Jak nas słyszą, tak nas piszą. Polska mowa w zagranicznych filmach

1Harvie Krumpet (2003, reż. Adam Elliot)

Bohaterowie krótkometrażowych animacji Adama Elliota nie wydają z siebie artykułowanych dźwięków. Od tej reguły jest jednak wyjątek: z ust Liliany, matki tytułowego Harviego Krumpeta (2003), pada jedno z nielicznych zrozumiałych słów. Polacy oglądający dzieło australijskiego autora nie mogą powstrzymać śmiechu, jest to bowiem swojskie „kurwa”.

To cudowne, lapidarne słowo wyraża jakże wiele uczuć, począwszy od zdenerwowania, rozczarowania, poprzez zdziwienie, fascynację, a na radości i satysfakcji kończąc”, twierdzi anonimowy autor wykładu przypisywanego profesorowi Janowi Miodkowi. Mimo że tekst okazał się żartem znudzonego lingwisty lub filologa, a językoznawczy autorytet odciął się od niego, trudno nie zgodzić się z przynajmniej częścią zawartych w nim tez. W wywiadzie, jakiego profesor Miodek udzielił czasopismu Newsweek, znajduje się zresztą podobna diagnoza pejzażu komunikacyjnego naszego kraju po 1989 roku:

(…) znikają bariery obyczajowe. Jak w mojej młodości człowiekowi wyrwało się w obecności dziewczyny słowo «kurwa», to trzeba ją było pół roku przepraszać. Dzisiaj każdy nauczyciel powie, że dziewczyny są gorsze od chłopców (…). Mój ojciec nigdy w mojej obecności nie zaklął. Natomiast dziś dwudziesto-trzydziestoletni rodzice mówią do swoich pięcioletnich dzieci «wypierdalaj, bo ci przyjebię, kurwa» i nie są to środowiska menelskie. To są wypielęgnowane twarze, piękne stroje”.

Polacy nie gęsi

Przekleństwa funkcjonują także jako element wypowiedzi artystycznej. O ile jednak ,,rzucanie mięsem’’ nie dziwi u zgrywających twardzieli bohaterów produkcji Władysława Pasikowskiego, o tyle w zagranicznych filmach, w których po polsku mówią jedynie postacie drugoplanowe lub epizodyczne, jest zjawiskiem wartym zbadania. Dzieła te, realizowane przez twórców wychowanych w innym kręgu kulturowym niż słowiańskojęzyczny, pokazują, jak postrzegani są przez nich Polacy, a także mogą przyczynić się do utrwalenia negatywnych stereotypów o nich. Na szczególną uwagę zasługują produkcje realizowane po roku 2000, czyli w czasie negocjacji akcesyjnych Polski z Unią Europejską, a także po jej przystąpieniu do wspólnoty w 2004 roku. Polski akcent dało się wówczas słyszeć w filmach o tematyce społecznej – dotyczących handlu żywym towarem w Lilja 4-ever (2002, reż. Lukas Moodysson) i emigracji zarobkowej w Polak potrzebny od zaraz (2007, reż. Ken Loach).

Nie ma to jak język ojczysty

Witek, bohater pierwszego z omawianych dzieł, miał zaopiekować się Lilją, póki jej chłopak nie przybędzie do Szwecji. Mężczyzna odbiera dziewczynę z lotniska, konfiskuje jej paszport i zamyka ją w opuszczonym mieszkaniu. Ze względu na zawężenie horyzontu poinformowania do wiedzy bohaterki, widz dowiaduje się o Witku tylko tego, co zostanie mu przekazane za jej pośrednictwem – nieznane są więc jego wcześniejsze losy, nie wiadomo, czym zajmuje się, kiedy nie wozi Lilji do klientów. Tym samym język, jakim posługuje się stręczyciel, to najbardziej wiarygodne źródło informacji o nim.

Bohater ogranicza rozmowy z Lilją do minimum. Kiedy chce lub musi jej coś zakomunikować, posługuje się łamaną angielszczyzną. Czasem rzuca tylko jedno słowo („passport”, „work”), odgadnięcie sensu wypowiedzi zostawiając dziewczynie (nastolatka nie rozumie, po co mu jej dokumenty, nie domyśla się też jaki charakter ma mieć jej „praca”). W stresującej sytuacji Witek przechodzi na polski. Kiedy Lilja usiłuje wezwać pomoc, mężczyzna krzyczy: „Kurwa, ja ci dam! Chodź no tutaj! Ja ci, kurwa, dam zaraz «help mi»!”, ale groźby mające zniechęcić ofiarę do podejmowania podobnych działań, wypowiada po angielsku. Używanie polskiego pod wpływem emocji świadczy o tym, że jest to język, z którym bohater jest najsilniej związany emocjonalnie. Jest on też najbardziej dla niego naturalny – to nie tylko mowa ojczysta, ale także ta, którą posługiwał się przez większość życia.

