HISTORIA, KTÓREJ NIE BYŁO

6ed93196c5a84644_BILLY_BOB_THORNTON_03_ROAD_CAR_009.xxxlargeFargo (2014-, Noah Hawley)

Oparte na faktach. Wydarzenia te miały miejsce w Minnesocie w 2006 roku. Na prośbę ocalałych, ich nazwiska zostały zmienione. Z szacunku dla zmarłych, reszta została opowiedziana zgodnie z prawdą. Brzmi znajomo? Słusznie, ponieważ nie licząc późniejszej o blisko dwadzieścia lat daty, napisem o identycznej treści rozpoczyna się słynny film braci Coen Fargo (1996). Ten zacytowany tutaj, pochodzi jednak z produkcji telewizyjnej, która swoją premierę miała zaledwie miesiąc temu.

Filmy powstałe na bazie przebojowych seriali to zjawisko znane od lat. Widzieliśmy już filmowe sequele i prequele, jak również produkcje, których akcję umieszczono pomiędzy wydarzeniami przedstawionymi w kolejnych sezonach. Kinowych adaptacji doczekały się zarówno seriale aktualnie odnoszące sukcesy na małym ekranie, jak i popularne serie sprzed lat, które wymagały „odświeżenia”. Co ciekawe, w drugą stronę to zjawisko nie występowało równie często. Seriali rozwijających lub opowiadających na nowo filmowe wątki nigdy nie było zbyt wiele, a te, które powstały, raczej nie weszły to telewizyjnego kanonu (wyjątkiem mogą być filmowe Gwiezdne wrota z 1994 r., które zapoczątkowały serialowe uniwersum). Tym dziwniejsza wydawała się podana ponad rok temu informacja, że stacja FX planuje produkcję serialowej wersji Fargo. Choć o projekcie nie było wiadomo jeszcze praktycznie nic, juz można było usłyszeć głosy, że twórcy porywają się z motyką na słońce. Bo jak to? Zrozumiałe może być odcinanie kuponów od sławy filmowych blockbusterów, ale przerabianie Coenów? To rzeczywiście wyglądało jak zamach na świętość. Im więcej jednak pojawiało się informacji, tym bardziej irytacja przeradzała się w zaciekawienie. Za całość dziesięcioodcinkowego serialu odpowiadać miał Noah Hawley, ale najważniejsze było oczywiście błogosławieństwo ze strony twórców oryginału. Gdy Joel i Ethan Coenowie zostali producentami wykonawczymi, fani zdawali się już być uspokojeni, a ogłoszenie nazwisk gwiazd serialu – Billy’ego Boba Thorntona i Martina Freemana, spowodowało, że zaczęli odliczać dni do premiery. Ta nadeszła w połowie kwietnia i… przerosła najśmielsze oczekiwania. Ale po kolei.

Serialowe Fargo jest tworem trudnym do jednoznacznego sklasyfikowania. Posiada trochę cech zarówno remake’u, jak i sequela, wydaje się jednak, że najbezpieczniej będzie nazwać go po prostu opowieścią osadzoną w podobnych (lecz nie identycznych) realiach, co film z 1996 roku. Historia rozpoczyna się od Lorne’a Malvo (Thornton), który, jadąc po zaśnieżonych drogach Minnesoty, nie zauważa wyskakującego mu prosto pod maskę jelenia i kończy na poboczu. Z tego, że Malvo nie jest zwykłym facetem, zdajemy sobie sprawę w momencie, gdy z bagażnika jego wozu wyskakuje nagi mężczyzna i korzystając z okazji, ucieka w mrok nocy. Zapomnijcie jednak o nim, nie on jest tu najważniejszy, lecz nasz tajemniczy bohater, który niedługo po wypadku zjawia się w szpitalu, gdzie poznaje drugą istotną dla opowieści postać – Lestera Nygaarda (Freeman). Ten wydaje się być idealnym wcieleniem słowa oferma. Fajtłapowaty, niepewny siebie, stłamszony przez żonę, która nieustannie porównuje go do jego młodszego, odnoszącego sukcesy brata, a na dodatek zastraszony przez prześladowcę jeszcze z czasów szkolnych. Co może robić taki człowiek? Oczywiście sprzedawać ubezpieczenia – a raczej próbować, bo nawet to nie wychodzi mu najlepiej. Wszystko w życiu Lestera zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki podczas krótkiej rozmowy z Malvo w szpitalu. To niewinne spotkanie rozpoczyna całą sekwencję krwawych zdarzeń, których końca, póki co, nie widać. Pomyśleć, że wszystko rozpoczęło się od jednego, krótkiego słowa, którego Lester nie wypowiedział na głos.

