Czy Travolta nam jeszcze zaśpiewa?

Gor¦ůczka sobotniej nocy (1997, re+-. John Badham)Gorączka sobotniej nocy (1977, reż. John Badham)

Retromania na ekranie objawia się co jakiś czas, pod różnymi postaciami. Nie zawsze ma daleki zasięg, jeszcze rzadziej szerokie grono odbiorców. Regularnie powracają eksperymenty ze starą kliszą, stylem neo-noir czy zapożyczeniami z telewizji do kina i odwrotnie. Wciąż jednak na prawdziwy renesans czeka musical, którego sekwencje taneczne powracałyby w setkach wariacji, a piosenki nucone były latami.

Za nami premiera rozśpiewanych Tajemnic Lasu (2015, reż. Rob Marshall), którymi Disney próbuje zmonopolizować obecny rynek musicalu. Zadanie jest raczej proste, bo ten gatunek ani nie umarł, ani nie dogorywa, ani nie lśni pełnią blasku. Jest mniej lub bardziej na uboczu, raz na czas przebijając się do czołówki hitów box-office’u, głównie właśnie za sprawą wspomnianej wytwórni. Tajemnice lasu od czasu premiery w ostatnim tygodniu grudnia nie dobiły jeszcze pułapu 200 milionów dolarów globalnych wpływów, co obecnie uznaje się za wynik niezadowalający. Zwłaszcza, gdy jest to film z gwiazdami pierwszej ligi (Meryl Streep, Johnny Depp, Emily Blunt), zbiera w większości przychylne recenzje pod adresem najważniejszej warstwy, czyli ścieżki dźwiękowej, a za kamerą stoi człowiek odpowiedzialny za jeden z najlepszych musicali w historii.

Giganci na wszystkich płaszczyznach

Chicago (2002, reż. Rob Marshall) w rywalizacji o statuetkę Oscara dla najlepszego filmu roku pokonało m.in. Pianistę (reż. Roman Polański) i Władcę Pierścieni: Dwie Wieże (reż. Peter Jackson). Ale jego droga do sukcesu nie zaczęła się na biurku scenarzysty, lecz – jak zdecydowanej większości późniejszych ekranowych, muzycznych hitów – w teatrze, już w latach 20. ubiegłego stulecia. Jako musical odrodził się w roku 1975, za sprawą m.in. Boba Fosse’a (twórcy Kabaretu i Całego tego zgiełku), a reedycja wystawiana jest nieprzerwanie od 1996 roku i szacuje się ją na blisko siedem tysięcy spektakli. O sukcesie filmu zadecydowała nie tylko doskonała obsada aktorska oraz inscenizacyjny rozmach, ale też wykorzystanie równoległego montażu w scenach tanecznych. Nie jest to bowiem tego typu musical, w którym ktoś „obraca się i zaczyna śpiewać na ulicy”. Niemal wszystkie numery wokalne rozgrywają się w umyśle głównej bohaterki, która marzy, by zostać gwiazdą i rzeczywistość percypuje przez pryzmat sceny i upragnionej kariery.

N¦Ödznicy (2012, re+-. Tom Hooper)Nędznicy (2012, reż. Tom Hooper)

Udaną transpozycją okazali się również kinowi Nędznicy (2012, reż. Tom Hooper), jako musical święcący triumfy od ponad 30 lat, głównie na Broadwayu i w Londynie, gdzie w tym roku mija właśnie trzydziesta rocznica jego nieprzerwanego wystawiania. W kinowym obłaskawieniu literacko-musicalowego pierwowzoru innowacją było nagrywanie śpiewu aktorów na planie, nie w studio. Najmniej skorzystał na tym chyba Russell Crowe, którego wokal doczekał się wielu niewybrednych żartów. Sam aktor pozostał niezrażony i razem z całą ekipą odśpiewał swoją partię utworu One day more na rozdaniu nagród Akademii w 2013 roku.

Dwa opisane filmy to jednak dzieła poważne, nawet mimo swojej klasyfikacji gatunkowej. Pojawiają się w nich morderstwa, przemoc, ubóstwo, przemijanie, wątpliwy kodeks moralny i polityka, czyli zbiór niełatwy do sprzężenia z tańcem i śpiewem. Popularność musicalu na fali wyodrębniania się gatunków, która nastąpiła wraz z przełomem dźwiękowym na początku lat 30., wzięła się z jego widowiskowości i eskapizmu, tak potrzebnych w czasach kryzysu. Infantylizm, niekoniecznie rozumiany pejoratywnie, w równej mierze co inne wartości ukonstytuował wiele „tytułów obowiązkowych”. Status „klasyki” musicalu to często miano nadawane po latach. W momencie premiery uznania krytyków nie zaskarbił sobie Footloose (1984, reż. Herbert Ross), Dirty dancing (1987, Emile Ardolino), ani Flashdance (1983, reż. Adrian Lyne) i w zasadzie wciąż trwają spory, czy godzi się stawiać je obok filmów, które musical tworzyły czy rewolucjonizowały, jak My Fair Lady (1964, reż. George Cukor) i Ulica szaleństw (1933, reż. Lloyd Bacon). Dirty dancing to nic innego jak prosta historia miłosna, zlepiona ze znanych elementów historii Kopciuszka czy Romea i Julii, opatrzona garścią na poły kiczowatych kwestii operująca prostymi portretami postaci. Podobne schematy można przypisać Footloose i Flashdance, a jednak są sceny powielone później wiele razy, które bez nich by nie istniały. Dość wspomnieć zmysłowy taniec przeradzający się w równie sensualną scenę erotyczną, który dystrybutorzy Dirty dancing postanowili okroić, a dziś krąży on w pełnej krasie w internecie.

