Ja to wytnę, abyście wy już nie musieli

1Mechaniczna pomarańcza (1971, reż. Stanley Kubrick)

W pierwszym odruchu cenzura kojarzy nam się z czymś ingerującym, atakującym, ograniczającym wolność autora. Przed oczami staje wtedy obraz opasłych tomisk palonych na stosach, posklejanej taśmy filmowej czy drażniącego pisku kamuflującego rzuconą ze smakiem i wyczuciem chwili „kurwę”. Rzeczy niemiłe sercu każdego amatora sztuki filmowej, a tym bardziej twórcy. W historii kina zdarzały się jednak przypadki, kiedy z różnych powodów autorzy i dystrybutorzy postanawiali ocenzurować się sami.

Kiedy do próby oceny filmu podchodzi krytyk filmowy, jest on wyposażony w wiele przydatnych narzędzi, z czego jednym z najważniejszych jest w mojej opinii umiejętność potraktowania go jako dzieła samego w sobie. Tylko po odrzuceniu wiązanych z filmem oczekiwań, odcięciu się od zasłyszanych wcześniej opinii i wyrwaniu go z sideł rozgrywających się w prawdziwym świecie wydarzeń, możliwe jest dotarcie do esencji i rzetelna ocena. Niestety, zwyczajni widzowie nie posiadają tych samych narzędzi, co krytycy, przez co ich spojrzenie na film jest często zakrzywione działaniem czynników z zewnątrz. To właśnie one są najczęściej przyczynkiem do autocenzurowania się twórców, którzy ze strachu przed konsekwencjami społecznymi ugrzeczniają swoje dzieło lub w ogóle wycofują je z obiegu. Czasami ze względu na troskę o uczucia i dobre samopoczucie widowni, a kiedy indziej z powodu wymknięcia się dzieła z rąk twórcy.

Nakręcona młodzież

Mechaniczna pomarańcza Stanleya Kubricka dobitnie udowodniła, jak wielki wpływ ma kino na kształtowanie rzeczywistości. W 1973 roku, nieco ponad rok po premierze filmu, przez Wielką Brytanię przetoczyła się fala przestępstw dokonanych przez niepełnoletnich. Szesnastoletni chłopiec, ubrany w charakterystyczny, czarny-biały kostium przywodzący na myśl gang Alexa DeLarge, brutalnie pobił młodszego kolegę. Siedemnastoletnia dziewczyna z Holandii została zgwałcona przez zbirów nucących Deszczową piosenkę. Gdzie indziej młody mężczyzna zaatakował bezdomnego dla paru pensów. Inspiracja arcydziełem Stanleya Kubricka była dla policji i prasy oczywista, ale sam autor początkowo wzbraniał się przed oskarżeniami o szerzenie przemocy. Po jakimś czasie coś w nim jednak pękło i reżyser sam wycofał film z kin – zakaz przetrwał aż do jego śmierci w 1999 roku. Według Christiane Kubrick, Stanley zdecydował się na ten krok pod wpływem gróźb i protestów pod jego domem, samemu broniąc zdania, że sztuka nie może posiadać tak dużej „mocy sprawczej”. Co najmniej dziwny wydaje się jednak fakt, że zakaz utrzymał się przez tak długi czas. Być może Kubricka najbardziej bolało to, jak bardzo niezrozumiałe okazało się przesłanie, z którym chciał dotrzeć do widzów.

Kto strzelił pierwszy?

Gdyby status relacji George’a Lucasa z fanami Gwiezdnych Wojen trzeba było oznaczyć na Facebooku, najlepiej pasowałaby etykietka „to skomplikowane”. Zawdzięczają mu w końcu swoją ukochaną franczyzę, ale wskazują go też jako tego, który ją później zepsuł, między innymi za sprawą modyfikacji dokonanych w kolejnych wydaniach filmów względem ich oryginalnych wersji. Jedna z najbardziej kontrowersyjnych zmian dotyczy słynnej sceny z Nowej nadziei, w której Han Solo (Harrison Ford) pertraktuje z łowcą głów o imieniu Greedo (Paul Blake). W wersji z 1977 roku trzymany na muszce Han bez wahania strzela do zbira na usługach Jabby Hutt. Po latach George Lucas uznał jednak, że jeden z herosów galaktyki nie może być zarazem „zimnokrwistym zabójcą”, w wyniku czego Specjalna edycja z 1997 roku wzbogacona została o kilka klatek, które pokazują jak Greedo używa blastera jako pierwszy, pudłuje (z drugiego końca stołu) i dopiero wtedy zostaje zastrzelony przez walczącego o swoje życie Hana. Chciałoby się wierzyć, że Lucas kierował się przy tym akcie autocenzury swoją wizją lub troską o najmłodszych, ale ostatecznie mogło chodzić po prostu o sprzedaż figurek. Przecież żaden odpowiedzialny rodzic nie kupiłby swojej pociesze miniaturowego mordercy. W 2014 roku na portalu Reddit przed pytaniem o to, kto strzelił pierwszy, postawiony został Harrison Ford. Ten odpowiedział tylko, że „nie wie i nie obchodzi go to”.

