FILMOWE JAJKO FABERGÉ

grand 1Grand Budapest Hotel

USA, Niemcy,
Wielka Brytania 2014 , 100′
reż. i scen. Wes Anderson,
zdj. Robert D. Yeoman
muz. Alexandre Desplat,
wyst. Ralph Fiennes, Tony Revolori,
F. Murray Abraham, Willem Dafoe,
Edward Norton, Saoirse Ronan,
Jude Law, Tilda Swinton

W kolorowym świecie Wesa Andersona z przyjemnością można się zgubić. The Grand Budapest Hotel to uczta dla oczu i wyobraźni, choć pojawia się też rysa na tej idealnej konstrukcji. Ostentacyjna sztuczność przedstawionej rzeczywistości wytwarza dystans między widzem a dziełem. Dziełem w każdym calu przemyślanym i dopracowanym, które jednak zostało opatrzone przez reżysera adnotacją: „nie dotykać”.

Tym razem inspiracją dla Andersona była twórczość Stefana Zweiga, przedwojennego pisarza słynącego z zawiłych i wielowątkowych opowieści w duchu psychoanalizy. Reżyser postanowił przenieść na ekran złożoność prozy Austriaka, posługując się przy tym prostym chwytem narracyjnym z jego powieści – dwoje ludzi spotyka się przypadkiem, a jeden z nich rozpoczyna swoją opowieść o przeszłości. Pan Mustafa (Fahrid Murray Abraham), właściciel niegdyś najbardziej ekskluzywnego miejsca w małym europejskim kraju Zubrowce, spotyka Młodego Pisarza (Jude Law). Wspólna kolacja w opustoszałym obecnie hotelu staje się pretekstem, aby przywołać historię życia konsjerża idealnego – Pana Gustava H. (nareszcie znowu w dobrej formie Ralph Finnes), który przygarnął małego Zero Mustafę w młodości, uczynił boyem hotelowym i wychował, jak własnego syna.

Punkt zawiązania akcji nie jest więc zaskakujący – były protegowany opowiada o swoim mistrzu, dodatkowo szkatułkowa budowa filmu pozwala idealnie uporządkować historię, a pojawienie się rozdziałów nadaje jej odpowiedni, dynamiczny, ale jednak klarowny, rytm. Ta przemyślana konstrukcja, widoczna niemal w każdym filmie reżysera, jest niezbędna, żeby widz ani na chwilę nie zgubił się, a tym samym nie stracił zainteresowania historią. Zabawianie odbiorców, ale także ich uwrażliwianie, zarówno estetyczne, jak i etyczne, jest z pewnością nadrzędnym celem Andersona. The Grand Budapest Hotel może zachwycić każdego, bez względu na wiek. Każdy także wyniesie ze sobą z kina przekonanie, że w jego życiu najważniejsze powinny być wartości takie jak miłość, oddanie, szacunek dla innych i odwaga. To jednak nie nachalny dydaktyzm, ani nie naiwność kierują Andersonem, ale tęsknota. Nostalgiczne wspomnienie o czasach, które odeszły już do lamusa.

grand 2

W The Grand Budapest Hotel są to lata 20. i 30., czyli wypomadowane wąsy, szyte na miarę liberie, kryształowe żyrandole czy aksamitne kapelusze z wielkim rondem – detale, z których reżyser  układa misterną mozaikę. Postrzega świat jako zbiór małych, codziennych przedmiotów, sytuacji, gestów, które mnoży i gromadzi, osiągając barokowy przepych swojego przedstawienia. Nie jest to jednak żyrandol wyjęty wprost z lat 20., a liberie nie są czarne, tylko fiołkowe. Andersonowi nie chodzi o wrażenie realizmu, ale o podkreślenie umowności, o celebrację fikcji przez niebywałą ilość odwołań, stanowiącą kwintesencję stylu reżysera. To metoda tak charakterystyczna i spersonalizowana, że każdy kadr The Grand Budapest Hotel niesie ze sobą autorską sygnaturę twórcy i staje się wizualnym majstersztykiem, jak zawsze idealnie symetrycznym i utrzymanym w pastelowej kolorystyce.

Nie tylko jednak warstwa wizualna poddaje się woli reżysera totalnego. Igra on z konwencjami filmowymi, łącząc slapstick, film sensacyjny czy Lubitschowską komedię – miesza je, dopełniając lub ścierając ze sobą, by ostatecznie stworzyć fascynujący amalgamat różnych epok. Igra także z historią, tworząc własne państewko, w którym odbijają się problemy, z jakimi borykała się na początku XX wieku Europa. W końcu igra z wizerunkiem aktorów traktując ich jak marionetki. W zbliżeniu ukazuje każdą kolejną pojawiającą się na ekranie postać, pozwala widzowi się jej przyjrzeć, rozpoznać twarz aktora, a w końcu docenić, jak bardzo udało się go zmienić na potrzeby filmu. Wszyscy bohaterowie są od podstaw wykreowani wyłącznie na użytek tego przedstawienia, nie mają za sobą żadnej wcześniejszej historii.

Zachwyt jednak mija, coś zaczyna zgrzytać, a widz czuje się coraz bardziej zagubiony i sfrustrowany w tym świecie. Choć opowieść jest wartka, postaci wyraziste, a Grand Budapest Hotel wspaniały, wszystko to znajduje się za szybą, nie można po to sięgnąć. Próżno szukać w prawdziwym życiu podobnych doznań i piękna. Oglądając film Andersona możemy poczuć się, jak mityczny król Midas. Wszystko wokół zamienia się w złoto, przez co tracimy możliwość spróbowania tego. Ostatecznie widz nie może znaleźć punktu zaczepienia w tej historii, nie potrafi się w nią zaangażować emocjonalnie, więc pozostaje obojętny.

Pojawia się też obawa, czy The Grand Budapest Hotel to nie puste jajko Fabergé. Samo jajko ma ogromną wartość, ale jest przecież jedynie opakowaniem. W środku powinien znajdować się prezent. Zdarzało się, że car w jednym jajku Fabergé ukrywał kolejne jajko, ale w końcu obdarowany trafiał na właściwy prezent. Można wątpić, czy podobnie postępuje Anderson – podsuwa widzowi kolejne obrazy, ale wciąż nie wiadomo, jaki właściwie jest cel tej opowieści, co tak naprawdę mamy z niej wynieść. I choć może się okazać (w kolejnych filmach), że jajko jest puste, to nie można zaprzeczyć, że samo w sobie jest dziełem sztuki.

Mateusz Góra