Między świeżością i konwencją

1
Spectre
(2015, reż. Sam Mendes)
USA, Wielka Brytania 2015
reż. Sam Mendes
scen. John Logan, Robert Wade
Neal Purvis, Jez Butterworth
zdj. Hoyte Van Hoytema
wyst. Daniel Craig, Christoph Waltz
Lea Seydoux, Ralph Fiennes

„I’ve been here before…” – pierwsze wersy otwierającego film utworu Sama Smitha (adekwatnie, jednej z bardziej kontrowersyjnych piosenek do jednego z bardziej kontrowersyjnych Bondów) mogłyby być mottem najnowszej przygody 007, jednak w innym sensie niż można by się spodziewać.

Nie chodzi o to, że Spectre nie proponuje nic, czego wcześniej nie widzieliśmy. Bo chociaż druga Mendesowska odsłona wyczynów niezniszczalnego agenta trzyma się formuły i typowych rozwiązań dużo bardziej niż elektryzujące Skyfall (2012), padające tu i ówdzie zarzuty o rutynowość są zdecydowanie przesadzone. Chodzi o to, w jaki sposób film rozwija kierunek nadany zrebootowanej sadze przez Casino Royale (2006). Z jednej strony dopełniając origin story, tłumaczące w jaki sposób Bond stał się tym, kogo poznaliśmy pięćdziesiąt trzy lata temu, z drugiej kontynuując humanizację herosa przez konfrontowanie go z jego osobistą przeszłością. Tak jak w Skyfall, „już tu kiedyś byłem”, nie oznacza prostego deja vu, ale „już tu kiedyś byłem, ale wszystko wyglądało inaczej” ze strony widzów oraz „już tu kiedyś byłem i wcale nie chciałem tu wracać” ze strony 007. Będąca skutkiem tego swoista dialektyka między tym, co znamy na wylot, a tym, co nowe i między Bondem jako bezczasową figurą o niewielu właściwościach, a Bondem jako postacią mającą nieco więcej „krwi i kości” jest w Spectre jeszcze intensywniejsza niż we wcześniejszych pozycjach z „epoki Craiga”. Jej oglądanie jest fascynujące, wbrew różnym niekonsekwencjom i niedoróbkom.

2Spectre (2015, reż. Sam Mendes)

Jest to o tyle ciekawe, że owe niedoróbki i niekonsekwencje dotyczą rzeczy kluczowych dla fabuły i logicznie powinny psuć radość z seansu (nie zdziwię się, jeśli dla części mniej wyrozumiałych odbiorców okażą się dyskwalifikujące). O ile sam pomysł przywrócenia Bondowskiemu światu tytułowej organizacji, będącej nieodłącznym (pomijając Goldfingera, 1964, reż. Guy Hamilton) elementem klasycznych części z lat 60., był znakomity, sposób w jaki powiązano ją, na zasadzie retconu, z wydarzeniami ostatnich trzech filmów i z prywatną przeszłością 007 pozostawia sporo do życzenia. Jeśli zamierza się, było nie było, zmienić charakter wydarzeń z poprzednich filmów, wypadałoby rozegrać to ostrożnie, a nie załatwiać jedną sceną z Q i jego magicznym laptopem. Wątek osobistych koneksji między superagentem a głównym czarnym charakterem (którego tożsamość nie będzie oczywiście dla fanów serii żadnym zaskoczeniem) jest nieznośnie sztampowy już w samym zamyśle, aktorstwo Craiga i Christopha Waltza dawało jednak cień szansy na jego wybronienie. Do tego trzeba by jednak choć trochę ten wątek pogłębić, zasugerować, że śmierć prawnego opiekuna zrobiła na młodym Jamesie jakiekolwiek wrażenie. Trzeba by pociągnąć freudowską motywację szefa Spectre i motyw brakującej w życiu Bonda figury ojca, potencjalnie ciekawie rozwijające i kontrapunktujące macierzyńskie tematy Skyfall (a przy okazji wpisujące się w temat tego numeru „16mm”). Płaskość relacji między 007 a jego nemesis obniża temperaturę finału, której nie jest w stanie podtrzymać sama nienaganna realizacja.

Co mi więc wynagrodziło te niedoskonałości, w czym dostrzegłem wspomnianą dialektykę? Przede wszystkim w dziewczynie Bonda, zagranej z pazurem przez Leę Seydoux, niby typowej, ale proaktywnej i wyrazistej (jak na standardy serii) i dającej Jamesowi trzecią w całej sadze szansę na głębszą relację (oby nie skończyła tak, jak Vesper i Tracy!). W scenie narady Spectre, balansującej między klimatyczną powagą, a pastiszowym przymrużeniem oka, między grozą teorii spiskowych, a ich nieodłączną absurdalnością. W postaci granej przez Monicę Bellucci Signory Sciarry i doskonale nakręconej scenie, w której przygotowuje się na śmierć. Wreszcie w końcowej decyzji 007, zmieniającej nienaruszalne status quo ustanowione w zakończeniu Skyfall, potencjalnie otwierającej drzwi do świeżych fabularnych terytoriów. Udowadniającej, że Bond może jeszcze zaskoczyć, a uczłowieczający kurs szpiegowskiej sagi jest jednym z ciekawszych zjawisk we współczesnym kinie popularnym.

Łukasz Grela