Z KART KOMIKSU NA EKRAN MONITORA – CZY GRY O SUPERBOHATERACH SĄ Z GÓRY SKAZANE NA PORAŻKĘ?

arkham asylumBatman: Arkham Asylum (2009, Rocksteady Studios)

Większość gier wideo, w których pierwsze skrzypce grają superbohaterowie lub postacie komiksowe, cierpi na tak zwaną klątwę gier na licencji. Znaczy to mniej więcej tyle, że z uwagi na różne konflikty na linii deweloper-wydawca, napięte terminy, ograniczone środki i sztywne ramy artystyczne, w które muszą wstrzelić się twórcy, gry te zazwyczaj reprezentują wyjątkowo niski poziom, żeby nie powiedzieć, że są zwyczajnymi bublami. Co więc począć mają gracze, którym marzy się przywdzianie wirtualnej peleryny i maski ulubionego herosa?

Klątwa gier na licencji to zjawisko znane fanom wirtualnej rozrywki niemalże od początku istnienia branży. Było z nami już w czasach pierwszych, 8-bitowych konsol w postaci legendarnie słabego E.T na Atari 2600. Późniejszym generacjom też się oberwało i gracze zmuszeni byli do zapoznania się z takimi „hitami” jak Superman 64 czy Aquaman: Battle for Atlantis. Jeszcze do niedawna każda produkcja z bohaterami w trykotach była w najlepszym przypadku średniakiem. Na szczęście rok 2009 miał przynieść przełom, na który zarówno gracze, jak i wielbiciele superbohaterów długo czekali.

Trudno sobie wyobrazić superbohatera, który byłby bardziej znany i uwielbiany niż Batman. Tysiące wydań komiksów, kilka znakomitych seriali animowanych, a w ostatnich latach świetne ekranizacje kinowe tylko utwierdzają w takim przekonaniu. W końcu przyszła pora na to, by nietoperz szturmem podbił ekrany telewizorów i komputerów graczy. Pierwsze próby przeniesienia rzeczywistości Mrocznego Rycerza do wirtualnego świata były albo kompletnymi niewypałami, takimi jak Batman: Dark Tomorrow, albo co najwyżej poprawnymi technicznie, ale miałkimi artystycznie średniakami pokroju Batman: Vengeance. Na pierwszą pełnokrwistą adaptację przygód człowieka-nietoperza przyszło czekać do roku 2009, kiedy dzięki połączonym wysiłkom deweloperów ze studia Rocksteady i wydawcy – Warner Bros. Games, światło dzienne ujrzała gra Batman: Arkham Asylum.

Cały jej urok (a także późniejszych odsłon serii Arkham) polega na tym, że twórcy nie musieli iść na żadne kompromisy. Oparcie fabuły na komiksowym uniwersum Batmana pozwoliło Rocksteady na stworzenie całkowicie świeżej historii, która jednocześnie korzysta z bogactwa całego wszechświata Zamaskowanego Krzyżowca. Dzięki takiemu zabiegowi w grze występuje cała galeria łotrów, których nie było nam dane uświadczyć w filmach o Batmanie. Spotkamy tutaj takie kreatury jak Killer Croc, Victor Zsasz czy Harley Queen, nie wspominając już o niemal obowiązkowej obecności Jokera i Człowieka-Zagadki. Także scenariusz serii stoi na wysokim poziomie. Obfituje on w liczne zwroty akcji i sytuacje, których gracz nigdy nie spodziewałby się w grze o Batmanie (wspomnijmy chociażby zakończenie drugiej części – Batman: Arkham City), a przy tym jest na tyle samodzielna, że nawet kompletni komiksowi laicy nie będą czuć się zagubieni.

