Wywinąć orła w kałuży krwi, czyli krótka historia splatsticku. Część 1

Toksyczny m+Ťciciel (1984, re+-.  Michael Herz, Lloyd Kaufman)Toksyczny mściciel (1984, reż. Michael Herz, Lloyd Kaufman)

Kino gore jakie jest, każdy widzi. A przynajmniej każdy kto ma odwagę zmierzyć się z głównymi atrakcjami proponowanymi przez tę odmiana horroru: litrami krwi, tonami wnętrzności, cielesnymi metamorfozami przyprawiającymi o odruch wymiotny. Chore, niemoralne, po prostu, by posłużyć się tytułem książki Piotra Sawickiego (pierwszej polskiej pozycji w całości poświęconej temu zjawisku): Odrażające, brudne, złe. Czasem do tego ciągu przymiotników dochodzą jednak takie, których wielu widzów raczej by się nie spodziewało: śmieszne, rozbrajające, zaskakująco zabawne.

Komediowe gore, popularnie określane terminem „splatstick” – żart słowny łączący splatter i slapstick – ukutym przez Petera Jacksona na określenie własnej wczesnej twórczości, nie jest dla wielbicieli horroru i czarnego humoru niczym nowym. Nie tylko funkcjonuje już od ponad trzydziestu lat, ale wiele z najważniejszych filmów gore, jakie powstały (a także najważniejszych komedio-horrorów) utrzymane jest właśnie w tej konwencji. Sama idea łączenia na ekranie śmiechu ze skrajną makabrą, czy wręcz wydobywania śmieszności z obrzydliwości nie jest tak paradoksalna, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Wystarczy wziąć pod uwagę podstawowe mechanizmy psychologiczne z jednej strony, a samą naturę „kina posoki” z drugiej. Wiadomo, że wisielczy humor jest jednym z głównych sposobów radzenia sobie ze stresem i odreagowywania traumy i szoku. Przeniesiony na ekran przez splatstickowych twórców, może zaskakiwać jedynie ze względu na swoją radykalność, ekstremalność oraz na nasze utrwalone przyzwyczajenia.

Śmieszność ekscesu

Kino mainstreamowe, zwłaszcza to amerykańskie, pieczołowicie dba o zachowanie swoistego decorum w warstwie wizualnej. Na poziomie dialogów bohaterowie mogą ironicznie podsumowywać śmierć przeciwnika czy rzucać „one-linerami”, uciekając przed potworem, ale to, co widzimy wówczas na ekranie, nie może być zbyt brutalne ani przerażające, żebyśmy nie odczuli zgrzytu zachodzących na siebie porządków. Gore rządzi się innymi prawami. Będąc par excellence kinem ekscesu, zawsze balansuje na cienkiej granicy między tym co wstrząsa i budzi odrazę, a tym, co jest już tak ekstremalne, dosłowne, dziwaczne czy bezwstydne w upajaniu się własną transgresywnością, że traktowanie tego poważnie staje się niemożliwe. Przesunięcie tego ekscesu w stronę zamierzonego humoru jest na tyle logiczne i stwarza tak wiele możliwości, że po prostu musiało zostać odkryte przez filmowców.

Krwawo-śmieszna konwencja jest tak istotną częścią historii współczesnego horroru i cieszy się dziś, głównie za sprawą internetowych serial typu Happy Tree Friends czy reklama społeczna Dumb Ways to Die, taką popularnością, że każdy zainteresowany popkulturą, a zwłaszcza jej peryferiami powinien coś na ten temat wiedzieć. Niniejszy tekst ma pełnić właśnie funkcję takiego krótkiego wprowadzenia. Z naciskiem na słowo „krótkiego”, sama Trylogia Obrzydliwości Petera Jacksona czy splatstick w wydaniu japońskim są zagadnieniami tak szerokimi, że zasługują nie na dłuższe artykuły, ale na całe książki. Nasza podroż po krainie komicznej ohydy będzie więc ekspresowa, stanowiąc przede wszystkim zaproszenie widzów o mocnych żołądkach i szczególnym poczuciu humoru do własnych poszukiwań. Będzie za to okraszona, w miarę możliwości, przykładami audiowizualnymi.

