Spotkania z duchami

body

Body/ Ciało
Polska, 2015, 90′
reż. Małgorzata Szumowska,
scen. Małgorzata Szumowska, Michał Englert,
wyst.: Janusz Gajos, Maja Ostaszewska, Justyna Suwała

W swoim felietonie Łukasz Maciejewski zadaje pytanie: ,,gdzie są debiutanci sprzed dekady?”. Pytanie odnosi do reżyserów, absolwentów łódzkiej szkoły filmowej z 1999 roku, których pierwsze filmy powstały mniej więcej piętnaście lat temu: Borysa Lankosza, Łukasza Barczyka i Małgorzaty Szumowskiej. Z całej trójki jak dotąd najlepiej wiedzie się autorce Sponsoringu.

Z pewnością punktem przełomowym w jej karierze były 33 sceny z życia z 2008 roku – autobiograficzna opowieść o śmierci rodziców, silnie zaznaczającej się w świecie pozostałych bohaterów, która determinuje ich zachowania, bezwstydnie ukazuje słabości oraz lęki, ale także zmusza do samodzielności i skonfrontowania się z cierpieniem bliskich czy traumą związaną z ich odchodzeniem.

Twórczość Szumowskiej od zawsze była bardzo przekorna i odważna. Reżyserka nie boi się sięgać po tematy tabu, świadomie prowokować czy narażać opinii publicznej. Najbardziej interesujące jest dla niej, powracające w Sponsoringu czy W imię…, demaskowanie hipokryzji ludzi stanowiących autorytety lub tych, którym z racji uprawianego zawodu taką rolę narzucono (rodzic, ksiądz, nauczyciel). Szumowska wnikliwie przygląda się ich słabościom, daje prawo do namiętności, stawia w obliczu poczucia bezradności, a w końcu zmusza do zweryfikowania wyznawanych wcześniej przekonań.

Body/Ciało to zdecydowanie najlepszy film Szumowskiej od czasów 33 scen z życia. Sponsoring oraz W imię…, chociaż podejmowały aktualne oraz kontrowersyjne tematy, były pełne nieudolnych scen, które z zamierzenia miały wzruszać i wywoływać emocje, ale w efekcie powodowały obojętnienie widza na losy bohaterów. Zamiast prowokować, konsternowały, czego najlepszym przykładem jest scena przyznania się księdza Adama, głównego bohatera W imię…, do homoseksualizmu. Śmiech wzbudzało także kompletnie nietrafione wykorzystanie utworów muzycznych (procesja Bożego Ciała i piosenka The Funeral zespołu Band of Horses w tle to przykład pretensjonalnego zestawienia dźwięku z obrazem), przez co filmy popadały w banał i zaledwie sprawiały wrażenie głębokich.

To na szczęście zmieniło się w Body/Ciało. Reżyserka przez cały czas umiejętnie zachowuje odpowiedni balans pomiędzy humorem a dramatem w prostej historii, zderzającej świat cynicznego, niewrażliwego i obojętnego na śmierć prokuratora (Janusz Gajos) ze światem Anny (w tej roli Maja Ostaszewska), terapeutki zajmującej się chorymi na anoreksję dziewczynami. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich obrazów, tym razem Szumowska stworzyła film dojrzały (potwierdza to także zmiana brzmienia jej imienia w napisach – wcześniej była to Gośka, Małgośka, teraz to już Małgorzata). Jego tempo oraz charakter pokazuje już pierwsza scena. W prologu wezwany przez policję prokurator udaje się do podwarszawskiego lasu, gdzie pewien mężczyzna popełnił prawdopodobnie samobójstwo, wieszając się na drzewie. Ku zdziwieniu wszystkich martwy człowiek upada na ziemię, ściąga pętlę z szyi i jakby nigdy nic odchodzi w kierunku miasta. Ta scena, stanowiąca swego rodzaju parodię metafizyki Kieślowskiego z Dekalogu, świadczy o wyjątkowości i niecodzienności filmu, w którym ironia miesza się z groteską a szara rzeczywistość z absurdem.

Wiodącym tematem podejmowanym przez Szumowską jest konflikt pomiędzy wiarą i niewiarą. Prokurator bez większego przejęcia spogląda oraz opisuje ze szczegółami zwłoki noworodka porzucone przez matkę w dworcowej toalecie (być może jest to aluzja do głośnego z ostatniego czasu medialnego tematu, jakim było morderstwo małej Madzi przez jej matkę). Przez lata pracy tego rodzaju widoki stały się normalnością, a sam prokurator zobojętniał na śmierć a okrucieństwo ludzi przestaje go już zaskakiwać. Na pytanie swojego młodego asystenta o to, co się dzieje z duszą dziecka po śmierci, odpowiada prosto: ,,pewnie nic”. Postać grana przez Gajosa uznaje za absurd nawet samo podejrzenie, że istnieje życie po śmierci. Równie nieczuły jest na zachowania swojej dorosłej córki Olgi (Justyna Suwała). Po śmierci matki relacja między nimi zupełnie się nie układa. Nie ma w niej żadnego głębszego uczucia, są za to ukryte pretensje i niewysłowione żale. I właśnie wtedy pojawia się Anna, która dzięki nadprzyrodzonym możliwościom i specyficznemu szóstemu zmysłowi, zaczyna rozumieć problemy, jakie mają miejsce między najbliższymi sobie ludźmi. Wątek tej bohaterki jest zresztą najciekawszy w całej historii. Urojenia o umiejętności kontaktowania się z duszami zmarłych budzą skrajne emocje. U jednych osób spotyka się to z uznaniem i wdzięcznością, u innych zaś poczynania kobiety konfrontują się ze zwątpieniem czy szyderstwem. Ciekawe są także sceny ukazujące życie prywatne Anny. Niepokoi fakt, że sama ma poważne problemy, z którymi nie może sobie poradzić: samotność, frustracja seksualna, niespełnienie w roli matki po śmierci dziecka.

Body/Ciało to film o nieumiejętności odnalezienia się w życiu, o konieczności otworzenia się na drugiego człowieka. Szumowska sugeruje, że to właśnie nieumiejętność rozmawiania i wyrażania swoich emocji prowadzi do nieporozumień. Samotne zmaganie ze śmiercią bliskiej osoby jest przeżyciem traumatycznym i niemożliwym do zniesienia. W 33 scenach z życia śmierć młodym bohaterom wydawała się nierealna, niemal absurdalna. Teraz Szumowska odnosi się do problemu ciała oraz (nie)istnienia życia po śmierci ze sporym dystansem, umiarem, a nawet z komizmem. Tam, gdzie jest to możliwe, stosuje ironię. Stara się, jak sama przyznała w wywiadzie, ,,dekonstruować” Kieślowskiego: wyśmiewa metafizykę i powagę szczególnie obecną w Trzech kolorach (na przykład słynne sceny ze staruszką przechodzącą po ulicy – u Szumowskiej starsza pani zostaje oblana wodą, co wywołuje śmiech u Janusza Gajosa), odziera historię z patosu, unika także umoralniania. Stawia za to ważne pytanie odnośnie ceny, którą musimy zapłacić, gdy nie zauważamy problemów drugiego człowieka i pozostajemy wobec nich obojętni. A przecież czasem zwyczajny uśmiech skierowany do bliskiej osoby może sprawić, że surowa rzeczywistość widziana za oknem staje się nagle piękna.

Mateusz Piskozub