Złoty Niedźwiedź na Morzu Śródziemnym

 

tomalak 1Fuocoammare (2016, reż. Gianfranco Rosi)

Fuocoammare
Francja, Włochy 2016
reż. Gianfranco Rosi
scen. Gianfranco Rosi
zdj. Gianfranco Rosi

Lampedusa, mała włoska wysepka na Morzu Śródziemnym, z której bliżej do Tunezji niż na Sycylię, jest domem dla około sześciu tysięcy włoskich obywateli, stu pięćdziesięciu tysięcy imigrantów rocznie, a przez ostatnie półtora roku także dla Gianfranco Rosiego, dokumentalisty, zwycięzcy tegorocznego festiwalu filmowego w Berlinie.

Włoski reżyser, którego poprzedni film Rzymska aureola (2013) jest pierwszym dokumentem, który zdobył Złotego Lwa w Wenecji, opowiada w swoim najnowszym dziele, Fuocoammare, zarówno o mieszkańcach Lampedusy, jak i o przybywających z Afryki imigrantach. Sceny ukazujące życie na zawieszonym pomiędzy dwoma światami skrawku lądu na Morzu Śródziemnym są wymieszane z reporterskimi, pozbawionymi komentarza ujęciami z akcji włoskiej straży przybrzeżnej. Na głównego bohatera, z którym uzbrojony w kamerę Rosi spędził najwięcej czasu, wyrasta dwunastoletni Samuele. Syn rybaka zajmuje się strzelaniem z własnoręcznie zbudowanej procy do kaktusów i włóczeniem się po wyspie. Reszta mieszkańców leniwie wiedzie swoje życie w rytmie włoskich przebojów puszczanych w radiu przez lokalnego DJ-a.

Wydają się oni równie oddaleni od problemów imigrantów, jak my w Polsce, choć to na ich progu stają ich codziennie tysiące. Lampedusa jest co roku głównym przystankiem dla, jak informują nas napisy otwierające film, stu pięćdziesięciu tysięcy uciekinierów z Afryki. Od czasu do czasu w radiu, pomiędzy klasykami włoskiej piosenki, pojawi się informacja o kolejnych ofiarach, którym nie udało się przedostać do Europy. Ale dla mieszkańców wyspy ważniejsze są informacje o pogodzie – większość z nich żyje z rybołówstwa i turystyki.

Samuele ma dwanaście lat, więc jego problemy wielkiego świata nie dotyczą. Najbliżej całego kryzysu uchodźczego jest wtedy, kiedy z wyimaginowanego pistoletu strzela do przepływającej nieopodal wojskowej jednostki. Na największy problem wyrasta choroba morska, która doskwiera mu na łodzi ojca, gdy ten zabiera go ze sobą na połów. Lecz później, podczas wizyty u lekarza, okazuje się, że Samuele ma „leniwe oko” zaburzające widzenie i jest zmuszony nosić opaskę, która utrudnia mu celne strzelanie z procy. Równocześnie chłopak przyznaje się lekarzowi, że odczuwa wewnętrzny niepokój, którego źródła nie jest w stanie zidentyfikować. Dwunastoletni chłopak z małej włoskiej wysepki wyrasta więc na najważniejszą metaforę filmu.

Jedynym łącznikiem pomiędzy oboma światami jest doktor Bartolo. Do jego obowiązków należy badanie tych imigrantów, którzy przeżyli podróż i trafili na wyspę, oraz ciał tych, którzy nie przetrwali. Przerażające warunki w jakich uciekinierzy z Afryki podróżują do Europy zestawione są z lekarskim poczuciem obowiązku niesienia pomocy. Równocześnie Bartolo pozostaje współczującym optymistą, który nade wszystko pragnie dobra drugiego człowieka.

Z czasem Rosi zbliża się do emigrantów. Opowiadać zaczyna z perspektywy oficerów patrolujących wybrzeże. Słuchający rozpaczliwych próśb o pomoc mężczyzna stara się zdobyć informację o lokalizacji tonącego statku. Nie uzyskuje jej, nie wiemy, czy ze względu na niedoświadczenie osoby po drugiej stronie radia, czy brak odpowiedniego oprzyrządowania łodzi użytej do transportu uchodźców. Później kamera bierze udział w akcji ratunkowej, podgląda moment przybycia do obozu na wyspie oraz samych imigrantów, którzy, śpiewając, opowiadają swoją historię. Reżyser oddaje głos bohaterom, nie wtrąca się. Jest cichym i cierpliwym obserwatorem.

Rosi nie komentuje, nie oskarża, nie filmuje aby zdemaskować, szukać nadużyć. Nie jest to dokument śledczy. Dzieło Włocha, którego punktem wyjścia jest sytuacja do głębi związana z polityką, unika zamknięcia w kategoriach politycznych. Jest lirycznym esejem o dążeniu do normalnego życia, które cechuje zarówno portretowanych mieszkańców wyspy, jak i imigrantów, których tragedii jesteśmy świadkami. I choć codzienne problemy wyspiarskiej ludności wydają się nieistotne w zestawieniu z tymi, którym stawiają czoła uchodźcy, Rosi składa hołd walce o normalność i spokój toczonej przez obie grupy ludzi.

Witold Tomalak