Ani dydaktyzm, ani patriotyzm

1Historia Roja (2016, reż. Jerzy Zalewski)

Historia Roja
Polska 2016
reż. Jerzy Zalewski
scen. Jerzy Zalewski
zdj. Tomasz Dobrowolski
wyst. Krzysztof Zalewski, Piotr Nowak,
Marcin Kwaśny

Historia Roja powstawała w bólach i ten ból udziela się widzowi od pierwszych scen, a nawet napisów. Zdjęcia rozpoczęto niemal siedem lat temu, lecz premiera odbyła się dopiero w tym roku. Chciano raczej dobrze, a wyszło jak zwykle. Albo nawet gorzej. Ten film w żaden sposób nie pomoże historii.

Z rozklejonych w mieście plakatów woła do nas hasło „Pierwszy fabularny film o żołnierzach wyklętych”. Pamiętam, że czekałam na Roja, zachęcona, być może zbyt łatwowiernie, takim właśnie sloganem. Jest w naszej historii wiele wątków czekających na opowiedzenie, a po roku ’89. kino coraz chętniej je podejmuje. Zalewski rozpoczął zdjęcia z werwą i obietnicą sporego, bo wynoszącego około 10 milionów złotych, budżetu. Potem coś się popsuło, TVP wycofało się z finansowania, spory toczyły się nie tylko na planie, ale też w sądzie. Powstała akcja crowdfundingowa, odbyły się pokazy mające zachęcić do wsparcia projektu. Niestety widząc plansze otwierające film, na których widnieją specjalne podziękowania dla prezydentów Kaczyńskiego i Dudy, trudno powstrzymać się od skojarzeń, że to obecna sytuacja polityczna umożliwiła dokończenie Historii. Po niedługim czasie skojarzenia okazują się słuszne, bo opowieść o powojennym podziemiu niepodległościowym nosi jednoznaczne ślady interpretacji wydarzeń z prawicowej perspektywy ideologicznej. Ta czarno-biała narracja jest już zdezaktualizowana, bo o mniej chwalebnym wymiarze działalności żołnierzy wyklętych mówi się nie od dziś (nie zaprzeczając jednocześnie bohaterskiej postawie wielu z nich). Nie oczekiwałam kompleksowego wykładu dziejowego, bo opowieść przecież zawsze trzeba pod filmowe medium okroić, ale jednowymiarowość postaci bije po oczach. Pomija się przede wszystkim genezę sytuacji, w wyniku której w ogóle zjawisko powstało. Bohaterowie Zalewskiego wykrzykują co prawda z uniesieniem hasła o śmierci dla komunistów, ale są po prostu bezpłciową masą pozbawioną ładu, w niezdarny, wręcz komiczny sposób strzelającą do każdego człowieka w obcym mundurze, oczywiście przed rozchwianą do maksimum kamerą. Debiutujący na ekranie w roli Mieczysława Dziemieszkiewicza „Roja” Krzysztof Zalewski nie potrafi sprawić, byśmy się jego – tragicznymi przecież – losami wzruszyli, ani choćby spróbowali zrozumieć ideały, o które walczy. Tak, jak cała reszta obsady, bywa raz przesadnie teatralny, raz irytująco beznamiętny. W Roju drażnią nawet statyści – ci grający radzieckich żołnierzy na czatach dają się zajść jak dzieci, choć za plecami tupie im oddział „leśnych”.

Największym problemem jest jednak zwyczajnie fatalna reżyseria. Akcja nie zostaje interesująco zawiązana, widza wrzuca się w chaotyczną, quasi-biograficzną sieczkę, której brak fabularnej osi. Film gubi się w próbie wykreowania swojej tożsamości gatunkowej, na początek mamy dużo huku i patosu, potem pojawia się dziwna wersja ubeckiego komediowego bromansu (pojedyncza scena byłaby całkiem zabawna, gdyby nie to, że jej infantylizm pasuje do wojennego nastroju jak przysłowiowy kwiatek do kożucha), a koniec stara się wpasować w upoetyzowaną, senną wizję.

Nie chcę, by na ten film „poszły szkoły”. Czasami z marnej produkcji udaje się przynajmniej wyciągnąć jakąś wartość dydaktyczną, którą odbiorcy w pewnym wieku przyswoją. Roj nie ma walorów dydaktycznych, patriotycznych czy artystycznych, do tego dłuży się potwornie. Ale jest jedno pocieszenie – krótko po seansie w pamięci nie zostaje z niego nic, może jedynie złość, że zmarnowany został potencjał tematu. Nie jest łatwo odważyć się zabrać głos w drażliwej sprawie, co pokazała recepcja Idy czy Pokłosia, ale ona pokazała też, że należy próbować. Zalewski oddał sprawę walkowerem. Chcę teraz tym mocniej wierzyć, że za kilka miesięcy Wołyń Wojtka Smarzowskiego pokaże, jak można o pewnych rzeczach mówić inaczej.

Ada Kotowska