Gdzie diabeł mówi dobranoc?

S1Mały Quinquin (P’tit Quinquin)
Francja 2014, 200’
scen. i reż. Bruno Dumont,
zdj. Guillaume Deffontaines,
wyst. Alane Delhaye, Lucy Caron

Seryjny morderca grasuje na obrzeżach małego miasteczka. Do walki ze złem staje dwóch dzielnych policjantów: porucznik Carpentier i komendant Van der Weyden. Stają do walki i… przez dłuższy czas na staniu poprzestają. Drugi z panów ma wyraźne problemy z podjęciem decyzji czy przedsięwzięciem jakiegokolwiek działania. Obficie za to częstuje swojego towarzysza życiowymi mądrościami. Francuski „true detective” ma również jedną nogę krótszą i wyraźne braki intelektualne.

Dalej sytuacja rozwija się jak w Rejsie Piwowskiego: nuda, nie dzieje się nic. Inżynier Mamoń powiedziałby: dialogi bardzo niedobre. Kwestie wypowiadane przez bohaterów ograniczają się do redundancji, która po pewnym czasie zaczyna być jednak zabawna. Po którymś z kolei grymasie na twarzy komendanta Van der Weydena trudno również powstrzymać się od śmiechu, choć jest on w zasadzie reakcją czysto mechaniczną. A jednak ta czarna komedia, operująca trywialnymi dialogami na poziomie humoru koszarowego, to jedno z najciekawszych osiągnieć Brunona Dumonta, dotąd znanego nam w charakterze luminarza europejskiego kina artystycznego.

Nie da się ukryć, że Mały Quinquin najbardziej intrygujący okaże się dla tych, którzy filmy francuskiego reżysera już znają. Oto bowiem Dumont dowodzi swojej inteligencji, osiągając nową jakość przy użyciu dobrze znanych środków. W jego kryminalnym serialu pozornie wszystko jest jak dawniej – nieprzyjazny pejzaż, długie ujęcia, konsekwentna praca kamery i specyficzne aktorstwo, oparte na „zakazanych” twarzach naturszczyków. W jednej z pierwszych scen oglądamy górę gnoju, kadr właściwie tożsamy z tym, który stanowi finalny, molowy akord Potępienia Béli Tarra. W Małym Quinquinie jest to jednak tylko krotochwilne interludium. Ten kompostowy „detal” pokazuje wszak, że Dumont potrafił sparodiować swój styl, świadom ograniczeń i pułapek slow cinema. Tworząc kryminalną karykaturę neomodernizmu, stracił wiele z dojmującego smutku i patosu egzystencji (oraz zapewne sympatię niektórych policjantów), zyskał jednak argument na rzecz żywotności kina i jego konwencji. Dla widza zaznajomionego chociażby z bohaterami Ludzkości estetyczna wolta Dumonta stanowi zaś ożywcze zaskoczenie: to prawie tak, jakby inspektor Clouzot zupełnie na serio przywdział wór pokutny i pogrążył się w filozoficznych rozterkach na temat alienacji współczesnego człowieka – z tym, że kierunek przemiany jest odwrotny.

Śledzenie talentów parodystycznych Dumonta to nie jedyna perwersyjna przyjemność, jaką oferuje ten miniserial. Cztery odcinki Małego Quinquina to poza wszystkim solidna dawka filmowej grozy. Wciąż jednak jest to strach zatopiony w oparach absurdu i przesiąknięty beznadzieją północnofrancuskiej prowincji – a zatem odmiana kryminału dość specyficzna i związana ze szczególnym poczuciem humoru.

Anatomia strachu to pojęcie, które z powodzeniem możemy zastosować do horroru. Staranne wypruwanie wnętrzności, błyskawiczna dekapitacja, powolne odcinanie dopływu tlenu – tego rodzaju zabiegi na osobach wrażliwych mogą robić wrażenie niepożądanych. Te również rejony eksploruje horror jako gatunek filmowy. Dzieła takie jak Dziecko Rosemary czy Egzorcysta w gruncie rzeczy opowiadają o horrorze przerwania integralności ludzkich członków, zaś widz ma być przerażony wizją utraty kontroli nad ciałem. I słusznie, bo to przecież nic przyjemnego. Równie ekscytująca jest jednak scenografia grozy (czy morderca czeka za drzwiami, jak w Lśnieniu?, czy źródło zła czai się w piwnicy, jak w Psychozie?) oraz geografia, bardziej nawet charakterystyczna dla thrillera. Budowanie aury miejsca oparte jest na wrogości i tajemniczości otoczenia: zagrożenie może być wszędzie – jak w przypadku bagien Luizjany z serialu True Detective czy skrywającego seryjnego mordercę San Francisco z filmu Zodiak. Napięcie wymaga odpowiedniej przestrzeni.

Powyższy wywód na temat natury strachu z powodzeniem może służyć jako laudacja na cześć Dumonta. Doskonale opanował on środki manipulacji strachem, uwzględniając zarówno wyczulenie ludzkiego oka na wszelkie przykrości spotykające ciało człowieka, jak i potencjał grozy, który czai się w przestrzeni. Bo czy może być coś gorszego niż wtłoczenie ludzkich zwłok do układu pokarmowego krowy poprzez jego ujście? A wszystko to dzieje się u Dumonta w scenerii ponurych krzaków, za łąkami w kolorze zgniłej zieleni, na obskurnej prowincji, gdzieś na północy Francji. W obu przypadkach to anus mundi, dosłownie i w przenośni.

Krzysztof Siwoń