JEST SIE CZYM ASIĆ* – RELACJA Z ARS INDEPENDENT FESTIVAL 2014 W KATOWICACH

the_raspberry_reichThe Raspberry Reich (2004, reż. Bruce LaBruce)

Ars Independent to festiwal naprawdę niezależny i w tym wypadku, w przeciwieństwie do wielu innych, nazwa nie okłamuje potencjalnego uczestnika. Programerzy nie patrzą w kierunku tych tytułów, które zdobyły nagrody w Cannes czy Berlinie, ale skupiają się na debiutach i filmach drugich. Dzięki temu w konkursie głównym, w którym nagrodę stanowi nie bez powodu Czarny Koń, już od czterech edycji czekają na widzów prawdziwe kinematograficzne perełki.

Nie można mieć złudzeń, że w szybkim czasie Ars Independent będzie mógł pochwalić się widownią tak okazałą, jak wrocławskie Nowe Horyzonty, Festiwal w Gdyni czy krakowska Off Plus Camera. W tym jednak leży jego największa siła. Prawdziwą niezależność zapewnia organizatorom kameralna atmosfera i brak jeszcze jasno wytyczonej polityki, co pozwala na coroczną korektę kierunku rozwoju. Podczas poprzedniej edycji szeroko eksplorowano tematykę inności, zapraszając do Katowic Liora Shamriza, nazwanego słusznie przez Natalię Kaniak queerowym Godardem, i pokazując szereg filmów, w których główny bohater musi zmierzyć się z ostracyzmem społecznym z powodu swojej odmienności – nie tylko seksualnej. W tym roku tendencja ta osłabła, choć nie została porzucona (o czym za chwilę), na rzecz rozbudowanej refleksji nad grami.

GRASZ?

To pytanie twórcy Ars Independent zadali w tym roku zarówno groznawcom, jak i dzieciakom mieszkającym w kamienicach na ulicy Mariackiej. Pierwsi uczestniczyli w konferencji dotyczącej gier oraz mogli zobaczyć pokaz machinim – filmów animowanych stworzonych przy użyciu silników gier wideo. Drudzy najczęściej odwiedzali wystawę gier indie w galerii znajdującej się w jednej z przecznic odchodzących od Mariackiej. Stanowiska okupowane godzinami przez dzieciaki sąsiadowały z tymi zajętymi przez konferencyjnych prelegentów. Wszyscy, bardziej niż filmami w kinie Światowid, zajęci byli tym, co na ekranie komputera. I bardzo dobrze – w końcu nieśmiało ludzie zajmujący się kinem zaczynają zwracać uwagę na wciąż zaniedbywane w Polsce badania nad innymi obszarami kultury audiowizualnej. Podczas gdy większość festiwali z trudem godzi się umieścić w swoim programie seriale, uważając to za wielki krok i nobilitację dla produkcji małego ekranu, w Katowicach można doświadczyć integracji środowisk jeszcze bardziej odległych i zupełnie sobie obcych, które do tej pory nie spotykały się podczas jednego wydarzenia – fanów kina i fanów gier. Można też zobaczyć, jak wyglądają hybrydy obu form w postaci wspomnianych machinim, które jeszcze nie osiągają najwyższego poziomu artystycznego, stają się jednak ciekawą grą z estetyką animacji komputerowej i filmową narracją.

PRZEWIDYWALNE ODKRYCIE

Nie tylko jednak poprzez silną obecność gier festiwal w Katowicach stara się znaleźć własną drogę. W konkursie głównym znalazły się tytuły, które stanowią ciekawy, często jednak marginalizowany, głos młodych reżyserów i reżyserek. Szczególnie programerów interesują eksperymenty z językiem medium – czasem osobliwe i trudne dla odbiorców, a czasem lekkie i zabawne. Niezwykle ciężkie zadanie stoi wobec tego przed jury konkursu, które musi podjąć ryzykowną decyzję, którego spośród najczęściej jeszcze nieutytułowanych twórców nagrodzić. Udało się z debiutanckim Finisterrae (2010) Sergio Caballero – uhonorowany podczas pierwszej edycji festiwalu reżyser nakręcił ostatnio, o wiele gorszy, ale wciąż ciekawy, Dystans, który był pokazywany na rozlicznych festiwalach, także podczas Nowych Horyzontów we Wrocławiu.

dystans2Dystans (2013, reż. Sergio Caballero)

W tym roku zwyciężył z kolei film drugi – Huba Anki i Wilhelma Sasnalów. Od początku stanowiła wyjątkową pozycję w konkursowym zestawieniu, bo zdobyła już wcześniej duży rozgłos i uznanie. Twórczy duet po udanym debiucie Z daleka widok jest piękny (2011) tym razem doskonale opowiada o polskiej transformacji, ponownie uwidaczniając sam proces twórczy – ruchy kamery, zmianę kątów widzenia, operowanie niemal wyłącznie zbliżeniami i planami pełnymi, pomiędzy którymi następują swobodne przejścia. Na pierwszy plan wysuwa się dojmująco smutne i przeraźliwie prawdziwe zderzenie między tym, co stare i nieporadne a dynamiczną, drapieżną młodością. Sasnalowie doskonale operują także dźwiękiem. W ich filmie nawet cisza, podobnie jak w życiowym doświadczeniu, nie jest zupełnym brakiem jakiegokolwiek odgłosu – towarzyszy jej delikatne świdrowanie, takie samo, jakie każdego z nas dopada zaraz przed snem.

