Nie tykać oryginału

Na wsch+-d od Edenu (1955, re+-. Elia Kazan)Na wschód od Edenu (1955, reż. Elia Kazan)

Czytając rubrykę newsów ze świata filmu, można czasem odnieść wrażenie, że Hollywood się wypala. Numery w tytułach niektórych franczyz przekraczają już nawet pięć czy sześć, a superbohaterskie produkcje zalewają rynek, rozbudowując wciąż te same wątki. Oprócz tego powoli rodzi się trend ponownego kręcenia klasyków z dawnych lat, co w zamyśle ma je odświeżyć i przybliżyć młodszym pokoleniom. W większości tych przypadków nie sprawdza się jednak sparafrazowane powiedzenie, że „remake czy sequel przebił oryginał”.

Po co ruszać świętości? Po co rozwlekać pierwotnie autonomiczne filmy na dylogie, trylogie? Czy niektóre naprawdę potrzebują uwspółcześnienia? Nawet gdy prowadzić będziemy samotną krucjatę mającą na celu bojkot remake’u np. ulubionego filmu z dzieciństwa, polegającą na nieoglądaniu go, nie uciekniemy od nowej wersji. Nie w czasach internetu.

Dean w fullcapie

Ostatnio na portalach filmowych rozniosła się plotka, szybko potwierdzona przez oficjalne źródła, że powstanie nowa wersja kultowego Na wschód od Edenu (1955, reż. Elia Kazan). W jednej z głównych ról wystąpi Jennifer Lawrence, za kamerą stanie natomiast Gary Ross, odpowiedzialny za sukces pierwszej części Igrzysk Śmierci (2012). Czy takie przedsięwzięcie w ogóle ma szanse powodzenia? Nikt nie będzie umiał spojrzeć na film przez pryzmat inny niż dzieło Kazana, bytującego przecież niezaprzeczalnie w panteonie najlepszych reżyserów w dziejach kina. Do legendy Na wschód… dokłada się ponadto występ Jamesa Deana, którego romantycznego mitu nie udźwignie żaden młody aktor chcący przejąć rolę. Kilka lat temu w planach były też chociażby Narodziny gwiazdy (1937, 1954, 1976, reż. kolejno: William A. Wellman, George Cukor, Frank Pierson), same poddane już kilkukrotnemu odświeżeniu, jednak za każdym razem z pewną nienachalną nutą innowacji (np. wersja z Barbrą Streisand rozgrywająca się w realiach rocka), przez co nie zjadły własnego ogona. Tym razem wielką rolę chciano powierzyć… Beyoncé. Diva próbuje swoich sił na ekranie, ale w większości przypadków wychodzi z tego powielenie występów z własnych teledysków: rozerotyzowanie na siłę, seksowność na pierwszym miejscu, kamienna twarz i zerowy dystans do siebie. Jako jej mentora widziano z kolei Russella Crowe’a. Póki co remake nie może dojść do skutku, chociaż najnowsze doniesienia mówią o Clincie Eastwoodzie na stołku reżysera i dacie premiery wyznaczonej rzekomo na 2016 rok.

Co wolno animacji

A kto nie wychował się na bajkach Disneya? Nie chodzi tu jedynie o pokolenie lat 80. czy 90. (tzw. Złota Era Disneya), bo słynna wytwórnia wypuszczała przyszłe klasyki już w latach 30. – Królewna Śnieżna i siedmiu krasnoludków (1937, reż. David Hand), czy 50. – Kopciuszek (1950, reż. Hamilton Luske). I to właśnie te dwie bajki zostają przekształcone na live action film fabułę z aktorami bazującą na animacji. Oczywiście, gdyby były to jedynie kalki znanej wszystkim opowieści, box office wykazałby rozczarowujące statystyki. Dlatego Śnieżce koniecznie trzeba dać do ręki miecz, odziać w zbroję i namaścić na Wybraną do pokonania Zła. Wątek miłosny obroni się natomiast tylko, gdy przekształci się w podszyty zazdrością trójkąt. Koniec z marginalną rolą Księcia. Kopciuszek (2015, reż. Kenneth Branagh) dopiero oczekuje debiutu kinowego, ale już sam zwiastun został przesycony niepomierną ilością słodyczy, pompatycznych uniesień i ckliwych frazesów. Co przystoi bajce, nie przystoi bajkowemu filmowi fabularnemu, próby naginania konwenansów są tym, co psuje wspomnienia. Jaś i Małgosia z karabinami. Czerwony Kapturek będący przynętą i przeznaczeniem dla wilkołaka. Maleficient skrzywdzona za młodu, cierpiąca i dlatego zła. Czy kino daje nam wskazówki do odgadnięcia, jak zmieniają się potrzeby młodych widzów? CGI w ilości hurtowej zastępuje kontekst, a topowe nazwisko w roli głównej i tak przyciągnie publiczność? Przykrym jest, że próba wskrzeszenia tradycyjnej animacji, jaką miała być Księżniczka i Żaba (2009, reż. Ron Clements, John Musker) poniosła fiasko, które mogło być przyczynkiem do wybuchu boomu na bajki aktorskie, pod względem wielowymiarowości i głębi przekazu plasujących się kilka poziomów niżej. Następny w kolejce do studia jest aktorski… Dumbo. Oby za nim nie czekał… właśnie. Król Lew? Mój brat niedźwiedź? Mała syrenka? Niektórym pozostawmy tylko błogosławieństwo Broadwayu.

