Krucjata tolerancji: czy poprawność polityczna to naprawdę nowa forma autocenzury kina hollywoodzkiego?

1Rey (Daisy Ridley) pomaga Finnowi (John Boyega) na planecie Jakku.
Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy (2015, reż. J.J. Abrams)

Szlachetna w swych założeniach zasada poprawności politycznej doczekała się ostatnimi czasy szczególnie ostrej krytyki, zwłaszcza (lecz nie tylko) ze strony konserwatywnej części społeczeństwa. Zarzuca się jej sztuczne zubożanie języka, ograniczanie wolności słowa, a nawet paradoksalne generowanie antypatii wobec mniejszości. Przeciwnicy poprawności politycznej chętnie nazywają ją „neocenzurą”, a jej bastion umieszczają nie gdzie indziej, a w sercu amerykańskiego przemysłu filmowego.

Kontrowersyjny temat powrócił niedawno ze zdwojoną mocą za sprawą sylwestrowych wydarzeń z Kolonii, Hamburga i kilku innych niemieckich miast. Pod ostrzał trafiły media, które na temat ataków milczały niemal przez tydzień, mimo posiadania odnośnie nich sprawdzonych doniesień. Dostało się więc politycznej poprawności za zatajanie w jej imię informacji o napadach na kobiety, mając na uwadze uczucia czarnoskórej i muzułmańskiej mniejszości, spośród których wywodzili się napastnicy. Jak więc usprawiedliwić istnienie tego niejednoznacznego zjawiska społecznego?

Definicja ogranicza poprawność polityczną do sposobu posługiwania się językiem w taki sposób, aby zachowywać szacunek i tolerancję względem drugiego człowieka. Za najprostszy przykład niech posłuży przypadek słowa „Murzyn” (czy też anglojęzycznego nigger), które, niegdyś postrzegane zupełnie neutralnie, do dziś nabawiło się kategorycznie pejoratywnego znaczenia. Nietrudno jednak zauważyć, że zmiany te wyszły poza sferę języka, obejmując całą płaszczyznę komunikacji, a więc i media – w tym film.

W dyskursie publicznym mianem poprawności politycznej przyjęło się określać wszystko, co złe, a w odniesieniu do kina popularnego – przede wszystkim kwestię reprezentacji mniejszości. Reprezentacji wiecznie budzącej kontrowersje i kojarzącej się z nachalnym wpychaniem w scenariusz postaci występujących jako ambasadorowie marginalizowanych grup społecznych lub nadawaniem znanym bohaterom nowych cech, które owe grupy charakteryzują. Łatwo jednak wrzucać wszystko do jednego worka i metkować go niechlubnym podpisem „poprawność polityczna”. W zamian warto przyjrzeć się konkretnym sytuacjom, w których Hollywood zarzucono usilne i bezsensowne wojowanie o równouprawnienie i zastanowić się, czy w niektórych przypadkach nie chodzi czasem o coś innego.

Czarna strona Mocy

Wyznawcy wszędobylstwa poprawności politycznej upodobali sobie najwyraźniej czarnoskórego aktora Idrisa Elbę. W 2011 roku nie chcieli pogodzić się z zaangażowaniem go do roli Heimdalla w marvelowskim Thorze (reż. Kenneth Branagh), powołując się na jego biały jak śniegi Skandynawii komiksowy pierwowzór, którego genezy należy z kolei szukać w nordyckiej mitologii. Ich zdaniem w takiej rzeczywistości nie ma miejsca dla kogoś o innym kolorze skóry. Używając tego argumentu, zapomnieli najwyraźniej o postaci Hoguna – wojownika o azjatyckich rysach – zrodzonego na kartach komiksu już w 1965 roku.

2Idris Elba jako Heimdall. Thor (2011, reż. Kenneth Branagh)

Innym razem Idris Elba przyczynił się do poważnej paniki wśród niektórych fanów przygód agenta 007. Powracające od kilku lat pogłoski, jakoby gwiazda serialu Luther (2010–2015) miała w końcu zastąpić Daniela Craiga w roli Jamesa Bonda, wywołały na forach internetowych już niejedną burzę. Taki pomysł krytykował także Anthony Horowitz, autor najnowszej książki o agencie Jej Królewskiej Mości, głosząc (zanim wycofał się z tych słów), że Elba jest zbyt surowy i „uliczny” oraz brak mu obycia, elegancji i dżentelmenerii, choć oczywiście kolor skóry nie ma tu nic do rzeczy1…

Elba w filmach Marvela wykreował pełnokrwistego bohatera, który bez trudu zjednał sobie sympatię widzów. Dlaczego jego wcielenie w skórę Jamesa Bonda nie miałoby się okazać jeszcze lepsze? Nie można odmówić mu ani charyzmy, ani aparycji. Czy więc za obsadzaniem go w rolach postaci, które „zawsze były białe” stoi wyłącznie cenzura politycznej poprawności i walka o emancypację czarnoskórych? Czy może ma tu znaczenie jakikolwiek talent?

