„Nie chcę być człowiekiem!”* – chcę więcej

naglowek.Nie chc¦Ö by¦ç cz+éowiekiemInterstellar (2014, reż. Christopher Nolan)

Centralna postać Interstellar – astronauta Cooper zdegradowany do roli farmera – w pierwszej części filmu ubolewa nad faktem, że ludzie przestali spoglądać w gwiazdy, skupiając się jedynie na tym, co ziemskie i „prozaiczne”. Choć sytuacja fabularna w pełni uzasadnia tak przyziemne stanowisko, jak troska o zapewnienie wyżywienia całej populacji, to jednak potrzeba sięgania poza ziemski horyzont jawi się jako archetypiczna cecha ludzka, niezbywalna idea, a w końcu (w dalszej części filmu) bohaterski, nadczłowieczy czyn.

Scena ta wybrzmiewa także autoteliczną tęsknotą za kinem science fiction, które wyrusza daleko w nieprzenikniony kosmos, próbując zgłębić to, co niepoznawalne. Tymczasem gatunek, zdaje się, dosłownie ugrzązł w ziemi, a zatem: jeśli lecimy na księżyc, to tylko po to, żeby kontemplować etyczny wymiar klonowania; kiedy nawiedzają nas obcy (czy raczej ludzie w obcej skórze), snujemy kolejną opowieść o kolonializmie, apartheidzie i inności… Gdy nareszcie opuścimy matczyną planetę, próba kreacji nowych światów kończy się klęską ludzkiej wyobraźni: zastępami humanoidalnych niebieskich istot, animalnych stworów, a rośliny… Rośliny są te same.

Zdj.1.Nie chc¦Ö by¦ç cz+éowiekiemAvatar (2009, reż. James Cameron)

Interstellar

Więcej „kosmicznych” emocji od większości filmów science fiction ostatnich lat budzą najrozmaitsze „zagadki wszechświata” prezentowane w popularnonaukowych cyklach, a przecież dzieła fantastycznonaukowe zdolne są ekscytować widzów poczuciem egzystowania w miejscu, którego zupełnie nie znamy – w monstrualnym, niezmierzonym kosmosie. Mogą rzucać niemożliwe wyzwania naszej wyobraźni, podejmować próbę poznania niepoznawalnego, zazwyczaj kończącą się astronomicznym fiaskiem, ale cały proces do tej klęski prowadzący, to już triumf. Triumf docierania do granic naszej percepcji, z powodzeniem osiągany na łamach literatury fantastycznonaukowej, a mający tak znikomą reprezentację w kinie.

Z takimi wyzwaniami mierzy się Christopher Nolan w swoim najnowszym utworze Interstellar, i za takie ambicje film mianowany został „stekiem kosmicznych bzdur”. Problem polega na tym, że większość zarzutów trudno odeprzeć, bowiem jego wady są oczywiste – niektóre karkołomne, inne po prostu śmieszne. Kiepska konstrukcja narracji i nieodpowiednie rozłożenie akcentów sprawiają, że większość kumulowanego przez widza napięcia eksploduje w orgiastycznej sekwencji próby „trafienia kluczem do dziurki” (problem budzący nie mniej emocji w życiu codziennym…), po której odbiorca jest już tak wyczerpany, że dość trudno dotrwać na pożądanym – wysokim – poziomie emocjonalnym do momentu rzeczywistej kulminacji. Z kolei triumf aktorstwa Matthew McConaugheya następuje, gdy ten nareszcie zakłada kask, który nieco przysłania mimikę rodem z niemieckiego ekspresjonizmu i niezbywalny urok rednecka.

Zdj.2..Nie chc¦Ö by¦ç cz+éowiekiemInterstellar (2014, reż. Christopher Nolan)

Z kolei kosmiczny wywód miłosny – najsowiciej obśmiany element fabularny Interstellar – to koncept, który być może miałby szansę się sprawdzić, ale zwerbalizowany nie tymi słowy, nie w wykonaniu Anne Hathaway, a z pewnością nie w sytuacji fabularnej, w której kompetentni naukowcy podejmują decyzje ważące losy ludzkości. Nie sposób dziwić się zarzutom, że Interstellar przepełniają fatalne dialogi, kiedy co chwilę torturowani jesteśmy rozmaitymi tajemniczymi kwestiami rodzaju: „Od teraz żyjemy po to, by być wspomnieniem dla naszych dzieci”.

Poznawać niepoznawalne

Ale czy naprawdę w nowym dziele Nolana zauważamy tylko tyle? Rozsądek nakazuje się zgodzić, że Interstellar nie jest w pełni udany, ale czy nie jest jednocześnie godny uznania? Gdy tak rzadko doświadczamy w kinie tych najdotkliwszych ludzkich uczuć: traumatycznego zderzenia z niepoznawalnym, bólu ograniczeń własnego umysłu, niemożności zrozumienia i poznania „obcego” – Interstellar z całą mocą sprawia, że czujemy się ze wszech miar ograniczeni własnym człowieczeństwem. Wprawdzie w finale filmu (którego chyba nikt nie życzyłby sobie widzieć w takiej formie) człowiek triumfuje, ale w tym właśnie momencie najmniej wierzymy Nolanowi, tym samym złudny happy end stanowi marną pociechę. Natomiast teorie naukowe, stanowiące fabularną bazę dzieła, zdecydowanie przekraczają rozeznanie większości z nas, a mimo to stają się pożywką dyskredytowania utworu Nolana z powodu rzekomych „nieścisłości naukowych”. Czy nie lepiej zmierzyć się z ładunkiem emocjonalnym, który niesie ze sobą ten projekt myślowy i niezwykle ambitna próba przełożenia go na język wizualny? Przecież w tych właśnie momentach Interstellar triumfuje – wszyscy wiemy o teorii względności czasu, choć na ogół nie miewamy potrzeby przeniknięcia jej naukowych podstaw, to zachęcająca wydaje się być próba wyobrażenia sobie jej konsekwencji: jakby to było odczuć na własnej skórze, że „czasu nie ma”?

