TVP, PORNO I KASETY WIDEO

MCDTHUR EC005Czwartek (1998, Skip Woods)

Erotykę puszczano w telewizji późno. I ja siedziałem do nocy czekając na te filmy. Wcześniej puszczano jednak kino ambitne. W ten sposób pierwszy raz zobaczyłem Bergmana czy Felliniego. Nie daje mi spokoju skąd znam ten cytat. Przygotowując się do pisania tego tekstu przeszukałem wszystkie swoje stare czasopisma i gazety, ale nigdzie nie wpadł mi on w oko. No cóż, to kolejna zagadka, która nie będzie mi dawać spokoju przez najbliższe dni. Wybaczcie, cytat może i nie jest dokładny, ale na pewno oddaje sens oraz charakter całej wypowiedzi. A zapamiętałem go dlatego, że sam mam podobne doświadczenia.

Ja jednak wcale nie na erotykę czekałem. Tak, tak, już słyszę te niby zmyślne hasła: uważaj, bo ktoś ci uwierzy albo już się nie usprawiedliwiaj. Ale naprawdę! Będąc nastolatkiem czekałem głównie na sport, to był wtedy mój konik. Nie miałem kablówki, Internetu tym bardziej, więc czekało się nawet na jakiś podrzędny program. Do dziś pamiętam jak po dziesięciu (albo pięciu) minutach meczu polskiej ekstraklasy piłkarskiej, wtedy jeszcze ogólnodostępny Canal+ kodował odbiór. I ja naiwnie siedziałem i oglądałem tylko te kilka chwil spotkania. A potem jeszcze moment z nadzieją, że może jednak coś przez ten skrzętnie wypikselizowany obraz uda mi się dojrzeć.

Możecie sobie więc wyobrazić jaką radość sprawiła mi wiadomość o wykupieniu przez TVN możliwości produkowania programu o polskiej piłce. To był rok 2005 albo 2006. Podczas sezonu co tydzień nadawano audycję streszczającą najważniejsze wydarzenia ostatniej kolejki i pokazującą skróty meczów. I to się oglądało! Ale zaraz, zaraz, ty tu o sporcie, a gdzie tu coś o filmie, albo o porno?! W tytule było porno! Już tłumaczę. TVN wcale nie zmienił się tak bardzo przez te wszystkie lata, już wtedy reklamy były jednym z najbardziej denerwujących aspektów tej stacji. I ja na tych rozwlekłych promocjach nowego Viziru czy najnowszych ofert Simplusa „skakałem” po innych programach. W ten sposób pierwszy raz zapoznałem się z wieloma niezwykłymi dziełami.

1. blue velvet 1986, lynchBlue Velvet (1986, David Lynch)

Najwięcej z nich leciało na TVP. Nigdy nie zapomnę na przykład mojego pierwszego zetknięcia z Lynchem. To było Blue Velvet (1986; wtedy oczywiście jeszcze nie znałem tytułu) i niezapomniana scena pierwszej napaści Franka (Dennis Hopper) na Dorothy (Isabella Rosselini), z Jeffreyem (Kyle MacLachlan) kryjącym się w szafie. Klimat Lyncha totalnie porwał mój umysł. Podobnie było przy Dzikości serca (1990) i scenie, w której Bobby Peru (Willem Dafoe) napastuje Lulę (Laura Dern). Kino Lyncha było doprawdy niezwykłym i niepowtarzalnym przeżyciem.

Pamiętam także romantyczną scenę rozmowy w kawiarence Paula Hacketta (Griffin Dunne) z Marcy Franklin (zjawiskowa w tym filmie Rosanna Arquette) z Po godzinach (1985) Scorsese. Sensualny wątek Mii (Uma Thurman) i Vincenta (John Travolta) z Pulp Fiction (1994) Tarantino. Podglądającego Szapołowską młodego Lubaszenkę w Krótkim filmie o miłości (1988), tajemniczego nieznajomego obnażającego się przed Irène Jacob z Podwójnego życia Weroniki (1991) i zmysłową Julliette Binoche z finału Trzech kolorów: Niebieski (1993), wszystkie te filmy mistrza Kieślowskiego.

2. po godzinach 1985, scoresesePo godzinach (1985, Martin Scorsese)

Pamiętam także doskonale, gdy pomyliłem się w ustawianiu nagrywania kasety wideo (kolejny ważny artefakt mojej przeszłości) i zamiast skrótów Ligi Mistrzów czy jakiś eliminacji do piłkarskich mistrzostw nagrało mi się zakończenie Czwartku (1998, S. Woods). To, co Paulina Porizkova wyrabiała tam z Aaronem Eckhartem, przerosło moje wszelkie wyobrażenia. Byłem nastolatkiem, takie rzeczy fascynowały! I to właśnie gdzieś wtedy rodziła się u mnie ta miłość do kina oraz filmów. Trudno przecenić rolę jaką Telewizja Polska w tym wszystkim odegrała.

Pamiętam czasy, w których co jakiś czas w niedzielę TVP puszczała Śniadanie u Tiffany’ego (1961, B. Edwards). Zawsze, ale to zawsze trafiałem na scenę, w której Holly (nie napiszę kto, jak nie wiesz, to idź za karę obejrzeć film i dopiero wtedy wróć do dalszej lektury) i Paul (George Peppard) próbują coś ukraść ze sklepu. No i ta niepowtarzalna w roztaczaniu swojego czaru Audrey Hepburn. To były czasy! Tym bardziej współczuję dzisiejszej młodzieży poszukującej wartościowych rzeczy w telewizji (jeśli taka jeszcze w ogóle istnieje).