2Kadr ze sceny wyciętej z filmu Gangster Squad. Pogromcy mafii (2013, reż. Ruben Fleischer)

Z kina do Chinatown

Gangster Squad. Pogromcy mafii Rubena Fleischera jest przykładem filmu, którego autorzy znaleźli się w złym miejscu o złym czasie. Produkcja weszła do kin 11 stycznia 2013 roku – cztery miesiące po pierwotnie zaplanowanej dacie premiery. Problematyczna okazała się główna scena akcji, w której bohaterowie uczestniczyli w strzelaninie w kinie. Sama w sobie nie była oczywiście bulwersująca ani kontrowersyjna, ale całkowicie nowy kontekst nadał jej fakt, że 20 lipca w kinie Aurora w Colorado miało miejsce masowe morderstwo podczas nocnego pokazu filmu Mroczny rycerze powstaje Christophera Nolana. Przy dwunastu osobach zabitych i siedemdziesięciu rannych, przywoływanie tych wspomnień, którymi Ameryka cały czas jeszcze żyła, było co najmniej nierozsądne i nieczułe, stąd decyzja o odrzuceniu materiału. Szczęśliwie udało się raz jeszcze zebrać aktorów i scenę strzelaniny nakręcono od nowa, przenosząc miejsce akcji do Chinatown.

Autocenzura czy samokontrola?

W wielu krajach azjatyckich, wyrosłych z tradycji konfucjańskiej, zakładającej kult przodków i szacunek dla autorytetu, autocenzura jest jeszcze bardziej żywa niż na Zachodzie. W Japonii ma nawet swoją własną nazwę – jishuku, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza samokontrolę. Po tragicznym trzęsieniu ziemi i tsunami z 2011 roku, twórcy filmowi zareagowali z troską o delikatne uczucia Japończyków. Reżyser Yamada Yoji wstrzymał na jakiś czas prace nad remakiem legendarnej Tokijskiej opowieści Yasujirō Ozu, ponieważ uznał, że widzowie nie byli w odpowiednim nastroju do kontemplowania tego typu sentymentalnej, nostalgicznej historii. Ostatecznie film ukazał się dopiero w roku 2013. Z rozwagą do tematu katastrofy podszedł także Tetsuaki Matsue, który w Człowieku z Tokio z 2011 roku ukazał miasto przez pryzmat braku elektryczności, nie odnosząc się bezpośrednio do samego wydarzenia. Pojawiają się głosy, że żywo obecna w społeczeństwie japońskim idea jishuku jest powodem, dla którego japońskie filmy słabo sprzedają się za granicą. Tylko ci twórcy, którzy zdolni są wyzbyć się samokontroli, pokazać kły i nie boją się drażliwych tematów (Hirokazu Koreeda, Naomi Kawase, Takashi Miike) odnoszą potem sukcesy i stają się rozpoznawalni na Zachodzie1.

Parzące Słońce Narodu

Nawet Obywatel Kane nie jest warty katastrofy nuklearnej – mogli pomyśleć sobie szefowie Sony w 2014 roku, kiedy dowiedzieli się o atakach hakerskich dokonanych przez anonimową grupę, w wyniku których do sieci wyciekła korespondencja firmy oraz prywatne dane użytkowników usług. Poszło o komedię Wywiad ze słońcem narodu Setha Rogena i Evana Golberga, wyśmiewającej dyktatorski reżim Korei Północnej, w której to w ostatniej scenie ginie obecny wódz Kim Jong Un. Postawieni pod ścianą producenci filmu nie mieli wyboru i nie tylko ocenzurowali swoją produkcję, usuwając niektóre elementy i skracając najbardziej obraźliwe sceny, ale potem anulowali także jej dystrybucję kinową, z obawy przed dalszymi działaniami ze strony hakerów. Trudno się dziwić, bo pogróżki zostały wystosowane także do osób, które zamierzały obejrzeć film na dużym ekranie. Decyzja Sony otworzyła dyskusję nad zasadnością autocenzury w Hollywood i wzbudziła obawy, że może być ona precedensem do kolejnych wymuszeń z zewnątrz. Ruch japońskiego giganta skrytykował nawet prezydent Barack Obama, czyli pierwsza osoba, której powinno zależeć na bezpieczeństwie w jego państwie. Ostatecznie, pod naciskiem branży filmowej, kin i Waszyngtonu, Wywiad ukazał się w serwisach streamingowych.

Patryk Grabowski

1. Mark Schilling, Self-Control is Killing Japanese Movie Prospects, https://variety.com/2014/film/asia/1201320087-1201320087/ (dostęp: 15.02.2016 r.).