NOWE NAZWISKA

Choć nagroda do Sasnalów trafiła słusznie, nie zabrakło także tytułów, które stanowiły dla Huby mocną konkurencję. Przede wszystkim chwila uwagi należy się Po życiu Virági Zomborácz, Klasie wyrównawczej Ivana I. Tverdovsky’ego i Drzewu Sonji Prosenc.

Zomborácz postawiła na opowiedzianą z dystansem historię syna pastora, który ma poważne problemy ze swoją tożsamością. Po wyjściu ze szpitala psychiatrycznego nie może poradzić sobie ani z sytuacją rodzinną, ani z rodzącym się uczuciem do dziewczyny, która mu się podoba. Choć tak naprawdę debiut węgierskiej reżyserki to smutna historia alienacji, zaskakuje czarnym poczuciem humoru. Kolejne absurdalne wydarzenia, coraz bardziej dramatyczne i powodujące komplikacje w życiu bohaterów, budzą u publiczności śmiech. Zomborácz udaje się uniknąć pretensjonalnego tonu i taniego dydaktyzmu. Wyczuwalny jest tu klimat Ty i ja i wszyscy, których znamy (2005) Mirandy July, szczególnie w scenie ukazującej płonącą rękawicą kuchenną, będącą odwołaniem do pierwszych ujęć filmu amerykańskiej reżyserki.

Zupełnie inaczej na rzeczywistość spogląda Tverdovsky, który operuje ekstremalnymi obrazami wyobcowania i autodestrukcyjnej frustracji budzącej się w społecznych wyrzutkach. Tytułowa klasa wyrównawcza to miejsce, gdzie trafiają uczniowie z problemami zdrowotnymi. Zamknięci za żelaznymi kratami w oddzielnym korytarzu, nie mają kontaktu z „pełnowartościowymi” nastolatkami. Szybko zaczynają rozumieć, że zasady rządzące światem zewnętrznym ich nie dotyczą. Zaczynają więc zachowywać się w coraz bardziej radykalny sposób, sprawdzając, kiedy ludzi w końcu zaczną ich zauważać. Żądni wrażeń kładą się wzdłuż torów, czekając na nadjeżdżający pociąg, żebrzą na ulicach albo demolują supermarket. Cierpiąc z powodu bezduszności innych, przestają w końcu dbać o własne życie do tego stopnia, że brutalnie gwałcą koleżankę, najbardziej z nich ambitną, która za wszelką cenę pragnie powrócić do społeczeństwa. Bezbronna dziewczyna na wózku zostaje podwójnie wyalienowana – zdrowi ludzie spychają ją na margines, a jej, także przecież chorzy, koledzy i koleżanki z klasy wykorzystują do wyładowania swojej frustracji. Tverdovsky nie oszczędza widzowi drastycznych scen. W naturalistyczny sposób pokazuje gwałty, bójki, napady padaczki i sceny skrajnej rozpaczy. Kamera nieustannie podąża za bohaterami, a rozedrgany obraz nakręcony niemal zza ich ramienia, przypomina materiał dokumentalny, wiernie oddając ich pełne napięcia życie.

afterlife-2014-002-man-outside-apartment-block-with-balloons-and-ponyPo życiu (2014, reż. Virág Zomborácz)