Playboy kręci biodrami

Ekranowe pląsy, podrygi i przyśpiewki, mogące bardzo łatwo uchodzić za niemęskie, właśnie mężczyznom w większym stopniu niż kobietom nadały status gwiazdy. Kiedy przeminęły czasy charyzmatycznego Freda Astaire’a i bożyszcza kobiet Gene’a Kelly’ego, pojawił się Kevin Bacon, Patrick Swayze i John Travolta. Najsilniej karierę przypieczętował ten ostatni: pierwsze kroki w branży stawiał na Broadway’u, by później wystąpić w ikonicznej dla kultury disco Gorączce sobotniej nocy (1977, reż. John Badham) i będącej z miejsca hitem Grease (1978, reż. Randal Kleiser), do dziś zajmującej pierwszą lokatę w zestawieniu amerykańskiego box-office’u musicali. Wiele lat (i kilogramów) później, potwierdził swoje zdolności występem w Lakierze do włosów (2007, reż. Adam Shankman), gdzie zagrał…mamę głównej bohaterki. Za rolę nominowany był do Złotego Globu. O ile jednak Astaire i Kelly tworzyli musical przez całą karierę, a Travolta zawsze był i będzie z nim kojarzony, o tyle Swayze i Bacon właściwie nigdy już nie powtórzyli ani swojego musicalowego sukcesu, ani występu w musicalu w ogóle.

Footloose (1984, re+-. Herbert Ross)Footloose (1984, reż. Herbert Ross)

Musical przekradł się też do telewizji. Najpierw był High School Musical (produkcji Disney Channel), który wśród młodszej grupy odbiorców był przebojem na taką skalę, że premiera trzeciej części odbyła się już w kinach. On też wylansował swoją pierwszoplanową gwiazdę, Zaca Efrona, występującego później we wspomnianym już Lakierze do włosów, a obecnie, jak wiele innych gwiazd młodzieżowej stacji, toczącego walkę o zerwanie z wizerunkiem grzecznego chłopca z liceum. Za High School podążył Camp Rock na tym samym kanale, a w 2009 telewizja Fox rozpoczęła nadawanie serialu Glee, gdzie gościnny występ pierwszoligowi aktorzy poczytują jako przywilej (wystąpili m.in. Neil Patrick Harris, Gwyneth Paltrow, Helen Mirren). Glee ma wszystkie bazowe elementy gwarancji powodzenia: akcja toczy się w szkole, bohaterowie są różni pod względem fizycznym i psychicznym, wszyscy młodzi i z problemami, które pomaga im oczywiście przezwyciężyć muzyka. Serial nie tworzy jednak własnej ścieżki dźwiękowej, tylko adaptuje najbardziej aktualne czy też kultowe piosenki z różnych gatunków muzycznych, od Beatlesów, przez Rolling Stonesów, na Lady Gadze kończąc. Korzyści z takiego formatu są często dwustronne, bo sprzedaż coverowanych singli i ich oryginalnych wersji w serwisie iTunes co chwilę bije kolejne rekordy.

Glee (2009- )Glee (2009- )

Niech Bond nie śpiewa

Nie można zapomnieć o jeszcze jednym tytule, tym razem mającym korzenie na londyńskim West Endzie – mowa o Mamma Mia! (2008). Reżyserka Phyllida Lloyd nakręciła zarówno wersję filmową, jak i teatralną. O ile w tej drugiej wokal Meryl Streep mierzący się z najbardziej znanymi piosenkami ABBY udowodnił raz jeszcze klasę aktorki, inni nie mieli szczęścia. Pierce Brosnan, Stellan Skarsgard i – choć w mniejszym stopniu – Colin Firth, usłyszeli, że ich śpiew można porównać do: „ryczącego osła”, „zranionego szopa pracza” czy „odgłosów bawoła”. Jedni w Mamma Mia! widzieli płytką, wątpliwą rozrywkę, inni optymistyczny, świadomy kamp. Mark Kermode z BBC stwierdził, że chociaż film mu się zdecydowanie podobał, jest to „doświadczenie będące najbliżej zobaczenia topowych aktorów robiących pijackie karaoke”.

Niestety, jeśli przejrzeć listę szykowanych musicalowych premier, nie wygląda na to, że doczekamy się renesansu. Bardziej prawdopodobne jest zachowanie obecnego stanu rzeczy, opisanego na początku. Hollywood chce ponoć zremakeować The Rocky Horror Picture Show, Hugh Jackmanowi powierzyło rolę P.T. Barnuma (planowany na koniec 2016 The Greatest Showman on Earth), a Faye Dunaway reżyserię biografii Marii Callas, zwanej „primadonną stulecia”. Może w międzyczasie powstanie druga część disneyowskiej Krainy Lodu. Tymczasem po tętniący życiem musical udać trzeba się do teatrów muzycznych, gdzie, kto wie, może właśnie debiutuje jakiś spadkobierca dawnych idoli.

Ada Kotowska