Ucieczka w bohatyrstwo. Jacek Winkler według Anci Damian

1 - nagłówekCzarodziejska góra (2015, reż. Ancia Damian)

Byłem anarchistą, nie chciałem się stać jednym z tych proletariuszy. Żywiłem głęboko zakorzenioną niechęć do tych facetów pokazujących palcami V na znak zwycięstwa. Kiedy zobaczyłem, że zaczynają rządzić emocje mas, wiedziałem, że jest po zabawie.
Jacek Winkler o stosunku do przełomu 1989 roku

Choć zdawało się, że wkroczyli do Afganistanu z chirurgiczną metodycznością i w przytłaczających siłach, militarne zaangażowanie Sowietów było tak naprawdę dość ograniczone, a olbrzymie i surowe tereny kraju połknęły najeźdźców.
David M. Glanz, emerytowany pułkownik Armii Stanów Zjednoczonych

Imię jego legion

W Czarodziejskiej górze (2015) Anci Damian zostajemy skonfrontowani z nieoczywistym i zapomnianym, acz wyjątkowo oryginalnym bohaterem wojny afgańskiej. O tym, kim bywał Adam Jacek Winkler, dowiemy się wiele: poświęcał się cichej, często bezproduktywnej walce opozycyjnej, jako alpinista pokonywał szczyty, a wcielając się w rolę partyzanta w Afganistanie – nie potrafił ograniczyć się do tej jednej funkcji, więc jako fotograf wojenny angażował się w dokumentację wysiłku zbrojnego mudżahedinów.

Reżyserka zaprosiła do współpracy sztab wybitnych twórców animacji i – podobnie, jak w przypadku animowanej adaptacji Proroka (2011) Kahlila Gibrana, gdzie nad całym przedsięwzięciem czuwał opiekuńczy duch i słodki głos Salmy Hayek – pozostawiła im wolną rękę, przynajmniej pod względem zachowania autorskich stylów i preferowanych technik realizacyjnych. Góra mieni się zatem maestrią i bogactwem form poszczególnych wykonawców. Podobnie jak w poprzednim filmie Damian – Drodze na drugą stronę (2011), rekonstrukcji strajku głodowego Claudiu Crulica – kreatywnemu przetworzeniu ulegają skąpe materiały archiwalne, do których udało się dotrzeć. W tym animowanym, historycznym sosie pogrążamy się całkowicie, piejąc z zachwytu nad barokowym przesytem, podminowani cichym lękiem, związanym z absolutną dezorientacją.

Gdyby Winkler żył i zobaczył gotowy film, byłby na pewno zachwycony, jak wiele z chaosu jego bogatego życiorysu udało się uwiecznić w ramach tego ekscentrycznego i ambitnego projektu. Był przecież zdolny do sporej dozy autoironii (sobie, ale też innym, przypinał łatkę „koziołka matołka”), a także tworzenia prześmiewczych narracji na własny temat. Jednak konstruował je przede wszystkim na użytek relacji z najbliższymi osobami, w domowych pieleszach i poza prostackim wzrokiem gminu. Jak sugestywnie zostaje to zasygnalizowane w Czarodziejskiej górze, „wszystko” w jego życiu było przy tym tak spiętrzone, że trudno było mu wyprodukować coś w stanie finalnym. Pozostały więc po Winklerze głównie niezrealizowane do końca idee.

Z pozycji dziecka

Konstrukcja Czarodziejskiej góry została zaplanowana na zasadzie dialogu – wyznań ojca przed kochającą go córką, słuchającą w przejęciu jego zwierzeń. W polskiej wersji ich głosy mistrzowsko podkładają Jerzy Radziwiłłowicz i Julia Kijowska. Ta subiektywna perspektywa jest podkreślona spiętrzeniem zapośredniczeń. Mamy do czynienia z jednostkowymi doświadczeniami chłopca (relacjonowanymi przez starego już mężczyznę), pełnym emocji komentarzem uważnej słuchaczki, czyli jego córki, a wszystko to przepływa przez odrębny, bo już współczesny, punkt widzenia należący do Anci Damian. Efekt końcowy przypomina o niemożności dotarcia do prawdy (bądź jej nieobecności), jak to miało miejsce w historii o tytułowym bohaterze Obywatela Kane’a (1941, reż. Orson Welles), o enigmatycznych wyrokach losu i nieprzeniknionych tajemnicach życia prywatnego.

Moskwa nie wierzy łzom

Na początku przypomniane zostają te narracje, które „wychowały” Winklera (i wielu innych młodych polskich chłopców), sprowadzając go na złą drogę romantycznych buntowników, anarchistów stających do nierównej walki z Systemem. Świadkujemy zgubnej chwili, gdy w nieszczęśniku zostaje zaszczepiony wirus samotnego, wyniszczającego i tragicznego bohaterstwa. Autodestrukcyjny diabełek szepcze mu do uszka szalone pomysły, lecz ich realizację przez lata będzie uniemożliwiało poczucie bezsilności wobec biurokratycznej maszyny, marazm dnia codziennego czy wreszcie brak dobrej okazji do popisania się.