Opresyjność systemu w podobnie namacalny sposób, ale przy użyciu zupełnie innych środków, ukazuje także Sonja Prosenc w Drzewie. Powoli tocząca się akcja, pełna długich statycznych ujęć naznaczonych malarską wrażliwością na detal i kolor, odsłania historię wypadku i towarzyszącej mu krwawej zemsty. Jak przyznała reżyserka podczas spotkania z widzami, na Bałkanach nadal problem odwetu, którego ofiarami padają często dzieci, jest żywy i łatwo można spotkać się z historiami dotyczącymi takich tragicznych w skutkach zatargów. Z podobnych przekazów Prosenc buduje swoją wciągającą, hipnotyczną opowieść o małym chłopcu i jego starszym bracie, którzy zostali zmuszeni do ukrywania się we własnym domu. Z dnia na dzień ich sytuacja staje się coraz gorsza. Powoli tracą nadzieję, że jakiekolwiek inne rozwiązanie, niż wydanie jednego z nich na śmierć, ma jeszcze sens. Choć historia jest fikcyjna, od razu można wyczuć, że została oparta na prawdziwych wydarzeniach i dogłębnym zbadaniu sytuacji. Prosenc pomyślała także o zbudowaniu odpowiedniego napięcia zastępując klasyczną, opartą na związkach przyczynowo-skutkowych narrację krótkimi, niechronologicznymi urywkami historii. Dopiero w połowie filmu widz dowiaduje się, dlaczego właściwie rodzina została uwięziona w swojej domowej twierdzy i do niego należy zrekonstruowanie fabuły. Chyba najlepszym jednak wyborem reżyserki było obsadzenie w roli małego chłopca Lukasa Matija. Jego spojrzenie wymierzone wprost do kamery w finałowej scenie, pełne rozpaczy, złości i bezsilności, robi na widzu piorunujące wrażenie.

QUEEROWE POSZUKIWANIA: BRUCE LABRUCE

Jak wspomniałem wcześniej, programerzy Ars Independent nie porzucili także swoich poszukiwań queerowych bohaterów i reżyserów. W zeszłym roku gościem festiwalu był Lior Shamriz, a w tym do Katowic przyjechał Bruce LaBruce ze swoim najbardziej mainstreamowym z dotychczasowych filmów – Gerontofilią. Autor artystycznych gejowskich filmów pornograficznych spotkał się z widzami i wyznał, że polubił ostatnio słowo queer, bo straciło polityczny charakter, jaki miało w latach 90., kiedy uważał się przewrotnie za post-queerowego pedała. Jako że jego taktyką artystyczną jest nieustanne podważanie zasad, nawet tych, którymi sam się kieruje, stworzył komedię romantyczną, choć przedstawiona w niej para zakochanych może budzić kontrowersje. To historia romansu młodego pielęgniarza i jego pacjenta z domu starości. Reżyser twierdzi, że jest oparta na prawdziwej sytuacji, w jakiej znaleźli się jego znajomi.

Szkoda, że przegląd filmów LaBruce’a obejmował tylko trzy tytuły. Oprócz Gerontofilii w zestawieniu znały się tylko The Raspberry Reich i Otto, czyli niech żyją umarlaki. Być może organizatorzy, niestety chyba słusznie, stwierdzili, że polscy widzowie nie są jeszcze gotowi na inne, bardziej hermetyczne dzieła kanadyjskiego reżysera, które osadzone są w świecie pełnym przemocy, rożnego rodzaju parafilii i seksualnego wyzwolenia.

STYLOWE OPAKOWANIE

Brak tłumów czekających na „zerówki”, kolejki do bufetu, w której stoi się godzinami czy pełnej sali bez należytej klimatyzacji oraz ciekawy, pełen świeżości i eksperymentów program to nie jedyne zalety kameralnego Ars Independent. Katowiczanie od kilku lat dowodzą swojej otwartości na innowacje także w dziedzinie designu. Nie sposób przemilczeń wobec tego wspaniałej identyfikacji wizualnej festiwalu autorstwa Marty Gawin. W tym roku w końcu festiwal w Gdyni przeszedł swoją wizualną metamorfozę, co świadczyć może o rosnącej świadomości wśród organizatorów, że to, w jakim opakowaniu poda się produkt, także ma niebagatelne znaczenie. Prosty, minimalistyczny, ale bardzo wyrazisty projekt zarówno toreb festiwalowych, plakatów czy ulotek, jak i wspaniały katalog to wielka przysługa, jaką Gawin wyświadczyła Ars Independent. Warto pamiętać o stronie wizualnej, niemal zawsze nieobecnej albo spychanej w relacjach na drugi plan. Przecież to właśnie dzięki niej festiwal na długo pozostaje w pamięci widzów.

Eksperymentalny charakter Ars Independent objawia się na każdej płaszczyźnie festiwalowej organizacji. Od programu pełnego propozycji, jakich nie da się zobaczyć podczas największych polskich wydarzeń filmowych, przez zainteresowanie innymi polami kultury audiowizualnej i popularnym już od lat w Europie i Stanach Zjednoczonych, ale jeszcze nieznanym szerzej w Polsce, kinem queerowym, aż po dobrą identyfikację wizualną i atmosferę sprzyjającą dyskusjom. Choć to jeszcze małe wydarzenie, a sale na przedpołudniowych pokazach świecą pustkami, co znaczy, że mało osób przyjeżdża na festiwal spoza Katowic, to jednak należy docenić Ars Independent za twórczy i artystyczny ferment, jaki już od czterech lat sieje w umysłach miłośników kina.

Mateusz Góra

*asić sie – [gwara śląska] chwalić się