Wysadzić w powietrze trąbę powietrzną

Leszczyńska_wpowiększeniu_Wysadzić w powietrze trąbę powietrzną

Czy zastanawialiście się kiedyś, w jaki sposób unicestwić terroryzującego Wasze miasto potwora? Złośliwe monstra nic sobie nie robią z karabinów maszynowych, bazook czy miotaczy ognia. Wystarczy jednak porządna bomba, a przerośnięty pająk lub upiorna hybryda pokroju piraniokondy raz na zawsze zostanie zmieciona z powierzchni ziemi.

Doprowadzenie do wybuchu to nie tylko najbardziej efektywny, ale również niezwykle widowiskowy sposób na unicestwienie kreatury. Doskonale wiedzą o tym producenci niskobudżetowych filmów science fiction. W dziełach wychodzących z wytwórni takich jak Asylum czy New Horizons Pictures eksplozja jest zwykle zwieńczeniem bezpardonowej walki z krwiożerczym, kierującym się atawistycznymi popędami stworem. Zazwyczaj nie wystarczy jednak zwabić mutanta w pole rażenia wybuchu, bo pancerz grubej skóry chroni go nie tylko przed karabinowymi kulami, ale też wszelkimi odłamkami, a nawet ogniem. Z tego powodu protagonista, który mierzy się z monstrum, musi wykazać się niemałym sprytem i straceńczą odwagą.

Ładunki wybuchowe powinno się bowiem przyczepić do potwora lub umieścić je wewnątrz potwora. Uwaga! Druga opcja, mimo że gwarantuje stuprocentową pewność zgładzenia kreatury, często wymaga o wiele większych wyrzeczeń. Czy pozwolilibyście połknąć się gigantycznemu pająkowi, choćby nagrodą była dożywotnia chwała i bezwarunkowa miłość ponętnej blondynki? No właśnie. Na szczęście, penetrowanie układu trawiennego bestii nie zawsze jest konieczne. Równie skuteczną bronią w walce ze znienawidzonym monstrum okazuje się podstęp: ot, wystarczy wrzucić bombę do spragnionej ludzkiego mięsa paszczy, a potem uciekać ile sił w nogach. W taki sposób zostaje unicestwiona przerażająca Piraniokonda (2012, reż. J. Wynorski) – legendarny „rzeczny diabeł”, „najniebezpieczniejszy drapieżnik w historii ludzkości”, który niespodziewanie zaczyna siać spustoszenie w raju na ziemi, jakim wydają się Hawaje.

Do nierównej walki z monstrum stają bohaterowie dosłownie wyjęci z kina akcji – członkowie ekipy, którzy w malowniczym plenerze kręcą niskobudżetowy horror Siepacz głów 3. Wypełniony materiałami wybuchowymi bagażnik służbowego samochodu, a przede wszystkim doświadczenie zdobyte na planie poprzedniej części filmu, pozwalają kaskaderowi Jackowi (Rib Hillis) zmierzyć się z bestią. Wraz z Rose (Terri Ivens), uroczą sekretarką planu, detonuje on w pysku potwora pokaźny ładunek C-4. Ujęcie, w którym łeb mutanta eksploduje, zostaje powtórzone trzykrotnie, za każdym razem z innego punktu widzenia. Zabieg ten nie tylko pozwala widzowi wyobrazić sobie siłę wybuchu i przyjrzeć się tryskającym na wszystkie strony fragmentom czaszki zgładzonego monstrum, ale też dłużej rozkoszować tryumfem bohaterów. Jak na ironię, kiedy wydaje się, że nic nie stoi już na przeszkodzie do realizowania się ich uczucia, Jack i Rose giną… w szczękach drugiej piraniokondy.

Efekty specjalnej troski

Nieco więcej szczęścia ma Paul (Bug Hall), który staje do walki z Plagą podziemnych pająków (2012, reż. G. Furst). Chłopak jest typowym „bohaterem z przymusu”: beztroski i nieodpowiedzialny, wydaje się całkowicie niezdolny do wyrzeczeń czy heroicznych czynów. Kiedy ziejące ogniem (!) pająki opanowują Nowy Orlean, ojciec bohatera podejrzewa, że to właśnie jego syn mógł przyczynić się do niecodziennego kataklizmu. Początkowo Paul czuje się bezradny, nie chce brać na swe barki odpowiedzialności za bezpieczeństwo całego miasta. Stopniowo dojrzewa jednak do decyzji o działaniu, a w finale podejmuje się niezwykle niebezpiecznej (i obrzydliwej) misji: wysadzając w powietrze królową terroryzujących okolicę stworzeń, powoduje zagładę całej kolonii niezwykłych stawonogów.