Znakomicie udało się Nolanowi zbudować ładunek emocjonalny tego segmentu filmu, kiedy każda minuta waży stracone lata (w tym przypadku bohatera, który pragnie powrócić na Ziemię), a jeden błąd popełniony w ułamku sekundy, opłacony zostaje dekadą. Wstrząsające jest podważenie poczucia realności świata w takiej formie, w jakiej go opisujemy i zdruzgotanie przekonania o namacalności czasu i przestrzeni, którego doświadczamy na co dzień. W tym momencie Interstellar przygniata nas iluzorycznością konstruktu myślowego, którego na ogół nie podważamy w obawie o ciężki ból głowy.

Przekroczyć siebie

Podczas seansu Interstellar przytłaczające jest również rozczarowanie samym sobą – człowiekiem. Przeświadczenie, że szalone i nadludzkie wybryki Coopera są daleko poza naszym zasięgiem. Jeden z bohaterów serialu Battlestar Galactica – super-maszyna w ludzkiej skórze – ubolewa nad ograniczeniami androidalnego ciała, które nie pozwoliło mu doświadczyć najpiękniejszego życiotwórczego zjawiska we wszechświecie – wybuchu supernowej, mówi: „Chciałem to zobaczyć. Być częścią tej chwili. I wiesz jak musiałem odbierać jeden z najwspanialszych momentów wszechświata? Tymi galaretowatymi kulkami w mojej czaszce. Oczyma, które mogą rejestrować jedynie wąskie pasmo spektrum. Uszami, mogącymi odbierać jedynie wibracje powietrza (…) Nie chcę być człowiekiem! Chcę widzieć promieniowanie gamma. Chcę słyszeć promienie X. I chcę… Chcę poczuć ciemną materię. Widzisz absurdalność tego czym jestem? Nie mogę nawet tego dokładnie wyrazić, gdyż muszę te złożone idee przedstawiać tak ubogim językiem. Jednak wiem, że chcę sięgnąć czymś innym, niż tymi chwytnymi łapami.”*

Zdj.3..Nie chc¦Ö by¦ç cz+éowiekiemInterstellar (2014, reż. Christopher Nolan)

To dotkliwe uczucie towarzyszy widzowi, kiedy to jedynie robot TARS, nieobarczony słabościami naszej fizjologii, może wlecieć do czarnej dziury i zebrać potrzebne informacje. Niemal namacalny ból, że jesteśmy tylko ludźmi, tak mało możemy – choć mamy wszystko na wyciągnięcie ręki. I wtedy Nolan przełamuje ludzki dramat wiecznej niemożności i pozwala Cooperowi przekroczyć swoje człowieczeństwo, dotknąć tego nadludzkiego, boskiego w swej złożoności kosmosu. Co więcej – reżyser podejmuje wyzwanie wizualnej reprezentacji tych niedostępnych nam zjawisk i oto nasze „galaretowate kulki” ujrzeć mogą wyobrażenie wnętrza czarnej dziury (a wcześniej tunelu czasoprzestrzennego) i sześciu wymiarów. Czy jest to wyobrażenie przekonujące? Choćby zachwycające? Nie wiem, ale ładunek emocjonalny rzeczonej sekwencji był porażający. Każda próba opisania słowami tego, co dzieje się z Cooperem po wpadnięciu do czarnej dziury, kończy się niestety mniej lub bardziej zgryźliwym ośmieszeniem filmu. Frazy „utknięcie za półką”, „zrzucanie książek”, „drganie wskazówką zegarka w celu przekazania tajemnicy grawitacji” są niegodne uczuciowej siły rażenia kulminacji Interstellar. O ile, tak często przywoływane w kontekście owego filmu, zawieszenie wiary działa znakomicie podczas seansu kinowego w ferworze emocji i wzruszeń, o tyle na papierze rozpływa się w prozaicznym zapytaniu: „co ja właściwie obejrzałam?” i gorącej niechęci wyrażenia tego słowami.

Interstellar wprawia w drganie tę cząstkę człowieczej duszy, która pragnie zobaczyć i zrozumieć więcej, niż może. Zaostrza głód poznania i pozostawia z bólem niespełnienia, ponieważ podkreśla, że te wszystkie niesamowitości wszechświata dzieją się wokół nas, a jednak są nam zupełnie niedostępne. Mimo wielu wad (z irytującym finałem na czele, bo prawdopodobnie wszyscy wolelibyśmy żeby Cooper pozostał w teserakcie, kosmosie, gdziekolwiek indziej…), dzieło Nolana wznieca jedną z najpiękniejszych emocji związanych z przekraczaniem ludzkich ograniczeń – chęć poznania, poczucia, dotknięcia i zrozumienia mitycznego „czegoś więcej”. Sięgnięcia dalej niż pozwalają nam na to nasze „chwytne łapy”, pragnienia zdystansowania tej przeklętej małpy w nas i pozostawienia jej daleko w tyle. Czy zatem na pewno Interstellar ma nam tak mało do zaoferowania, jak o nim mówimy?

Natalia Wcisło


* Cytat pochodzi z serialu Battlestar Galactica, 2004-2009, USA.