FARGO -- Pictured: Martin Freeman as Lester Nygaard -- CR. Matthias Clamer/FX

Tym co rzuca się w oczy od pierwszych sekund projekcji i jednocześnie najmocniej przywołuje w pamięci film Coenów, jest niezwykły klimat. Umieszczenie akcji w zasypanej śniegiem Minnesocie, a konkretnie w miasteczku Bemidji (zastępuje filmowe Brainerd, choć różnice są niewielkie), powoduje, że mamy wrażenie odrealnienia całej historii, momentami nawet nadania jej nieco poetyckiego tonu. Niezwykle brutalne zdarzenia, których jesteśmy świadkami, rozgrywają się na tle bajkowej scenerii, w której wszystko przykryte jest grubą warstwą białego puchu. Dodając do tego lokalną specyfikę, mieszkańców mówiących z dziwnym akcentem i nie sprawiających wrażenia szczególnie inteligentnych, ujrzymy świat w bardzo przekrzywionym zwierciadle. Makabra miesza się tu z komedią, a nad wszystkim unosi się bardzo wyraźnie odczuwalna mgiełka ironii. Ktoś może powiedzieć – przecież to dokładnie tak, jak w oryginale. Nie do końca. Owszem, atmosfera i miejsce zdecydowanie przywodzą na myśl film Coenów, ale na tym kończą się oczywiste podobieństwa. Reszta to już tylko tropy i mniej lub bardziej jasne skojarzenia. W postaci Lestera możemy doszukiwać się podobieństw do filmowego Jerry’ego Lundegaarda (William H. Macy), podobnie jak policjantka Molly Solverson (Allison Tolman) zdaje się być wzorowana na Margie Gunderson (Frances McDormand), ale jednoznaczne utożsamiane ich ze sobą nie ma wielkiego sensu. To zupełnie inni bohaterowie, funkcjonujący jednak w podobnym świecie.

Dostajemy więc niecodzienną opowieść kryminalną, która zaskakuje nas praktycznie na każdym kroku. Długi, bo trwający ponad godzinę odcinek pilotowy był szaloną jazdą wypełnioną po brzegi czarnym jak smoła humorem i skrzącymi się od ironii dialogami. Muszę przyznać, że spodziewałem się raczej spokojnej historii, tymczasem tempo akcji przerosło moje najśmielsze oczekiwania i choć w dalszej części trochę się uspokoiło (pierwsze odcinki rządzą się jednak swoimi prawami), to absolutnie nie ma tu miejsca na nudę. Wielka w tym zasługa znakomicie skonstruowanych bohaterów, spośród których wyróżniają się dwa wspomniane już nazwiska – Malvo i Nygaard. Pierwszy zdaje się pasować jak ulał do Thorntona, który ma okazję zaprezentować tu cały wachlarz swoich ogromnych umiejętności. Malvo to prawdziwy diabeł wcielony – bezlitosny morderca, który jednak każdy swój krok ma dokładnie zaplanowany i nie uznaje przypadkowych zdarzeń. Od razu wzbudza on skojarzenia z postacią z innego filmu braci Coen, a mianowicie z Antonem Chigurhem z To nie jest kraj dla starych ludzi (2007). O ile jednak bohater grany przez Javiera Bardema trzymał się sztywno nakreślonych reguł, o tyle Malvo zdaje się czerpać przyjemność z chaosu. Kilkakrotnie możemy zaobserwować, jak popycha niczego nieświadomych ludzi do działań wprowadzających zamęt w ich uporządkowanym środowisku, po czym spokojnie obserwuje rozwój wypadków, lubując się zaistniałym bezładem. Przy tym wszystkim jest niezwykle wręcz opanowany, zdaje się przewidywać rozwój zdarzeń o kilka kroków do przodu i, co definitywnie różni go od Chigurha, nie tylko spełnia polecenia, ale również realizuje własne plany, przestawiając ludzi niczym pionki na szachownicy.

3

Wydaje się, że godnego przeciwnika dla złowrogiego Malvo należy szukać w osobie Molly Solverson. Ta niepozorna policjantka, pracując wśród bandy idiotów, zdaje się jako jedyna rozumieć, że dookoła dzieją się rzeczy, z jakimi nie miała nigdy wcześniej do czynienia. Choć to bardzo młoda kobieta, jest w pełni oddana swojej pracy, można ją wręcz nazwać służbistką, bo zdecydowanie przedkłada swoje obowiązki nad życie prywatne. Oczywiście scenariusz już od pierwszego odcinka piętrzy przed nią trudności, ale nie dająca za wygraną i za wszelką cenę dążąca do wykrycia prawdy Molly nie należy do osób, które poddają się przy pierwszym niepowodzeniu. Można więc przypuszczać, że jej nieuchronna konfrontacja z Malvo będzie nakręcała serial w dalszych odcinkach. Nie oznacza to wcale, że na drugi plan schodzi Lester Nygaard. Wręcz przeciwnie, poczciwy mężczyzna przechodzi największą przemianę ze wszystkich bohaterów i nie sposób przewidzieć, w jakim miejscu się ona zakończy. Lester jest postacią pomyślaną jak odbicie zwykłego, szarego człowieka, który, przytłoczony codziennością, zostaje popchnięty do radykalnych działań, czym rozpoczyna szereg zdarzeń gwałtownie wymykających mu się z rąk. Świetnie ujęty w kreacji Martina Freemana, początkowo wydaje się być tylko niewinną ofiarą brutalnego świata, do którego zupełnie nie pasuje. Jednak im dalej w las, tym bardziej zaczynamy postrzegać go w nowym świetle, zastanawiając się czy cała ta historia ma prawo się dla niego (i dla kogokolwiek innego) dobrze skończyć.

Do momentu powstania tego tekstu zostały wyemitowane cztery odcinki, wszystkie stojące na bardzo wysokim poziomie scenariuszowym i realizacyjnym. Nie ryzykuję wiele zakładając, że dalej będzie tylko lepiej, bo historia rozwija się w sposób, jakiego żaden widz nie byłby w stanie przewidzieć, a twórca z pewnością szykuje jeszcze niejeden twist fabularny. Nowi bohaterowie wyrastają jak grzyby po deszczu i są nie mniej fascynujący niż ci już poznani, trup ściele się gęsto, a do opowieści wkradają się przedziwne wątki i zdarzenia, które zdaje się kontrolować tylko genialny umysł Lorne’a Malvo. Za wcześnie jeszcze oczywiście na wnioski, ale kto wie, czy już teraz nie poznaliśmy mocnego kandydata do tytułu serialu roku.

Mateusz Piesowicz