Jednak nie samą fabułą i światem przedstawionym gracz żyje. Jak prezentuje się najważniejszy element każdej gry, czyli gameplay, w wykonaniu alter ego Bruce’a Wayne’a? Nadzwyczajnie. Twórcy postawili na różnorodność w podejściu do rozgrywki, dzięki czemu mamy zarówno etapy skradane, pokazujące Batmana jako „cichego drapieżnika”, jak i areny pełne wrogów do pokonania, w których docenić można kunszt gacka w posługiwaniu się różnorakimi sztukami walki. Nie zapomniano także o tym, że Batmana okrzyknięto najlepszym detektywem na świecie i w grze napotkać możemy całą masę zagadek, mniej lub bardziej logicznych. Wiele z nich napotkamy podczas poznawania głównej osi fabularnej, jednak lwia część łamigłówek zostanie nam „zlecona” przez Riddlera, polskim fanom znanego bardziej jako Człowieka-Zagadkę. Jego zadania wiążą się z przechodzeniem kolejnych, stopniowo coraz trudniejszych sekwencji logicznych i odnajdywaniem trofeów w postaci zielonych znaków zapytania, na końcu każdej z nich. Statystyczny gracz nie znajdzie wszystkich podczas pierwszego przejścia gry, ale zagadki są na tyle frapujące, a nagrody za ich rozwiązanie interesujące, że niewątpliwie wróci do Arkham, chociażby po to, by podołać każdemu wyzwaniu Riddlera.

Seria Arkham to nie tylko znakomity przykład tego, że da się zrobić świetną grę z superbohaterami, ale także wspaniała pozycja sama w sobie, ze świetną fabułą i zręcznie wprowadzonymi rozwiązaniami w rozgrywce. Nawet jeśli ktoś nie przepada za herosami w trykotach, warto aby zapoznał się z serią Arkham tylko i wyłącznie z tego powodu.

Sukces najnowszych produkcji o Batmanie spowodował niemały wydźwięk na rynku. Superbohaterskie gry zaczęły wyrastać niczym grzyby po deszczu. Niestety ilość nie zawsze idzie w parze z jakością i większość z nich nie dorastała nawet do pięt dziecku studia Rocksteady. Jednakże od czasu do czasu pojawiał się zawodnik godny stanąć w szranki z grą o człowieku-nietoperzu. Jednym z nich jest Spider-Man: Shattered Dimensions.

shattered dimensionsSpider-man: Shattered Dimensions (2010, Beenox)

Podobnie jak Batman, również Spider-Man nie miał szczęścia do gier wideo. Po kilku względnie udanych beat’em’upach pokroju Maximum Carnage, wydanych na wczesne konsole Nintendo, przyszedł dla człowieka-pająka okres niemalże kompletnego zastoju, jeśli chodzi o gry wideo. Sytuację odmieniła premiera filmu o przygodach Pająka w reżyserii Sama Raimiego, która miała miejsce w 2002 roku. Na jego kanwie powstała gra o wdzięcznym tytule Spider-Man: The Movie. Nie była on mistrzostwem świata, męczyła masą błędów i nieścisłości fabularnych, ale dla fanów Spideya stała się manną z nieba. Nic więc dziwnego, że postanowiono kontynuować serię, dzięki czemu każdej odsłonie kinowych przygód Spider-Mana towarzyszyła nowa gra. Niestety wraz z zakończeniem trylogii Raimiego, także balonik z pajęczymi grami pękł. Wprawdzie przez lata wyszło kilka produkcji w tej tematyce, jednak były one tak słabe, że nie warto o nich wspominać. Wielka zmiana nadeszła w 2010 roku, kiedy to studio Beenox zaprezentowało Spider-Man: Shattered Dimensions. Pomysł był prosty: podobnie jak w serii Arkham odciąć się od powiązań z filmami i stworzyć samodzielną, pełnoprawną przygodę dla Spideya. Co więcej, bohaterem gry nie jest tylko jeden Spider-Man, ale aż czterech. Dzięki istnieniu wielu, alternatywnych wymiarów graczom przyszło się wcielić w następujące inkarnacje człowieka pająka: najbardziej znanego, Niesamowitego Spider-Mana, nastoletnią i owładniętą przez symbiota wersję Petera Parkera – Ultimate Spider-Mana, pochodzącego z przyszłości Spider-Mana 2099 oraz lubującego się w czerni i bieli oraz odzywkach w stylu Humphreya Bogarta Spider-Mana Noir. Wspólną misją wszystkich czterech postaci było odnalezienie fragmentów Tabliczki Porządku i Chaosu, której rozbicie doprowadziło do spotkania alternatywnych wersji bohatera. Jednak całe zadanie nie będzie proste, ponieważ na straży każdego fragmentu stoi jeden z ikonicznych przeciwników Spider-Mana.

