Ballada o lekkim zabarwieniu ichtiologicznym

1Córki dancingu (2015, reż. Agnieszka Smoczyńska)

Córki dancingu
Polska 2015
reż. Agnieszka Smoczyńska
scen. Robert Bolesto
zdj. Jakub Kijowski
wyst.: Kinga Preis, Marta Mazurek
Michalina Olszańska, Jakub Gierszał

Oto przed Państwem młode, pociągające, wspaniałe – warszawskie syrenki! Agnieszka Smoczyńska zrealizowała musical, który szerszą publiczność kusi nostalgią za roztańczonymi latami osiemdziesiątymi. Na widzów oczekujących dobrej zabawy czeka jednak niemiła niespodzianka – pod błyszczącą powłoką disco… śmierdzi rybą.

Pełnometrażowy debiut Smoczyńskiej, przywoływany przeważnie w kontekście dyskusji o „polskim filmie w Sundance”, przeciera szlaki rodzimemu indie musicalowi. To na gatunkowej powierzchni, a co pod nią? Baśń o Małej syrence służy Smoczyńskiej jako baza do snucia dygresji na temat samoświadomej i pełnej kompleksów kobiecości. Uosabiają ją wyłowione z Wisły ślicznotki – Złota (Michalina Olszańska) i Srebrna (Marta Mazurek) – zawodowo wokalistki na erotycznym dancingu, prywatnie – syrenki. Rozchichotane stoją w negliżu w jakimś obskurnym pokoju na tyłach klubu. Jeden z mężczyzn wyjaśnia „mechanizm działania” tych dziwnych lolitek – przeważnie nie mają nic między nogami „jak lalki Barbie”, ale wystarczy pomoczyć je troszkę, a nogi przeistaczają się w pokryty łuskami, wielgachny ogon. Można się zabawić z taką syrenką, ale trochę to jednak obciach, w końcu to przecież ryba…

Syreny starają się, jak mogą. Złota niczym rasowa femme fatale kusi obie płcie swym rybim zapachem, a później z satysfakcją pożera ich serca. Srebrna, podobnie jak bohaterka z literackiego pierwowzoru Andersena, odnajduje ukochanego „księcia” – basistę z klubowej kapeli (Jakub Gierszał). Poświęca dla tak zwanej miłości romantycznej swą monstrualną formę. Ten wątek niedaleki jest od „wiktoriańskiej” optyki patrzenia na seksualność kobiet, w której te od pasa w dół jawią się swoim wybrankom jako śmierdzące, obślizgłe ryby. Film nie polemizuje z tym fantazmatem, ale umacnia go, czasem nazbyt dosłownie (nie brakuje rubasznych żartów na temat rybiego zapachu). W Córkach dancingu mężczyźni są zresztą nie mniej śliscy od kobiet, na przykład Kierownik sali (Zygmunt Malanowicz) jawi się jako wcielenie niesławnego seksbiznesmena Czarka Mończyka z Ballady o lekkim zabarwieniu erotycznym.

2Córki dancingu (2015, reż. Agnieszka Smoczyńska)

Estetyka disco, ze swym brokatem i doczepianymi rzęsami, pozwala bawić się ustalonymi rolami społecznymi i przekraczać granice przypisane płci. W tym suto zakrapianym błyszczącym szaleństwie wciąż jednak pokutują dawne prawdy o kobiecości, która jest przerażająca lub obrzydliwa – trzeciej drogi nie ma. Potwierdzają się młodociane lęki seksualne przed utratą dziewictwa i samospełniające przepowiednie o podległości przybyłych do Warszawy dziewczyn z prowincji; mnożą potworności o damskim rodowodzie – te krwawiące, te z zębami, a przede wszystkim te rybie i obślizgłe. W efekcie, zdaje się sugerować film, kobiety mają na tym świecie przechlapane, nawet jeśli są syrenami zdolnymi do morderczego ataku. Mogą wybierać między Zosią a Telimeną, żoną a suką – w obu przypadkach spotka je kara za naiwność bądź zuchwałość.

Film bazuje zresztą w całości na pewnej afirmacji polskiego imaginarium, a robi to z różnym skutkiem. Nierówno wypadają przerobione na potrzeby tego dancingu utwory. Z przykrością słucha się bezmyślnie wykrzyczanych Kolorów Post Regimentu. Ładne, choć banalne aranżacje polskich szlagierów (Byłaś serca biciem, Bananowy song, Daj mi tę noc), przygotowane przez zespół Ballady i Romanse, nie wychodzą poza poziom polskiej alternatywy grającej w godzinach południowych na małej scenie Off Festivalu. Na tle stonowanych kompozycji wyróżnia się energetycznie odtańczone Przyszłam do miasta. Całość wrażeń muzycznych tonie jednak w mało subtelnych basach rodem z W aucie Sokoła, Pono i Franka Kimono.

3Córki dancingu (2015, reż. Agnieszka Smoczyńska)

Smoczyńska chętnie odwołuje się też do powtórzeń wizualnych, zaczerpniętych ze współczesnej światowej kinematografii, kalkując śmiało całe kompozycje kadrów z Dzikich żądzy (reż. J. McNaughton, 1998), Elektrycznych dzieci (reż. R. Thomas, 2012), a przede wszystkim Suzhou (reż. Y. Lou, 2000) – chińskiej opowieści o syrenie z nocnego klubu. Nie ma się jednak co czepiać. Przemyślany, stworzony z troską o detale, choć nie wycyzelowany film, jak na prawdziwy musical przystało, powołuje do życia w pełni wykreowany cudny świat – błyszczący bal w stylu PRL.

Seans Córek dancingu przypomina weekendowe wyjście na umiarkowanie udaną imprezę. Trochę zaszumi nam w głowie, trochę potupiemy nogą do rytmicznego kawałka, trochę się ponudzimy. Zabawa zatrzymuje się gdzieś w pół drogi, bo niby jest odważnie (w końcu kilka razy słyszymy słowo na „c”), ale właściwie to takie zawadiactwo bezcelowe. Tradycyjne role damsko-męskie zostały tylko przemycone pod zwodniczą powłoką karnawałowego szaleństwa. Ale niech tam, lepsza nierówna impreza niż żadna!

Karolina Kostyra