Najniebezpieczniejsza grupa świata

1
Straight Outta Compton
USA 2015
reż. F. Gary Gray
scen. Jonathan Herman, Andrea Berloff
zdj. Matthew Libatique
wyst. Jason Mitchell, Corey Hawkins, O’Shea Jackson Jr.

Kiedy koryfeusze amerykańskiej sceny rapowej w osobach Dr. Dre oraz Ice Cube’a biorą się za produkcję filmu o swoim zespole – N.W.A, a na krześle reżyserskim zasiada F. Gary Gray, od młodości związany z hip-hopowym półświatkiem, każdy fan zachodnich brzmień zaciera ręce.

Film zaczyna się z wysokiego C: Eazy-E wchodzi do mieszkania klienta, sprzedać mu działkę cracku. Odmawia sprzedaży na krechę, co doprowadza do złości gospodarza i jego ludzi. Wymiana ognia wisi w powietrzu i nagle z impetem wpada do środka wydział antynarkotykowy, demolując dom taranem i budząc popłoch wśród mieszkańców. Zaczyna się paniczna ucieczka Eazy’ego, śledzona z trudem przez rozchybotaną kamerę rzucającą się chciwie w wir akcji. Scena ta, rodem z rasowego filmu sensacyjnego, podsyca nasze oczekiwania, ale wielu z nas spotka zawód. Bo Straight Outta Compton to nie jest film sensacyjny. Bohaterami nie są gangsterzy. Andre Young (Dr. Dre) dorabia jako DJ w klubie, O’Shea Jackson (Ice Cube) uczy się w liceum i pisze teksty piosenek, jedynie Eric Wright (Eazy-E) trzyma sztamę z Crispsami. Gangsterskie realia przedstawione są raczej z perspektywy tubylców, którzy co dnia borykają się z tym, czym Compton żyje: kwitnącym handlem crackiem, krwawymi między-klanowymi starciami, a nade wszystko konfliktami z policją, która wzięła getto pod lupę i jest wyjątkowo cięta na czarnoskórych uliczników. Zatrzymanym można zostać z byle powodu, nawet przechodząc obok, jak przydarzyło się to Ice Cubowi. Tłamszeni i szykanowani przez organy ścigania bohaterowie postanawiają wyładować swoją frustrację i gniew w piosenkach. Ziarno ich boleśnie szczerej muzyki pada na czarnoziemy gett, gdzie tysiące im podobnych młodych ludzi w pełni utożsamiają się z przekazem, który znają z autopsji. Ten, jak sami go nazywają, muzyczny odpowiednik reportażu, spotyka się ze sprzeciwem mediów, gromiących zespół za propagowanie agresji. Krnąbrność raperów osiąga apogeum podczas koncertu na Joe Louis Arena w Detroit, kiedy to, łamiąc zasadę, wykonują kawałek Fuck the police, bezczelnie wylewając całą żółć na stróży prawa. Wskutek tego wybuchają zamieszki, a zespół trafia do aresztu. Wystawne domy, orgiastyczne imprezy, sportowe samochody i lowridery – słowem iście teledyskowy przepych – to tylko jedno, widoczne oblicze życia składu. Za tą fasadą kryją się: krętactwo, hedonizm, spory toczone z wydawcą i menadżerem, nienasycona ambicja jednych i opieszałość drugich, przerośnięte ego i waleczność, dobre na deskach estrady, lecz niekoniecznie w życiu prywatnym, wreszcie – zdrada.

Wszystko to uwiecznia kamera: czasem rozedrgana, łapiąca kadr i zoomująca jakby wprost z ramienia dokumentalisty, innym razem bardziej w stylu hollywoodzkim, oprowadzająca nas po miejscu akcji przy pomocy steadicamu, jazdy i kranu. W opowieść wpleciono również strzępki materiałów archiwalnych z mediów, które dodają całości kolorytu. Przez dużą część seansu towarzyszą nam tęgie brzmienia oparte na funkowych samplach rodzącego się gangsta rapu, które świetnie dynamizują opowieść, a u widzów powodują mimowolne podrygiwanie nogą. Taki skrótowy przegląd kamieni milowych w twórczości członków N.W.A jest bodaj największym atutem Straight Outta Compton. Dla entuzjastów gatunku gratką będą niewątpliwie różne smaczki, takie jak, dajmy na to, Dr. Dre komponujący g-funkowe „piszczałki” do Nuthin’ but a „G” thang.

Obraz nie unika pokazywania negatywnych faktów z życia raperów, choćby Ice Cube’a dewastującego kijem baseballowym biuro wydawcy za to, że ten nie kwapił się z wypłacaniem mu należnych tantiem. I chwała twórcom, że ustrzegli się hagiografii, której ryzyko wzrasta, gdy producenci robią film o sobie i swoich bliskich. Nie oznacza to wszakże całkowitej wierności faktom. Trawkę, którą w rzeczywistości raperzy nagminnie przypalali, ograniczono do epizodycznych występów, a konflikt z Eazy-E w dużej mierze przemilczano (co może tłumaczyć fakt, że Straight Outta Compton jest poświęcone jego pamięci). Ma się wrażenie, iż mikrofonowym wyjadaczom tu i ówdzie utemperowano pazury. Poza tym jednak odtwórcy głównych ról spisali się na medal. Nie tylko zachowują się jak prawdziwi członkowie zespołu, ale i wyglądają podobnie, a wcielający się w Ice Cube’a syn rapera, to skóra żywcem ściągnięta ze swojego tatki.

Podczas seansu Straight Outta Compton były momenty, w których uległem iluzji oglądania autentycznych raperów, niemniej jednak niektóre odzywki w dialogach zostały wciśnięte na siłę i wypowiedziane bez przekonania. Na szczęście pojawiają się na tyle sporadycznie, że nie przeszkadzają w odbiorze. Podstawowym problemem produkcji jest jednakowoż kwestia określenia adresata. Mimo że bohaterem jest zespół z podziemia, film na pewno nie należy do niszowych i chce zdobyć szerszą publikę. O ile w USA się to udało, o tyle na polskim rynku może być gorzej. Ktoś, kto nigdy nie interesował się hip-hopem, a na seans wybiera się z ciekawości, raczej się wynudzi, bowiem w opowieści prym wiodą losy ekipy z Compton jako zapis rozkwitającego nowego gatunku w muzyce. Wątki dotyczące rasizmu i te sensacyjnie są jedynie tłem, bodźcem stymulującym poczynania młodych artystów i po prostu jest ich za mało, aby spełniły oczekiwania szerszej, żądnej akcji widowni. Z kolei ortodoksyjni fani N.W.A mogą nie przełknąć ugrzecznienia bohaterów i częstego mijania się z prawdą na temat zespołu. Zdaje się zatem, że najbardziej zadowolone z filmu będą osoby zainteresowane tematem, które stać na dystans i przymrużenie oka wobec pewnych niedociągnięć. Takim właśnie widzom Straight Outta Compton gorąco polecam.

Bartłomiej Stelmach