Pionierzy albo uwaga na fortepiany

Prapoczątki splatsticku sięgają lat 70, a więc zaledwie dziesięć lat po narodzinach samego gore. Najkrwawsza odmiana horroru, zainicjowana w Japonii przez Jigoku Nobuo Nakagawy z 1960 roku, a na Zachodzie przez późniejsze o trzy lata Blood Feast Herschella Gordona Lewisa, już od zarania miała w sobie potencjał komiczny. O ile film Nakagawy dziś broni się dzięki talentowi reżysera (nie bez powodu uznawanego za mistrza powojennego japońskiego horroru), a w swoim czasie wywierał na widzach zapewne spore wrażenie, produkcja Lewisa, króla niskobudżetowej tandety, bawiła swoją nieporadnością już w dniu premiery. Kolejne „dzieła” tego „ojca chrzestnego gore” nie zostawiają wątpliwości, że makabryczne efekty specjalne były jedynym elementem produkcji do którego przywiązywał wagę, nie bardzo się przejmując czy nielogiczny scenariusz albo amatorskie aktorstwo nie zmniejszą czasem ich siły oddziaływania. Walory humorystyczne były jednak w przypadku Lewisa niezamierzone, a na pierwsze w pełni świadome i celowe wykorzystanie fontann krwi oraz urwanych kończyn w celach humorystycznych trzeba było poczekać do roku 1972.

Wyemitowany wtedy w brytyjskiej telewizji skecz grupy Monty Pythona (kogóż by innego!) Sam Peckinpah’s Salad Days w równym stopniu rozśmieszył i zaszokował widzów, kompletnie nieprzygotowanych na taki rodzaj absurdu. Parodia twórczości Peckinpaha, wyolbrzymiająca jej brutalność poza granice powagi została nieco zepchnięta w cień przez inne perły Pythonów, jak Inkwizycja czy Dziwne kroki, ale chyba nikt kto zobaczył na małym ekranie ręce komicznie odcięte przez klapę fortepianu szybko tego nie zapomniał. Grupa miała potem powracać czasem do drastycznych i obrzydliwych chwytów, przede wszystkim w skeczach z dawcą wątroby i grubasem w restauracji z niezapomnianego Sensu życia według Monty Pythona z 1983 roku.

Drugim najwcześniejszym przykładem jest jeden z absolutnie najdziwniejszych filmów w historii kina japońskiego i kina w ogóle. Mowa o cudownie obłąkanym Hausu Nobuhiko Obayashiego z 1977 roku. Surrealistyczna wariacja na temat nawiedzonego domu, łącząca kiczowatą komedię dla młodzieży, krwawy horror, baśń i narkotyczny sen to coś co trzeba zobaczyć żeby uwierzyć. Nie traktująca siebie poważnie ani przez chwilę, zrealizowana z ogromną brawurą i wizualną inwencją produkcja interesuje nas ze względu na takie sceny jak odcięta głowa koleżanki gryząca jedną z bohaterek w tyłek czy inna dziewczyna żywcem zjadana przez fortepian (znowu widzimy jaki to groźny instrument). Co ciekawe, motyw morza krwi zalewającego pomieszczenie pojawił się tu na trzy lata przed Kubrickowskim Lśnieniem!

H.P. Lovecraft i kulinaria

Prawdziwy początek, a zarazem boom splatsticku nastąpił w latach 80. Formuła ta była wtedy tak popularna, że dla wielu stała się wręcz tożsama z amerykańskim horrorem tamtej dekady. Pionierami były produkcje legendarnej trashowej wytwórni Troma, Toksyczny mściciel z 1984 roku i dwa lata późniejsza Napromieniowana klasa. Skrajnie niskobudżetowe filmy Tromy, wydobywające humor na przemian ze skrajnej przemocy i własnych realizacyjnych niedociągnięć przez większość horrorowej publiki zostały uznane za zbyt tandetne. Z dużo większym szacunkiem spotkała się twórczość rozpoczynającego w tym samym czasie reżyserską przygodę Stuarta Gordona. Re-Animator z 1985 roku i Z zaświatów z 1986 po dziś dzień uznawane są za jedne z najlepszych adaptacji utworów H.P. Lovecrafta, a zarazem najlepszych komediowych horrorów jakie powstały. Niektórzy fani pisarza mogą pomstować na farsowe potraktowanie ponurych pierwowzorów, ale rozluźnienie atmosfery połączone z dodaniem odrobiny pikanterii (i oczyszczeniem z rasistowskich obsesji Lovecrafta) tak naprawdę wcale nie pozbawiło ich niesamowitości. Udowodniło za to, że ucięte głowy czy zjadanie mózgów może być bardzo śmieszne. Gordon perfekcyjnie wyważył tu proporcje między strachem i absurdem, oba filmy nie były by jednak tym, czym są gdyby nie vis comica grającego główne role Jeffreya Combsa.

