Ucieczka z Kansas

1Breaking Bad (2008–2013)

Ulica Krakowska w Krakowie stanowi uosobienie najnudniejszej ulicy świata. Gdy porówna się ją z tętniącą życiem północno-wschodnią częścią Kazimierza, ta przecinająca dzielnicę na pół arteria wydaje się projekcją podstarzałego urbanisty, który nie stroni od sowitych łapówek i zapomniał o swoim fachu.

Co najmniej cztery piekarnie, -naście lumpeksów, dwie-trzy „knajpki” z jedzeniem, kilka małoformatowych sklepów i jedna pachnąca PRL-em apteka – a wszystkie te cuda polskiego kapitalizmu otoczone są szaroburą elewacją wiekowych kamienic połączonych pajęczastą siecią linii tramwajowej. (Kiedy piszę te słowa, moje osiemnastometrowe mieszkanie trzeszczy w posadach, ponieważ za ścianą po wątpliwej jakości torach przejeżdża cud techniki w postaci tramwaju numer 10, linia Pleszów-Łagiewniki, model Konstal 105Na). Ulica Krakowska w Krakowie to metafora ponurej rzeczywistości, dopadającej człowieka nawet wtedy, kiedy z dala trzyma się od wszystkich Krakowskich tego świata.

Nie dziwi więc, że takim powodzeniem cieszy się idea alternatywnych uniwersów, które z początku rażą odmiennością, by z czasem zbudować poczucie familiarności. Owe mechanizmy przywiązania skutkują wytworzeniem kinofilskich (lieraturofilskich? serialofilskich? grofilskich?) potrzeb odbiorców zaangażowanych w oswojone „niecodzienności”. Kreacja wszelkich światów możliwych spełnia się w formie seryjnej, pozwalającej twórcom sięgnąć po narzędzie worldbuildingu1. Nie jest ono wszakże wykorzystywane tylko przez fantastykę. Alternatywne wszechświaty (od Śródziemia do Leśnej Góry) muszą stanowić konstrukty dające wrażenie autentyczności i autonomiczności, mogące stać się miejscem akcji wielu różnych opowieści, z których każda wypełni białe plamy w opisie uniwersum2. Światy możliwe w kulturze popularnej ulegają więc multiplikacji i masywnej rozbudowie w postaci se-, mid-, inter-, prequelu, rebootu, spin-offu, crossoveru czy versusu – wprowadzanych często za pomocą innych mediów. Czasem tak konstruowane uniwersa przybierają postać węża zjadającego własny ogon; wtedy sprytni producenci lub wydawcy postanawiają anulować lwią część istniejących narracji (tak stało się w przypadku Marvel Universe i Star Wars Expanded Universe). Dotychczas napisane historie zostają zamiecione pod dywan, kłębek zdarzeń zwinięty, a wykreowaną rzeczywistość znów wypełnia mgła wojny3.

2Better Call Saul (2015–)

Ku uldze wszystkich tych, którzy nie przepadają za tasiemcowatymi wytworami popkultury, istnieją także jej obszary niedotknięte przez zjawisko rozciągnięcia do granic możliwości. Nie tylko fantaści potrafią budować przekonujące światy, w których się zadamawiamy. Vince Gilligan4, wraz z wykreowaniem Better Call Saul (2015–), spin-offu do Breaking Bad (2008–2013), powołał do istnienia Albuquerque Universe. Choć akcja obu seriali nie ogranicza się do największego miasta Nowego Meksyku – w swojej podróży eksplorujemy pobliskie pustynie, El Paso czy tereny graniczącego ze stanem Meksyku – to właśnie od tej najbardziej zaludnionej „metropolii” nad Rio Grande postanowiłam nazwać alternatywną rzeczywistość Giligana. W obu produkcjach Albuquerque zostaje na początku przedstawione jak żółtawe i piaszczyste, niegroźne przedmieście całych Stanów Zjednoczonych, niegdyś będące Dzikim Zachodem, a dziś zamieszkiwane przez poczciwych i nudnych nieudaczników. Walter White (BB) jest chorym na raka i pozbawionym możliwości leczenia nauczycielem chemii, który samodzielnie zrzekł się fortuny, a Jimmy McGill (BCS) – byłym naciągaczem i niedocenianym prawnikiem z papierkiem korespondencyjnego uniwersytetu. Z czasem jednak obie te postaci, zgnębione przez amerykańskie społeczeństwo sukcesu i pozytywnego nastawienia biorą niesprawiedliwość w swoje ręce, jak w westernie, do którego ten świat alternatywny widocznie nawiązuje. Z tym, że nie sprzymierzają się z dobrym szeryfem, aby ostrzelać bandytów napadających miasteczko, nie bronią dyliżansów, nie umierają za słuszną sprawę, ale przystają do przestępców – jako wykluczeni kierują swój gniew przeciw wykluczającym. Albuquerque Universe to rzeczywistość narodzin zła napędzanego odrzuceniem i potęgowanego przez chciwość. Zgnilizna rodzi się i rezyduje we wnętrzach miasta: małych domach, wielkich rezydencjach, lokalnym fastfoodzie, wozie kempingowym, biurze na zapleczu salonu masażu i gabinecie dyrektora dużej firmy prawniczej. Przestrzeń przybiera wtedy zgniłozielony, lecz wyrazisty kolor zdegenerowanego sumienia. Znane i udomowione miejsca okazują się laboratoriami metamfetaminy, siedzibami morderców, skrytkami na brudne pieniądze lub po prostu jaskiniami wypełnionymi zarodnikami nienawiści i nienasycenia.