Wykonanie zadania wymaga od protagonisty niebagatelnych poświęceń. Ubrany w kombinezon do nurkowania, prowokuje gigantyczną pajęczycę. Krzyki i wymachiwanie rękami pod rozpostartą między dwoma wieżowcami siecią szybko przynoszą pożądane rezultaty – bohater zostaje porwany, a następnie połknięty przez potwora. Nie jest to jednak jego koniec, lecz raczej początek końca ohydnej kreatury. Paul przedziera się bowiem przez wnętrzności monstrum w poszukiwaniu „zbiornika z gazem”. Ten niepozorny narząd umożliwia filmowym pająkom miotanie płomieniami… i staje się przyczyną ich zguby. Umieszczenie w nim materiałów wybuchowych zmienia mutanta w bombę o potężnej sile rażenia.

Co ciekawe, mimo że wybuch wyglądał imponująco, nie pozostawił niemal żadnych śladów na pobliskich budynkach (z wyjątkiem lekko osmalonych ścian). Nie wydaje się też, aby odpowiedzialny za detonację bohater ucierpiał, choć według wszelkich znanych ludzkości praw fizyki, nie miał szans na przeżycie eksplozji, zwisając na loncie wystającym z odwłoku pająka. Tego rodzaju absurdy, połączone z kiepskimi efektami specjalnymi, gwarantują niezwykły rodzaj rozrywki każdemu, kto podejdzie do nich z odpowiednim dystansem (i kilkoma piwami). Tym samym wybuchy śmiechu oraz okrzyki grozy i niedowierzania stanowią nieodłączny element odbioru produkcji klasy Z. Bo czy można zachować powagę, kiedy Pająk gigant (2013, reż. M. Mendez) ściga uciekającego służbowym samochodem tępiciela robaków, a walcząca z Podwodną bestią (2011, reż. F. Olen Ray) Miss Plaży wybiera na swój oręż… parasol plażowy?

Owa nieporadność inscenizacyjna nie przeszkadza twórcom omawianych dzieł czerpać pełnymi garściami ze wzorców ustanowionych przez hollywoodzkie superprodukcje. Nikogo nie dziwi więc fakt, że zwieńczeniem wartkiej akcji musi być widowiskowa eksplozja, najlepiej pokazana w slow motion. Bohaterowie, zazwyczaj kobieta i mężczyzna, uciekają nie wcześniej niż na kilka sekund przed wybuchem. Potężna fala uderzeniowa rzuca ich na ziemię, ale już po chwili oboje wstają, aby z mieszaniną grozy i fascynacji przyglądać się strzelającym do góry płomieniom i kłębom dymu. Kiedy pirotechniczny spektakl dobiega końca, protagoniście nie pozostaje nic innego, jak w dowcipny sposób skomentować sytuację, ewentualnie namiętnie wpić się w usta swej dzielnej towarzyszki. Ten schemat, od lat powielany w kasowych blockbusterach, z powodzeniem został zaadaptowany na potrzeby niskobudżetowych filmów science fiction. Mniejsze kwoty, jakie producenci tych ostatnich przeznaczają na efekty specjalne, przekładają się negatywnie na ich jakość.

Wdzięcznego przykładu takiej „oszczędnej” eksplozji dostarczają Rekiny z plaży (2011, reż. M. Atkins). W finałowej sekwencji szeryf John Stone (Eric Scott Woods) i atrakcyjna pani ichtiolog, dr Sandy Powers (Brooke Hogan) stają oko w oko z przerażającą bestią, okazem tajemniczego gatunku żarłaczy-ludojadów, które żyją… w piasku. W scenie tej jest wszystko, czego oczekują fani bardzo złych filmów: solidny wybuch, ucieczka dwojga bohaterów obserwowana w zwolnionym tempie, a przede wszystkim całkowity brak poszanowania dla powszechnie obowiązujących praw fizyki. Raz deszcz wygenerowanych komputerowo szczątków zgładzonego drapieżnika opada na ziemię niczym ulotki rozrzucone przez samolot, a już w następnym ujęciu krew i wnętrzności trafiają parę protagonistów z boku, co wygląda tak, jakby ukryte poza polem widzenia kamery osoby wylewały na nich wiadra rzeźniczych odpadków.

Bombowe pomysły

Wydaje się, że w omawianych produkcjach detonacja potężnego ładunku wybuchowego jest uniwersalnym sposobem na radzenie sobie ze wszelkimi zagrożeniami. Bohaterowie wysadzają w powietrze nie tylko dybiące na ich życie potwory i psychopatycznych morderców (pamiętny „siepacz głów” z Piraniokondy), ale nawet… trąby powietrzne. Oczywiście nie chodzi tu o pierwsze lepsze tornado, lecz krwiożercze Rekinado (2013, reż. A. Ferrante), które z potrójną siłą uderza w Zachodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Grupa śmiałków, którzy stają do walki z niszczycielskim żywiołem, nie ma wątpliwości, że aby go poskromić, wystarczy wrzucić do środka naprędce skonstruowane bomby. Bo co poradzi sobie z deszczem ludojadów lepiej niż porządna dawka materiałów wybuchowych?

Ewelina Leszczyńska