Skoro już jesteśmy przy głowach i mózgach, to rok 1985 przyniósł też jedną z najważniejszych pozycji o zombie, odpowiedzialną za motyw upodobania truposzy do zawartości ludzkich czaszek. Tak. Wątek ten, wbrew popularnemu przekonaniu nie został wymyślony przez George’a Romero, ba, w jego zombie trylogii (Noc/Świt/Dzień żywych trupów z lat 1968, 1978, 1985) w ogóle się nie pojawia. Wpadł na to dopiero Dan O’Bannon, scenarzysta między innymi Obcego i od razu wykorzystał komediowy potencjał tego pomysłu. Powrót żywych trupów, jedna z jego niewielu wycieczek na pole reżyserii, to rewelacyjna makabreska z anty-rządowymi podtekstami. Opowieść o pracownikach zakładu pogrzebowego, którzy muszą zmierzyć się ze skutkami działania tajnego gazu bojowego nie tylko ukazywała pierwsze i unikatowe inteligentne zombie, ale stanowiła też ciekawy przykład intertekstualności. Zgodnie z opowiadaną historią, dzieła Romero zostały zainspirowane pogłoskami o eksperymentach z gazem reanimującym zmarłych, tym samym, który wpędzał w tarapaty bohaterów. Mało tego, fabuła którą oglądaliśmy przedstawiona była jako oparta na prawdziwych, zatuszowanych wydarzeniach.

Raimi, Jackson i niesmaczna radość tworzenia

Lata 87-89 przyniosły taki wysyp komedii gore, że trudno wyliczyć je wszystkie, kilka okazało się jednak kluczowych dla gatunku i pomogło ustalić jego klasyczną postać. Dwie najważniejsze to zdecydowanie Martwe zło II Sama Raimiego i Zły smak Petera Jacksona, oba z 1987 roku. W pozycjach tych czysty slapstick rodem z kina niemego odgrywał tak istotną rolę, że gdyby Jackson sam nie wpadł na neologizm nazywający cały nurt, ktoś musiałby zrobić to za niego. Filmy dzieliło doświadczenie reżyserów – dla Jacksona był to pełnometrażowy debiut, dla Raimiego trzeci film z kolei – oraz realia produkcji. Martwe zło II finansowała wytwórnia Dino De Laurentiisa, Zły smak był produkcją pół-amatorską, kręconą w weekendy przez Jacksona i jego przyjaciół. Łączyła je niesamowita pomysłowość pozwalająca do maksimum wykorzystać nieduże budżety, dystans filmowców oraz aktorów do samych siebie, a przede wszystkim bijąca po oczach radocha twórców, która, co przecież rzadkie, w pełni udzielała się widzowi. I jedna i druga pozycja wyznaczyła kierunki w jakich jeszcze przez jakiś czas mieli podążać reżyserzy – Raimi w Armii Ciemnośc z 1992 roku, zamykającej trylogię rozpoczętą w 1981 roku pierwszym Martwym złem (które, co należy zaznaczyć, było poważnym, nie splatstickowym horrorem), a Jackson w Poznajcie Feeblesów z 1989 i Martwicy mózgu z roku 1992, tworzących wraz ze Złym smakiem niesławną Trylogię Obrzydliwości. Nie brak widzów, których zdaniem kreatywność obu panów widać o wiele wyraźniej w tych niesmacznych dziełach niż w ich późniejszej, wysokobudżetowej twórczości.

A w części drugiej między innymi: milionerzy z twarzami w odbycie, Chińczycy miażdżący głowy gołymi rękami i płuca palacza wykorzystane jako broń!

 Łukasz Grela