Polacy (nie)potrzebni od zaraz

Tytuł, pod jakim wszedł do polskiej dystrybucji drugi z omawianych filmów, wydaje się być ironicznym żartem tłumacza. Polacy wyjeżdżający do Anglii za chlebem bynajmniej nie zostali przedstawieni przez Kena Loacha jako „potrzebni od zaraz”. Brytyjscy przedsiębiorcy nie faworyzują żadnej grupy narodowej czy etnicznej, zatrudniają imigrantów ze wszystkich stron świata, nie troszcząc się o terminowe wypłaty ani godne warunki życia dla pracowników. Obserwują ich zachowanie, bez mrugnięcia okiem zwalniając osoby niespełniające wymagań. Wyspy nie są baśniową krainą na drugim końcu tęczy, jak chciałaby przedstawiać je swoim klientom Angie, lecz miejscem, w którym każdy dba tylko o swój interes.

2Polak potrzebny od zaraz (2007, reż. Ken Loach)

Sekwencja otwierająca pokazuje rekrutację do pracy, jaką zorganizował w Katowicach brytyjski pośrednik. Chętni do wyjazdu ustawiają się w kolejkach. Są wśród nich zarówno specjaliści z wieloletnim stażem, jak i bezrobotni młodzi ludzie. Wszyscy oni, zniechęceni brakiem perspektyw, chcą szukać szczęścia za granicą. Angielska rzeczywistość ma niewiele wspólnego z marzeniami. Kiedy Karol, jeden z młodych mężczyzn, którzy wyjechali, spotyka w Londynie Angie, nie kryje goryczy. Jego frustracje podzielają inni imigranci, którzy w poszukiwaniu pracy przenieśli się do Anglii. Nędzne warunki mieszkaniowe i głodowe pensje, często wypłacane z opóźnieniem, stają się przyczyną wybuchu agresji – Angie, jako osoba odpowiedzialna za sytuację (to ona zatrudnia ludzi), pada ofiarą napaści. Wyzwiska, jakimi obrzuca ją napastnik, nie pozostawiają wątpliwości, skąd przyjechał. Ujęcie poprzedzające tę scenę pokazuje jednak zupełnie inny obraz Polaka: podczas spotkania z bohaterką Karol opowiada jej o tęsknocie za rodzinnymi stronami, nie zgadza się także przyjąć pieniędzy, które kobieta oferuje mu, chcąc podziękować za pomoc. Ken Loach portretuje imigrantów znad Wisły jako zróżnicowaną grupę. Znajdują się w niej zarówno jednostki dobre i szlachetne (Karol), jak i złe i zdeprawowane (bandyta, który pobił Angie). Mimo to, ze względu na zawartą w niej przemoc, scena napaści na bohaterkę mocniej zapada w pamięć.

Zły język

Sam język może stać się powodem kontrowersji. Stało się tak w przypadku Anny Prucnal, która występ w skandalizującym Słodkim filmie (1974, reż. Dušan Makavejev) przypłaciła zakazem powrotu do kraju. Według ówczesnych władz dzieło pochodzącego z Jugosławii reżysera było „produktem wybitnie antysocjalistycznym, antypolskim i antyradzieckim”. Wcielająca się w personifikację Rewolucji aktorka większość kwestii wygłasza po polsku. Fakt ten wzbudził wśród cenzorów większe kontrowersje niż wypowiadane przez nią słowa: autorzy notatek informacyjnych dotyczących Anny Prucnal zwracali uwagę na język, w jakim mówiła, pomijając sens jej słów.

3Słodki film (1974, reż. Dušan Makavejev)

Pochodzące ze Słodkiego filmu wypowiedzi aktorki są kontrowersyjne nie tylko ze względu na zawarte w nich odwołania do komunistycznych autorytetów (przed zabiciem Potemkina cytuje ona Lenina: „Świadków należy usunąć”). Uosobienie Rewolucji jest bowiem „kobietą z jajami”. Objawia się to nie tylko w jej stroju (nosi szynel radzieckiego żołnierza) czy w pełnionej przez nią funkcji (kapitan statku), ale przede wszystkim w języku. Kiedy opowiada swoją historię, nie stroni od wyrażeń mających świadczyć o jej zdecydowanym, „męskim” charakterze: „Niech pan sobie dupę obetrze swoimi przestrogami”, „Powiedziałam do moich żołnierzy: «Naszym celem w tej wojnie nie jest zginąć na polu chwały. Kto zginie i upadnie, jest… jest ostatnim chujem!»”. W wywiadzie udzielonym „Gazecie Wyborczej” aktorka wspomina swój udział w Słodkim filmie właśnie przez pryzmat tych słów, przy okazji potwierdzając diagnozę profesora Miodka o współczesnym pejzażu komunikacyjnym Polski:

To był ciężki film. Szokujący również w języku. Mówiłam w nim, że żołnierze to «straszni chuje», takie rzeczy. Moja siostra w Polsce omal nie zemdlała, jak to zobaczyła (…). Przedwczoraj oglądałam film Warszawa, więc nie wiem, czemu w ogóle się tłumaczę. «Chuj» to już nie jest żadne słowo. To słóweczko”.

Ewelina Leszczyńska