Gdyby Chandler palił skręty

Joaquin Phoenix stars as Larry "Doc" Sportello, a private investigator with a pot-smoking habit, in Inherent Vice, Paul Thomas Anderson's film adaptation of the novel by Thomas Pynchon.

Wada ukryta
Inherent Vice
USA 2014, 148’
reż. Paul Thomas Anderson
scen. Paul Thomas Anderson
wyst.: Joaquin Phoenix,
Josh Brolin, Owen Wilson

Plejada doskonałych aktorów, reżyser z najwyższej półki i materiał literacki prosto od czołowego kandydata do Nagrody Nobla. Brzmi jak przepis na arcydzieło, a mamy letnie oceny od krytyków, klapę w amerykańskim box office i brak dystrybucji kinowej w Polsce. Jak naprawdę jest z Wadą ukrytą Paula Thomasa Andersona?

W słonecznej Kalifornii jest rok 1970. Większość mieszkańców okolic Los Angeles nie wyczuwa jeszcze schyłku ery hippisów, jednak prywatny detektyw i miłośnik trawki Doc Sportello (Joaquin Phoenix) jest bardziej wyczulony od zwykłych dzieci-kwiatów na płynące przez jego okolicę karmiczne prądy. Pojawienie się na progu domku przy plaży byłej dziewczyny Shasty (KatherineWaterston) i prośba o pomoc w sprawie zagrożenia czyhającego na jej obecnego kochanka, Mickeya Wolfmanna nie wróżą nic dobrego. Będący grubą rybą w handlu nieruchomościami mężczyzna znika, Shasta również zapada się pod ziemię, a Doc zostaje wrobiony w morderstwo. Siedząc w sprawie po uszy, Sportello musi dociekać prawdy. Lawirując pomiędzy całą plejadą oryginałów i dziwaków wiecznie upalony detektyw próbuje się dowiedzieć, czym naprawdę jest tajemniczy Złoty Kieł.

Thomas Pynchon to prawdopodobnie najbardziej tajemniczy z żyjących współcześnie pisarzy. Ostatnie zdjęcia pochodzą z czasów studenckich, nieznane jest jego miejsce zamieszkania. Wiadomo tylko, że ten wybitny erudyta wciąż żyje – bo ciągle pojawiają się nowe powieści sygnowane jego nazwiskiem. W ciągu pięćdziesięcioletniej działalności twórczej opublikował ich zaledwie osiem, wszystkie jednak spotkały się z entuzjazmem krytyki. Uznawana za jedno z czołowych dzieł literackiego postmodernizmu Tęcza Grawitacji czy też 49 idzie pod młotek należą już do kanonu literatury amerykańskiej. Wydana w 2009 roku Wada ukryta to najbardziej przystępna pozycja w dorobku Pynchona. Czerpiąca pełnymi garściami z Chandlerowskiego kryminału noir, przesycona czarnym humorem, narkotyczną atmosferą i cierpką satyrą na amerykański sen wyjętą wprost z tekstów Huntera Thompsona powieść dość szybko trafiła na warsztat hollywoodzkich producentów. Za reżyserię wziął się Paul Thomas Anderson, ceniony twórca głośnych filmów takich jak Boogie Nights, Aż poleje się krew czy też Mistrz.

Reżyser ten zawsze umiał znaleźć sposób na oddanie zeitgeistu przedstawianej epoki – i to w Wadzie ukrytej udało mu się ponownie. Kostiumy, charakteryzacja i scenografia składają się na wielobarwny fresk epoki hipisowskiej w jej największym rozbuchaniu, w chwili gdy cała kontrkultura stała na krawędzi nixonowskiej przepaści. Anderson pokazuje nam to mimochodem, na drugich planach, jakby od niechcenia, ukrywając jednocześnie tytaniczny wysiłek włożony w wierne przedstawienie realiów przełomu dekad. Pozwala to widzowi skupić się na samej intrydze, a to największe stojące przed odbiorcą wyzwanie. Mariaż lubującego się w karkołomnych intrygach, skomplikowanych narracjach i mnogości postaci Pynchona z Chandlerowskim kryminałem poskutkował powieścią z kilkudziesięcioma bohaterami o istotnym wpływie na fabułę i pokręconą fabułą. Zawiła sieć relacji łącząca mieszkańców Gordita Beach jest o wiele łatwiej przyswajalna w formie literackiej. Adaptacja tak pogmatwanego tekstu była przedsięwzięciem karkołomnym i choć twórcy filmu podołali wyzwaniu, nie można mówić o pełnym sukcesie. Uratował ich wielki szacunek dla materiału źródłowego. Pynchonowskie opisy zostały potraktowane z niemal nabożną czcią, cięć dokonano tylko tam, gdzie było to konieczne (na przykład we fragmencie z wypadem Doca do Las Vegas), a dialogi po prostu przepisano z książki. W efekcie uzyskano film koherentny, jednak dla widzów niezaznajomionych z oryginałem momentami mętny. Trzeba też zauważyć, że niektóre ciągi przyczynowo-skutkowe są oparte na logice umysłu poddanego działaniu konopnego dymu, co dla części widowni może być zupełnie obce. Ubocznym efektem tej adaptacyjnej wierności jest jednak brak „filmowości” Wady ukrytej. To film oparty w znacznej mierze na dialogu, który na taśmie nie brzmi tak dobrze jak na papierze. Nie ma tu za wiele akcji, zbyt mało opowiedziane jest filmowymi środkami wyrazu, a literackiego posmaku dodaje jeszcze narracja z offu.

Film Andersona broni się za to w warstwie aktorskiej. Mimo że wyobrażałem sobie Doca zupełnie inaczej, to grę Phoenixa oceniam bardzo wysoko. Zawsze trochę nieogarnięty, trochę przenikliwy, trochę ciamajda, a trochę uroczy – taki właśnie jest Pynchonowski bohater. Pisarz dał reżyserowi cały kalejdoskop doskonale napisanych postaci drugiego planu i te również są znakomicie obsadzone. Przed szereg wybijają się Josh Brolin jako gburowaty, choć w głębi ducha poczciwy policjant „Wielka Stopa” Bjornsen oraz Owen Wilson jako zagubiony saksofonista Coy Harlingen. Postaci żeńskie nie są tylko ładnymi buźkami, i choć Waterston, Whiterspoon i Malone są śliczne jak z obrazka, to grać również potrafią.

Seans Wady ukrytej sprawił mi dużą przyjemność. Mam pełną świadomość jej niedociągnięć, na które chcąc nie chcąc pozostaję ślepy przez bardzo ciepły stosunek do Pynchonowskiego oryginału. Radość z obcowania z bliskim mi światem tak sprawnie przeniesionym przez Andersona na ekran przyćmiła mi filmowe niedostatki, a znajomość tekstu pozwoliła mi uniknąć zdezorientowania i rozczarowania mało spektakularnym finałem – który jednak, jak w dobrym filmie noir, zostawia uczucie niedosytu. Nie jest to z pewnością wizja, która trafi do każdego, trzeba jednak przyznać, że dobrze ukrywa swoje wady.

Aleksander Małecki