Czarownica (2014, re+-. Robert Stromberg)Czarownica (2014, reż. Robert Stromberg)

Jak mogłeś, Hollywoodzie

„To bardzo przygnębiające. Powinienem nie żyć”. Takimi słowami Paul Verhoeven skwitował ponowne nakręcenie swojego RoboCopa (1987, film funkcjonował w Polsce przez krótki czas jako Superglina). Wersja z roku 2014 (reż. Jose Padilha) uwydatniła, jak zmieniły się standardy kina akcji i zminimalizowana została możliwość pokazywania przemocy. Często motorem napędowym takich remake’ów jest prężnie rozwijająca się branża efektów specjalnych, które dezaktualizują się równie szybko, co codzienne wydanie pogody, a po latach mogą dla kolejnych pokoleń odbiorców zakrawać na autoparodię.

Gene Wilder, którego Willy Wonka święci obecnie triumfy jako mem internetowy, stwierdził, że Charlie i fabryka czekolady (2005) Tima Burtona to zwyczajna obraza. Dodał też, że wszystko musi się kręcić wokół pieniędzy (Charlie zarobił na świecie prawie 500 milionów dolarów), bo nie widzi innej przyczyny, dlaczego miano by ten film przerabiać. Trudno nie przyznać mu racji odnośnie trywialnych powodów. Podobno remake Omenu (2006) zrobiono po to, by móc wpuścić go do kin 6 czerwca 2006 roku – to poczucie humoru reżyser pierwotnej wersji, Richard Donner, podsumował krótko: „Horror-ble”. W 2009 roku na ekrany zawitał Fame, przeniesiony w realia współczesnego Nowego Jorku i tak mdło-popowy, że mógłby z powodzeniem zostać opatrzony logiem Disney Channel. Tu głos zabrał sam Roger Ebert – „Po co robić nową Sławę, gdy nie ma się pojęcia, na czym polegał urok starej”. Alan Parker, który pierwowzór zrobił prawie 30 lat wcześniej, przyznał, że czuje się okradziony i „taka właśnie jest Fabryka Snów ze swoimi manierami i poszanowaniem praw autorskich”.

Willy Wonka w wykonaniu Gene'a Wildera (1971) i Johnny'ego Deppa (2005)Willy Wonka w wykonaniu Gene’a Wildera (1971) i Johnny’ego Deppa (2005)

Nowi ojcowie

Kiedy już sequele zrobią to, czego można się obawiać przy ogłoszeniu ich produkcji – zniweczą ogląd części pierwszej – recepta jest jedna, a Hollywood wpadło na nią całkiem niedawno. Trzeba odczekać dłuższą chwilę, jakieś kilka, może kilkanaście lat, i nakręcić część kolejną, tytułem odnoszącą się do poprzednich, ale niepowielającą starych wątków, restartującą serię w znanym uniwersum. Na premierę oczekuje Jurrasic World (2015, reż. Colin Trevorrow). Steven Spielberg po drugiej części porzucił swoje ojcowskie obowiązki względem sagi, a dociągnięcie całości do trylogii okazało się na tyle rozczarowujące, że pomimo dobrych wyników finansowych (związanych z popularnością franczyzy, nie jakością filmu), dalej nie próbowano. Najnowsza fabuła rozgrywać się będzie 22 lata po części pierwszej i znów opowie o wymknięciu się dinozaurów spod kontroli. Czy będzie to faktycznie nowy, dobry start, kontynuujący tradycje filmu z początku lat 90. czy też przeładowana, efekciarska przygodówka jakich wiele? Tutaj pretekstem do reaktywacji serii nie mogła być nawet przedawniona warstwa wizualna – ogromne gady sprzed ponad dwóch dekad wciąż zaskakują precyzją wykonania i brakiem sztuczności.