Nie mam pretensji do Polsatu czy TVN-u, to prywatne stacje z prywatnym kapitałem i realizujące prywatną politykę. Niech sobie robią, co im się żywnie podoba. Ale TVP? Telewizja Polska?! Ponoć „Telewizja Publiczna”?! Sprawdzam program na niedzielę w czasie, w którym kiedyś doznawałem moich filmowych olśnień, a tam… podrzędny kryminał z Donem Cheadlem, jakże potrzebny tutaj o tej godzinie odcinek serialu Homeland (ten sam zostanie wyemitowany następnego dnia o znacznie przyjemniejszej porze) i na koniec szalenie ambitna Żyleta (1996, D. Hogan) z Pamelą Anderson (to przynajmniej mieści się w kategorii erotycznej, ale serio, ten sam film leciał dokładnie na tym samym programie dzień wcześniej tuż po północy). Sprawdzam jeszcze program, może coś ciekawego było jednak wcześniej. I jest! Słodkie życie! Tyle, że to jest akurat serial komediowy z gwiazdami nieco podupadającego ostatnio na renomie Kabaretu Moralnego Niepokoju.

Jak więc widać tak zwana „misja” Telewizji Publicznej streszcza się do nawiązania tytułem nowego sitcomu do klasycznego dzieła Felliniego. Sorry, taki mamy program. Już widzę jak te zmyślne reklamy zachęcające do płacenia abonamentu przynoszą skutek. Zastanawia mnie w ogóle sens istnienia w tym momencie takich programów jak TVP1 i TVP2, przecież są odpowiednie stacje tematyczne. Jest Rozrywka, Sport, Info, Historia, Polonia, no i oczywiście Kultura. Naprawdę jest jakiś cel utrzymywania jeszcze dwóch dodatkowych programów, aby na tych zogniskowanych przedmiotowo nadawać stare programy? Nie można tego zmyślniej zorganizować, tym bardziej mając takie problemy z budżetem?

Na koniec cykl prawdziwe historie. Zaraz na drugi dzień po premierze poszedłem do Kina Pod Baranami na Nimfomankę – Część II (2013) von Triera. To był seans około godziny piętnastej. Ludzi wcale nie było tak wiele, ja i trzy pary w różnym wieku. Problem w tym, że tuż za mną usiedli najbardziej nieznośni widzowie jakich kiedykolwiek w kinie spotkałem. Facet i dziewczyna, wiek mniej więcej 25-30 lat. Już pierwszy dialog zapowiadał niezłą zabawę (rozmawiali tak, że było ich słychać w całej, niewielkiej w sumie, sali).

Dlaczego nie poszliśmy na to do Multikina? – Rzekł „Misio” ściskając w rękach nieco mniejsze niż zwykle pudełko popcornu.
Bo to jest kino takie ambitne, co go w wielkich kinach nie ma. – Pouczyła swojego wybranka dziewczyna.

Nieco ubarwiłem, ale daję słowo, tylko trochę. Ciamkanie i siorbanie mogłem jeszcze przeżyć. Kino to też rozrywka (dlatego poszli na von Triera, a co!), więc niech mają. To jednak, co przez cały seans wyprawiał ten facet było nie do opisania! Wyobraźcie sobie, że na widok DOSŁOWNIE każdej nagości, każdej sceny seksu albo innych lubieżności słyszałem zza mojego lewego ramienia przeciągłe ooo, lub wow. Zawsze! Na filmie o nimfomance! To mniej więcej poziom gimnazjalisty, który pierwszy raz ogląda Dzień świra (2002, M. Koterski) i śmieje się za każdym razem, gdy usłyszy przekleństwo.

Facet wyraźnie nie mógł usiedzieć dwóch godzin w kinie, ciągle próbował zagadywać swoją partnerkę (Ej, to jak Sasha Grey!). Dziewczyna – co prawda – próbowała go uciszyć, ale niezbyt przekonująco. Gdy jej partner widział, że nie ma szans na docenienie z jej strony, prosił o podanie popcornu i zwyczajnie z nudów zapychał żołądek. Oczywiście nie mogło się obyć także bez pieszczot. No bo przecież wiecie, na ekranie robią takie rzeczy, więc „Misiowi” też pewnie się zachciało. W sumie dobrze, że to była projekcja Nimfomanki, a nie na przykład Salo (1974) Pasoliniego. Chociaż i tak – sądząc po odgłosach – bałem się, że jak obróciłbym się do tyłu, to ujrzałbym coś znacznie bardziej szokującego od tego, co działo się na ekranie. Punkt kulminacyjny nastąpił jednak podczas finału. Spokojnie, nie będzie twardych spojlerów dotyczących fabuły filmu. Na końcu swojej opowieści reżyser ściemnia obraz i skupia się na dźwiękach. Niestety, „Misia” widocznie przerastała percepcja audiowizualna i skupiał się tylko na tym drugim aspekcie odbioru. A że obrazu już nie było, więc… co tam! Hulaj dusza! Komentarze, odgłosy dojadania i dopijania, no i oczywiście zbieranie się z miejsca…

I wiecie co, wcale nie dziwi mnie zachowanie „Misia”. Poszedł z dziewczyną do kina na potencjalnego pornola (biedny Travis Bickle urodził się w złych czasach). I owszem, mogli to samo zrobić w domu przed telewizorem albo przed komputerem. W sumie szklany ekran byłby idealny, polskie programy nie wymagają od odbiorcy dosłownie niczego. Magia kina jednak ciągle działa i przyciąga. Szkoda tylko, że tak potencjalnie interesujące medium jak telewizja przestała z niego umiejętnie korzystać.

Tomasz Lasek