Doskonałym przykładem innego aktora, który przestraszył konserwatywną część widzów kina popularnego, a okazał się bezbłędnym wyborem, jest John Boyega. W chwili, gdy w scenie otwierającej pierwszy zwiastun Gwiezdnych Wojen: Przebudzenia Mocy (2015, reż. J.J. Abrams) pojawił się na ekranie w stroju imperialnego szturmowca, posypały się negatywne komentarze pod jego adresem. Bez znajomości nowej fabuły wytykano, że żołnierze Imperium to przecież klony Jango Fetta, a więc nie ciemnoskórzy. Abrams w najnowszym epizodzie gwiezdnej sagi słusznie zdecydował się powierzyć Johnowi Boyedze znacznie ważniejszą rolę niż te, które w poprzednich trylogiach odgrywali Billy Dee Williams i Samuel L. Jackson. Młody aktor zwyciężył w castingu do Gwiezdnych Wojen, a kilka lat wcześniej został wyróżniony kilkoma nominacjami za grę w Ataku na dzielnicę (2011, reż. Joe Cornish), co każe przypuszczać, że to nie kolor jego skóry zdecydował o przydzieleniu mu roli Finna.

Babska sprawa

Gdyby zestawić ze sobą trzy różne bohaterki: Ray z Gwiezdnych Wojen: Przebudzenia Mocy, Susan Cooper z Agentki (2015, reż. Paul Feig) oraz Tauriel z Hobbita: Pustkowia Smauga (2013, reż. Peter Jackson) i zapytać, która z nich najbardziej wygląda na owoc cenzury poprawności politycznej, najczęściej pewnie wskazywano by tę ostatnią. Dlaczego? Za sprawą odwiecznie słusznego argumentu pod tytułem: „nie było jej w pierwowzorze”, podobnie jak w przypadku czarnego Heimdalla, czarnego Bonda i czarnego szturmowca. Fakt, w tolkienowskim Hobbicie nie występowała ani jedna (!) kobieta, co nie zmienia faktu, że jakby się poważniej nad tym zastanowić, Tauriel (Evangeline Lilly) nie wnosi do filmu żadnego ładunku feministycznego.

3Evangeline Lilly jako Tauriel.
Hobbit: Pustkowie Smauga (2013, reż. Peter Jackson)

Owszem, elfka kreowana jest na bohaterkę niezależną, niepokorną, odrzucającą konwenanse. Wypowiada posłuszeństwo władcy, chadza własnymi ścieżkami i… zakochuje się w krasnoludzie Kilim, przedstawicielu skłóconej z elfami rasy. I właśnie ten ostatni element sprawia, że Tauriel staje się zaledwie atrakcyjnym tłem dla męskich przygód w męskim świecie. Bardziej niż wyraz jakiejkolwiek ideologii, jej postać ma stanowić raczej wędkę zarzuconą w stronę żeńskiej publiczności. Z drugiej strony stworzony z niczego wątek romansowy służy jedynie budowaniu mocniejszych więzi pomiędzy widzami a Kilim, co wydaje się zabiegiem sensownym, biorąc pod uwagę dalsze losy krasnoluda.

Feministek nie cieszy więc raczej taka reprezentacja w filmie Petera Jacksona. Nic dziwnego, skoro prawdopodobnie żadna z części Hobbita nie zdałaby popularnego testu Bechdel, który stosuje się jako wskaźnik aktywnej obecności kobiet w tekstach kultury. Aby przejść go pozytywnie, w filmie musiałyby się pojawić przynajmniej dwie postaci kobiece prowadzące ze sobą rozmowę dotyczącą czegoś innego, niż mężczyzna. I właśnie tu wracamy do bohaterek przytoczonych wcześniej filmów – Agentki oraz ponownie Gwiezdnych Wojen: Przebudzenia Mocy. Oba bez trudu zdają test Bechdel, a mimo to odbiorcy nie razi w nich żaden agresywny przekaz feministyczny. Zarówno Susan (Melissa McCarhty), jak i Ray (Daisy Ridley) świetnie odnajdują się jako protagonistki i z łatwością zyskują szczere uwielbienie widza. Jeśli kryje się za nimi jakaś makiawelistyczna poprawność polityczna, chyba nie wyrządza kinu wielkiej krzywdy, bo heroiny zostały naprawdę dobrze napisane i nie rażą sztucznością. A może są one jedynie rezultatem pragnienia dywersyfikacji hollywoodzkich bohaterów, bo ileż można oglądać tego samego Austina Powersa (Mike Myers) parodiującego Jamesa Bonda oraz przeżywać galaktyczną przygodę u boku kolejnego chłopaka Skywalkerów?