Im bardziej widz zagłębia się w świat możliwy wykreowany w Breaking Bad i Better Call Saul, tym większe ma wrażenie, że zepsucie przestało być zarezerwowane dla piętrzących się po chmury metropolii spod znaku Nowego Jorku. Albuquerque (o mniejszej liczbie mieszkańców niż Kraków!) w obiektywie operatorów obu seriali wygląda na zapyziałą dziurę nawet wtedy, kiedy akcja dzieje się w przeszklonym biurowcu. Jak pokazują jednak opowiadane historie, prowincja wbrew pozorom nie została jeszcze ujarzmiona, a dla mitologii westernu i antywesternu jest jeszcze w kulturze miejsce. Szczególnie tam, gdzie meksykańskie kartele narkotykowe i korporacje prawnicze prowadzą czynną działalność. Better Call Saul nie wypełniłby jednak białych plam w opisie, gdyby nie rozbudowywał swojego uniwersum. Spin-off dodaje do entourage’u Albuquerque szczyptę wielkomiejskości, pokazując nieznane dotąd zakamarki miasta, poszerzając kąty kamery w trakcie filmowania plenerów oraz przenosząc odbiorcę w niektórych odcinkach na Wschodnie Wybrzeże. Serial nawiązuje wtedy do ikonografii klasycznego filmu gangsterskiego, którego bohaterowie bezustannie wędrują ciemnymi alejkami w smugach brudnego deszczu rzeczywistości. Dla Jimmiego McGilla domem pozostaje jednak Albuquerque i jego sucha pionierska partyzantka.

Ulica Krakowska nie jest tak ponętna, jak współczesna stolica antybohaterów. Idąc nią nie sposób poczuć woni wielkich dylematów i toczącego ludzi zła, ale za to nie szczędzi swoim mieszkańcom zapachów średniego mokrego psa oraz sushi. Nie ma na niej piachu zmieszanego z krwią, co najwyżej wdepnąć można we wczorajsze wymiociny kazimierzowskiego imprezowicza. Większość mieszkańców błędów architektonicznych nudnych miast i ponurych rzeczywistości nie poszukuje jednak niczego zbyt nieprzeciętnego. Alternatywne wszechświaty stanowią więc bufory emocji i zwierciadła, narastają wokół swoich odbiorców, dając im poczucie czasem trybalnej przynależności. Im bardziej rozbudowana jest opowieść, im mniej w niej białych plam, tym bardziej wierny widz (fan) się z nią utożsamia – dostaje bowiem coraz większy i bardziej skomplikowany zestaw narzędzi. Dzięki nim swoją prywatną narrację szarobury człowiek poszerzyć może o dodatkowy, jaskrawy świat możliwy. Krakowskie tego świata wydają się wtedy o wiele bardziej znośne.

Izabela Pamuła

1.  Por. K. Thomson, The Frodo Franchise. „The Lord of The Rings” and Modern Hollywood, 2007 Los Angeles.
2. Por. Maria B. Garda, Gra The Witcher w uniwersum Wiedźmina, w: „Homo Ludens”, 2010 Łódź, nr 1.
3. Termin zapożyczony z nomenklatury growej, swoją genezą sięgający do edukacyjnych gier wojennych z XIX w. i słownictwa wojskowego. W komputerowych grach strategicznych, na przykład Sid Meier’s Civilization V (Firaxis Games, 2010), oznacza system zakrywania niezbadanych miejsc na planszy.
4. Zdaję sobie sprawę z uproszczenia, jakim jest przypisanie showrunnerowi stworzenia całości serialu, ale trudno nie uznać Gilligana za ojca obu produkcji i ich swoistego nadreżysera.