O ile fabuła jest momentami naciągana, a nawet infantylna, gameplay jest na tyle dobry, że można przymknąć na nią oko. Każdym z pająków gra się inaczej, lecz równie wyśmienicie. Podział gry na cztery rodzaje poziomów sprawił, że nie nudzi ona nawet przez chwilę, a świetne walki z bossami pod koniec każdego rozdziału trzymają w napięciu i sprawiają, że gracz chce więcej. Niestety nie obyło się też bez zgrzytów w postaci marnej sztucznej inteligencji wrogów, czy pewnej powtarzalności niektórych sekcji zręcznościowych. Warto też wspomnieć, że gameplay świata Noir dość mocno inspiruje się Batman: Arkham Asylum, jeśli chodzi o elementy skradankowe. Na szczęście wprowadzono tu na tyle dużo zmian, że nie można mówić o bezczelnym plagiacie i wciąż gra się przyjemnie.

Choć nie pozbawiona wad, Spider-Man: Shattered Dimensions jest najlepszą dostępną na rynku grą z człowiekiem-pająkiem w roli głównej. Jeśli będziemy w stanie wybaczyć jej pewne niedociągnięcia i silne inspiracje innymi tytułami, otrzymamy kilka godzin solidnej zabawy w skórze Spider-Mana.

Trudno nie zauważyć, że zarówno Batman jak i Spider-Man cieszą się w kraju nad Wisłą niezwykłą popularnością. Jednak co z bohaterami, którzy „żyją” w cieniu tych legendarnych postaci? Czy gry z ich udziałem zasługują na jakąkolwiek uwagę? Odpowiedź brzmi: tak. Przynajmniej w przypadku jednego z nich – Deadpoola.

Przez lata Deadpool był kreowany na swoistego klauna wydawnictwa Marvel. Postać która do niczego nie podchodzi poważnie, obraca każdą sytuację w żart, a przy tym jest na tyle szalona, że takie podejście do tematu można jej śmiało wybaczyć. Komiksy z Deadpoolem to specyficzna lektura. Z jednej strony jest on niezwykle dobrze wyszkolonym najemnikiem, który nie stroni od przesadnej przemocy i niejednoznacznych moralnie czynów. Z drugiej strony jednak, trudno znaleźć antybohatera, który byłby tak lubiany przez szeroką publiczność. Deadpool wciąż rzuca cięte riposty, niesmaczne żarciki oraz nie stroni od częstych nawiązań do popkultury, a przy tym za nic ma sobie czwartą ścianę i często zagaduje czytelnika.

deadpoolDeadpool (2013, High Moon Studios)

I ten właśnie szalony klimat komiksu udało się oddać studiu High Moon Studios niemal perfekcyjnie, w grze o przygodach szalonego najemnika z 2013 roku o niezbyt zaskakującym, acz zrozumiałym tytule Deadpool. Tutaj także częstotliwość żartów na minutę przekracza wszelkie zdrowe normy, a autoironia dzieła potrafi wywołać szeroki uśmiech na twarzy zaprawionego gracza. Także czwarta ściana nie wyszła ze starcia z Deadpoolem bez szwanku i co jakiś czas możemy usłyszeć jego apel skierowany prosto do nas – graczy.

Jeśli chodzi o rozgrywkę, to w grze doceniono zainteresowanie naszego ulubionego najemnika zarówno bronią białą, jak i palną. Gameplay idealnie oddaje styl, w jakim Deadpool uwielbia siać zniszczenie i jest po prostu radosnym slasherem z elementami platformowymi. Tak naprawdę w tym aspekcie nie ma w grze zbyt dużo odkrywczości, jednakże sama charyzma protagonisty sprawia, że kończy się ten produkt niemalże w jedno posiedzenie. Niestety nie jest ono specjalnie długie i wymagające, ponieważ gra jest dość łatwa i trwa około 6 godzin. Tym niemniej, dla fanów rozgadanego najemnika czy fanów komiksu w ogóle, jest to pozycja obowiązkowa.

Wygląda na to, że klątwa gier na licencji nie działa w każdym przypadku. Niestety są to wyjątkowe pozycje, które łatwo przeoczyć w morzu średniaków, wyprodukowanych tylko z myślą o zarobku wydawcy. Na szczęście w ostatnich latach takich przypadków jest coraz więcej, co dobrze wróży wielbicielom superbohaterów. Wzrost popularności tychże, spowodowany ostatnimi kinowymi wyczynami Marvel Studios czy niesłabnącym zainteresowaniem trylogią Christophera Nolana o Batmanie, każe przypuszczać, że w najbliższej przyszłości spotkamy jeszcze więcej dobrych gier o superbohaterach.

Wojciech Nowak