś grupy o nazwie, nomen omen, Hungaria. Dla tych, którym nieobce są dźwięki Casino Twist czy Ciao Marina, musical ten będzie wspaniałą Podróżą Sentymentalną przez Amerykę i Węgry, zaś dla pozostałych fascynatów epoki rock’n’rolla – szansą na nietuzinkowe odkrycie muzyczne spod znaku Jerry’ego Lee Lewisa.

3Papryka, sex i rock’n’roll (reż. Gergely Fonyó, 2008)

Powrót do przeszłości

John Waters swojego upodobania do dźwięków rock’n’rolla dowiódł już przy okazji kręcenia Różowych Flamingów (1972), gdzie nieczystej rywalizacji dwóch rodzin walczących o miano najobrzydliwszych ludzi na świecie towarzyszą nierzadko właśnie gitarowe brzmienia. Z kolei Lakier do włosów z 1988 roku, którego kanwą jest uwielbiany przez dwie przyjaciółki muzyczny program telewizyjny The Corny Collins Show, to już istne królestwo natapirowanych fryzur i wirujących w tańcu sukienek. Na wyżyny świadomego kiczu i brawurowego pastiszu Waters wzbija się jednak Beksą (1990) z popisową kreacją Johnny’ego Deppa, wcielającego się w tytułowego chuligana. Swoim wyglądem i ubiorem łudząco przypomina on Danny’ego Zuco, a sposobem poruszania się na scenie oraz barwą głosu – Elvisa Presleya. Wraz ze swoją przyboczną gwardią, na którą składają się dość nietuzinkowi wyznawcy rockabilly, przeciwstawia się grupie „sztywniaków”, wśród których znajduje się także piękna Allison (Amy Locane). Jak łatwo się domyślić, tych dwoje (ach, cóż za łzawy i romantyczny zbieg okoliczności) sierot połączy gorące uczucie ponad podziałami – buntownik okaże się szlachetnym młodzieńcem o gołębim sercu, a panienka z dobrego domu z ochotą wskoczy w skórzane spodnie. Nie dajmy się jednak zwieść, nic w tej rock’n’rollowej wersji Romea i Julii nie przebiegnie zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Szalony humor Watersa ożywia zużyte, zdawałoby się, klisze teen movies ze znakiem jakości prosto od Elvisa, przerysowując je w raz urocze, raz prowokujące, ale zawsze udane karykatury. Znajdziemy tu i wyścigi samochodowe (należy zaznaczyć, że z pewną innowacją – rywale nie prowadzą tym razem swoich wozów, ale leżą na ich dachach, co czyni sytuację tym bardziej komiczną), i konkursy młodych talentów, i starcie pokoleń, a także dwóch skrajnych środowisk, a nawet znakomicie ograne, iście musicalowe motywy więzienne. Smutna ballada, a następnie agresywny utwór wykonany przez Beksę wspólnie z kolegami z celi, ubranymi obowiązkowo w pasiaki, to jawne odesłanie do kultowych scen z Więziennego rocka (1957). Wisienkę na torcie stanowi zaś próba uwolnienia ukochanego przez Allison ze znakomicie zaaranżowaną piosenką Please, Mr Jailer, rytmowi której poddała się nawet sceptyczna początkowo babcia dziewczyny.

4Beksa (reż. John Waters, 1990)

Rock’n’roll odgrywa też istotną rolę w filmach o nastolatkach, które nie wpisują się w ramy musicalu. Dość wspomnieć tu chociażby Dzikość serca (1990) Davida Lyncha, gdzie historia miłości Luli (Laura Dern) i Sailora (Nicholas Cage) rozpoczyna się przy dźwiękach In The Mood Glenna Millera, a główny bohater w wolnych chwilach zmienia się w naśladowcę Elvisa Presleya. Znakomicie konwencja charakterystyczna dla tego rodzaju teen movies została również wykorzystana w, nomen omen, Powrocie do przyszłości (1985, reż. Robert Zemeckis). Zabieg polegający na skupieniu akcji wokół szkolnego balu, gdzie mają się ważyć losy Marty’ego (Michael J. Fox) i jego rodziców, i który staje się ponadto okazją do popisania się przed tłumem możliwościami wokalnymi oraz zbudowania na scenie efektownego pomostu między rock’n’rollem a rockiem, jest na dodatek wspaniale wkomponowany w historię jako kolejny przejaw motywów typowych dla – wbrew tytułowi – przeszłości.

Warto także wspomnieć na zakończenie o Footloose (1984, reż. Herbert Ross), nieco dystopijnej w konstrukcji i przekazie opowieści o pewnej amerykańskiej prowincji, gdzie muzyka i tańce zostały zakazane przez pastora i miejscowe władze, by uchronić młodzież przed zgubnym wpływem owych podejrzanych rozrywek. Na szczęście za sprawą Rena, w którego wciela się Kevin Bacon, sytuacja ulega zmianie, a ukoronowaniem jego starań o przywrócenie wolności młodym mieszkańcom miasteczka ma być, oczywiście, szkolny bal maturalny. Interesującą kwestią jest również powiązanie rock’n’rollowego buntu, uosobionego przez postać protagonisty, z konkretnymi książkami należącymi do specyficznego kanonu kontrkultury. Oburzenie miejscowych wzbudzają bowiem nie tylko kasety magnetofonowe przybysza, ale także lektura Rzeźni nr 5 Kurta Vonneguta.

O Footloose wspominam przede wszystkim dlatego, że doczekało się ono w 2011 roku całkiem udanego remake’u pod tym samym tytułem. Także przykłady wspomnianego wyżej węgierskiego musicalu czy rosyjskich Bikiniarzy (2008, reż. Walery Todorowski) poświadczają, że formuła teen movies zakorzenionych w rock’n’rollu wciąż się nie wyczerpała, a kolejni twórcy znajdują dla niej coraz to nowe zastosowanie – czy to na polu trawestacji bądź pastiszu, czy nostalgicznych podróży do czasów, gdy żel do włosów znaczył coś więcej niż wynikałoby to z opisu na opakowaniu.

Monika Żelazko