Winkler jawi się jako ultra-kontestator brzydkiej, bo pragmatycznej, mieszczańsko-kupieckiej rzeczywistości i piewca szlacheckiej wolności, demoralizującej słabych ludzi. On, jako wyrastający ponad motłoch, chce więcej i inaczej. Jednak aby osiągnąć wyższy poziom na skali tragedii greckiej, brakuje mu zdolności praktycznego działania, bo gmatwającego czyny intelektu ma z kolei w nadmiarze. Gdyby był mniej wybredny – zapewne umarłby choćby i w Wietnamie, gdzie go ciągnęło na walkę z Czerwoną Zarazą.

Silny antykomunistyczny pierwiastek u bohatera powoduje, że życie codzienne na obczyźnie w powojennej, lewicolubnej Francji zadręcza go trochę tak, jakby dźwigając wiedzę o diabelskich sprawkach za Żelazną Kurtyną, niósł ją wśród dzikich tłumów. Trzeba zatem wyjechać oraz, mimochodem, złożyć życie na ołtarzu bohatyrstwa w wysoce spektakularnej formie.

Reguły przetrwania

Damian najwięcej uwagi w Czarodziejskiej górze poświęca wojnie afgańskiej, w której udział okazał się dla Winklera z jednej strony niezwykle owocny, a z drugiej – był sromotną klęską pod względem pomyślnej realizacji romantycznego etosu bohaterstwa w jego najbardziej ekstremalnym wariancie. Pozornie spełniły się sny o aktach szalonej odwagi, o wejściu w wysokie buty posągu, niczym święty Sebastian nadstawiającego gołą pierś na śmiertelne dlań strzały zdradzieckiego wroga. A jednak Winkler pragnął żyć. Będąc u kresu, zawahał się i przypomniał sobie o rodzinie. Co za pech – okazał się jednak zbyt ludzki na brązowy pomnik!

Czemu konflikt zbrojny ma w filmie tak głębokie znaczenie symboliczne? To właśnie porażka czerwonoarmistów na Środkowym Wschodzie ujawniła, że reprezentują oni kolosa na glinianych nogach, o jakim Zachód miał zgoła zbyt wysokie mniemanie. We wstępie do The Bear Went Over the Mountain: Soviet Combat Tactics in Afghanistan, zbioru relacji radzieckich oficerów z pola bitwy, Lester W. Grau – obyty w rosyjskich realiach militarnych pułkownik U.S. Army – zgrabnie puentuje zaskakująco głęboki wpływ nieudanej kampanii na rozpad ZSRR:

„Walka, przewidziana na krótką i ostrą, zaczęła się nadmiernie wydłużać, podczas gdy Zachód patrzył w osłupieniu, dumając, czy aby sowiecka machina wojenna wyjdzie z niej zwycięska. W pewnym momencie kwestia wiktorii niezauważenie rozpłynęła się. Została zastąpiona przez wątpliwości, czy Sowieci zachowają [dotychczasową – dop. M.B.] dominację jako taką. Ostatecznie Rosjanie jednak nie podołali, bakcyl afgańskiej przygody zakaził radzieckie społeczeństwo, a nawet same polityczne struktury. Co rozpoczęło się jako kolejny krok na drodze ekspansji sowieckiej potęgi, postawiło pod znakiem zapytania trwałość jej instytucji. W ten sposób na światło dzienne wyszła korupcja leżąca u podstaw systemu. Ostatecznie doprowadziło to do rozkładu struktur [państw socjalistycznych – dop. M.B.] i ruiny kraju, który był dla nich ojcem”.

Podróż Winklera na Wschód poprzedza w Czarodziejskiej górze wkroczenie Armii Czerwonej do Afganistanu. Co charakterystyczne, za tę sekwencję był odpowiedzialny Theodore Ushev, który w animowanej Trylogii XX wieku (Wieża Bawher, Drux Flux, Gloria Victoria) dał się poznać jako zacięty krytyk systemu totalitarnego i błyskotliwy reinterpretator dzieł radzieckiej awangardy. Wkroczenie Sowietów zrealizował z dławiącym widza impetem, posługując się geometrycznymi wzorami jednostek – jednakowych trybików w potężnej maszynie wojennej, zalewającej mapę Afganistanu czerwonym potopem przy stosownym akompaniamencie muzycznym. Kto pamięta gorzką zabawę Usheva z konstrukcjonizmem w Wieży Bawher (2006), w finale której tytułowa wieża ulega destrukcji (paradoksalnie, jakby pod nadmiarem wznoszących ją sił), ten, nawet nie znając historii, wie, że Sowieci przegrali już na starcie. Inwazja upływa pod złą gwiazdą, bo według przeterminowanych koncepcji uprawiania wojny błyskawicznej, jaką Blok Wschodni miał wydać kapitalistycznej Europie i Stanom Zjednoczonym. Kto wie, czy konstatacja Winklera, głoszącego swoją małość, ale i unikalność, nie legła u podstaw sromotnej, afgańskiej klęski przerośniętego Superniedźwiedzia?

Marek Bochniarz