Stereotypowy jajogłowy

Wszystkie powyższe przypadki wcale nie świadczą o tym, że coś takiego jak poprawność polityczna w Hollywood nie istnieje. Trzeba pamiętać o trzech kwestiach. Po pierwsze: są tematy, których kino popularne nie podejmuje lub robi to rzadko i z marnym skutkiem. Po drugie: amerykańskim twórcom trudno rozstać się ze swoimi świętymi wartościami. I wreszcie po trzecie: nawet w kwestii reprezentacji poprawność polityczna wielokrotnie negatywnie wpływała na filmy.

Wystarczy przypomnieć sobie wszystkie te dzieła, gdzie zróżnicowanie drugoplanowych postaci wynika wyłącznie z chęci zaznaczenia, jak zróżnicowany jest świat. Protagonista (biały mężczyzna) zyskuje wtedy towarzystwo stereotypowych przedstawicieli innych grup i mniejszości społecznych. Mamy więc w jego otoczeniu atrakcyjną seksualnie dziewczynę, jajogłowego Azjatę czy zabawnego Afroamerykanina. Przykłady takich bohaterów oraz wykorzystujących ich filmów można mnożyć, ale poprzestańmy na Jurassic World (2015, reż. Colin Trevorrow) lub Stażystach (2013, reż. Shawn Levy).

Znów można zadać sobie pytanie, czy kreowanie tych postaci rzeczywiście wynika z nieporadnego stosowania się do zasad poprawności politycznej, czy bardziej z próby przyciągnięcia do kin szerszej publiczności lub nawet z jawnej chęci wyśmiania dawno już nieśmiesznych stereotypów. Jak by nie było – rzeczywiście mając na uwadze uczucia marginalizowanych grup społecznych, lepiej nie powoływać do życia reprezentujących ich bohaterów, niż robić to w takiej formie.

***

Kto gorliwie wierzy w to, że hollywoodzkie produkcje cenzurowane są przez lobby Afroamerykanów czy feministek, powinien zapoznać się z obszernymi badaniami naukowców z Uniwersytetu Południowej Kalifornii, którzy przeanalizowali po sto najbardziej dochodowych filmów amerykańskich z lat 2007-2014. Wynika z nich na przykład, że w 2014 roku spośród 4610 mówionych ról zaledwie 28% przypadło kobietom, niecałe 27% wszystkim mniejszościom rasowym łącznie, a tylko dziewiętnaście z nich przewidziane było dla osób o orientacji innej niż heteroseksualna2.

Poprawność polityczna istnieje, czyniąc często więcej szkody niż pożytku, lecz nie zawsze jest tym, czym nam się wydaje. Czarnoskóry aktor odgrywający rolę FIKCYJNEGO bohatera, którego znamy jako białego, nie jest owocem autocenzury Hollywood, a po prostu efektem zasłużonego zwycięstwa w castingu i znakiem zmieniających się czasów. Zmieniających się powoli, bo wbrew obawom wielu nic nie wskazuje na to, aby fabryka snów miała wrócić w ręce tych, którym ją zawdzięczamy: kobiet, mniejszości seksualnych i etnicznych.

Bartosz Błęka

1. M. Walkiewicz, Autor przygód Bonda przeprasza Idrisa Elbę, „Filmweb”, 2.09.2015, (dostęp: 19.01.2016).
2. S. Smith, M. Choueiti, K. Pieper, Inequality in 700 Popular Films: Examining Portrayals of Gender, Race, & LGBT Status from 2007 to 2014, USC Annenberg, <http://annenberg.usc.edu/pages/~/media/MDSCI/Inequality%20in%20700%20Popular%20Films%208215%20Final%20for%20Posting.ashx>
(dostęp: 19.01.2016).