Niektórym filmowcom chciałoby się natomiast zaśpiewać polski rockowy klasyk: trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. Chociaż przy hurtowej niemal produkcji niektórych sag łatwo ten moment przeoczyć. Opóźniający się wciąż start zdjęć piątych Piratów z Karaibów (obecnie przewidywanych na rok 2017) podpowiada, że brak w Walt Disney Pictures pomysłu na niepopadanie w karykaturalną farsę. Już Skrzynia Umarlaka (2007, reż. Gore Verbinsky) usłyszała zarzut rozmieniania się na drobne, braku logiki i naciągarstwa, a Na nieznanych wodach (2011, reż. Rob Marshall) wyzuło piracką opowieść ze wszystkiego, czym szczyciła się część pierwsza i druga – błyskotliwego humoru w słusznych ilościach, rozrywki przez duże R, świetnego aktorstwa na wszystkich planach. Nie ma przeszkód, żeby zastanawiać się, ile w tym winy nowej osoby na stołku reżysera. Po Dead man tells no tales (podtytuł ‚piątki’) spodziewajmy się jak zwykle świetnego Jacka Sparrowa, będącego już autonomiczną marką, ale też zapewne nowej porcji bzdur z rodzącego się, jak można wnioskować, w bólach scenariusza.

Jurrasic World (2015, re+-. Colin Trevorrow)Jurrasic World (2015, reż. Colin Trevorrow)

Kiedyś się sprawdziło, czemu nie dziś?

Na palcach nie można już zliczyć, ile dawno zamkniętych serii czy pojedynczych tytułów otwarło się, otwiera, lub otwieranych niedługo będzie na nowo: Zoolander (2001), American Pie (1999), Głupi i głupszy (1994), TRON (1982), Sin City (2005), Indiana Jones (2008), Toy Story(1995), Gdzie jest Nemo (2003), Dzień Niepodległości (1996), Łowca Androidów (1982). Plany kolejnych części pojawiały się od razu po premierach, ale dlaczego latami nie dochodziły do skutku, ciężko powiedzieć. Zamiast długo zaangażowanej w projekt Angeliny Jolie, w roli tytułowej w Sin City 2: Damulka warta grzechu (2014, reż. Frank Miller, Robert Rodriguez) pojawiła się Eva Green, Jeffa Bridgesa w Tron: Dziedzictwo (2010, reż. Joseph Kosinski) trzeba było komputerowo odmładzać, z bohaterów American Pie zrobiono absolwentów, nie mogąc (chociaż to za oceanem powszechne) kazać grać licealistów aktorom po 30-stce.
Są też sequele, które w świadomości większości na szczęście nie istnieją. Kto słyszał o Niebezpiecznym człowieku: Lawrencie po Arabii (1992, reż. Christopher Menaul), ostatecznie wprowadzonego tylko do dystrybucji telewizyjnej? O Staying Alive (1983), następcy Gorączki sobotniej nocy? Za kamerą sequela stanął…Sylvester Stallone, kręcąc preludium do swoich późniejszych dokonań. Na rok przed Człowiekiem z blizną w Grease 2 (1982) wybić próbowała się natomiast Michelle Pfeiffer, a Karate Kid 4 (1994) dał początek aktorskiej drodze Hilary Swank. Trzeci Sam w domu (1997) nie miał już Maculay’a Culkina, ale błysnęła tam młodziutka Scarlett Johansson. Te role służą teraz jako punkt wyjścia dla wielu dziennikarskich cyklów o początkach kariery późniejszych topowych gwiazd ekranu.

Staying Alive (1983, re+-. Sylvester Stallone)Staying Alive (1983, reż. Sylvester Stallone)

Nie chodzi w tym całym dochodzeniu o to, by zakazać franczyz, sequeli, remake’ów i wszelkich innych ekranowych hybryd. Są przykłady powyższych udowadniające, że da się w stare, nawet klasyczne dzieła, tchnąć nowe życie i nie zostać skazanym na filmową banicję (choćby Prawdziwe męstwo, 2010, reż. bracia Coen). Postulować należy jednak szacunek dla schematów, konwencji czy przekazu pierwowzoru, bo bez tego predestynuje się stworzenie kolejnej produkcji umieszczanej w rankingach filmów, które powstać nie powinny były. A tych mamy już wystarczająco.

Ada Kotowska