ŚWIAT WEDŁUG PERALTY

Andy Samberg, Joe Lo Truglio and Stephanie Beatriz, "Brooklyn Nine-Nine"Brooklyn 9-9 (2013-, Daniel J. Goor, Michael Schur)

Teoria wielkiego podrywu, Współczesna rodzina, Dziewczyny, Parks and Recreation – co łączy te seriale? Po pierwsze, wszystkie to emitowane od kilku lat, gromadzące przy każdym odcinku kilkunastomilionową publiczność i wielokrotnie nagradzane produkcje. Po drugie, wszystkie były nominowane do tegorocznych Złotych Globów w kategorii serial komediowy. Po trzecie wreszcie, wszystkie tę rywalizację przegrały. Zaskakującym zwycięzcą okazał się wyglądający w tym towarzystwie jak Kopciuszek serial Brooklyn 9-9.

Ta debiutująca na antenie FOX-a we wrześniu ubiegłego roku produkcja, od początku nie miała łatwo. Umieszczona we wtorkowej ramówce stacji i zmuszona do rywalizacji, m.in. z Agentami NCIS, została (całkiem zresztą słusznie) z góry skazana na ratingową porażkę. Twórcy serialu musieli więc już od pierwszych odcinków nerwowo spoglądać w stronę tabel z najbardziej zagrożonymi skasowaniem programami i liczyć na cierpliwość swoich szefów. Jak się okazało, została ona sowicie wynagrodzona. Co ciekawe, niespodziewany triumf Brooklyn 9-9 podczas Złotych Globów, nie przełożył się w widoczny sposób na wyniki oglądalności. Czym więc właściwie jest ten tytuł i dlaczego widzowie nie podzielają entuzjazmu krytyki wobec niego ?

Stworzony przez Daniela J. Goora i Michaela Schura (współtwórców wspomnianego już Parks and Recreation) serial, opowiada o grupie policjantów, pracowników fikcyjnego nowojorskiego posterunku o numerze 99. Oczywiście mamy do czynienia z komedią, nie spodziewajcie się więc kolejnego kryminalnego procedurala z posępnymi bohaterami. Tytułowy komisariat zaludnia galeria nietuzinkowych i różnorodnych charakterów. Detektyw Jake Peralta (Samberg)  to utalentowany funkcjonariusz, mający jednak problemy z dorośnięciem i poważnym traktowaniem swojej pracy, za co spotyka go nieustanna dezaprobata ze strony chorobliwie ambitnej Amy Santiago (Fumero). Najbardziej tajemniczą postacią na posterunku jest bez wątpienia Rosa Diaz (Beatriz), która oprócz małomówności i skuteczności w działaniu, odznacza się również niekontrolowanymi napadami gniewu. Nie przeszkadza to jednak detektywowi Charlesowi Boyle’owi (Lo Truglio) – fajtłapowatemu policjantowi obdarzonemu wyszukanym gustem kulinarnym – by się w niej podkochiwać. Nad tą gromadą czuwają sierżant Terry Jeffords (Crews), twardziel o gołębim sercu i nowo mianowany kapitan Ray Holt (Braugher), zasadniczy i chłodny, jednak zawsze gotowy stanąć po stronie swoich podopiecznych. Wszyscy razem, uzupełnieni przez równie barwne postaci drugoplanowe, tworzą nadspodziewanie dobrze funkcjonującą grupę. Zarówno w swojej serialowej rzeczywistości, jak i dla widza, oglądającego ich na ekranie. Wydawać by się mogło, że w kwestii komediowych charakterów wymyślono i pokazano już wszystko, jednak Brooklyn 9-9 obala ten mit. Choć twórcy nie odkrywają Ameryki (bo w każdym z bohaterów możemy odnaleźć echa innych postaci, czy to serialowych, czy  filmowych), stworzona przez nich mieszanka znakomicie się uzupełnia i w pewien sposób wzajemnie utrzymuje w ryzach. Nieustanne operowanie niepoważnym dowcipem w stylu Peralty i kontrastową sztywnością Santiago, choć bez wątpienia urocze, szybko by się znudziło. Jednak jeśli dodamy do tego nieporadność Boyle’a, mroczność Diaz i opozycyjną osobowość Terry’ego, możliwość kombinacji i tworzenia oryginalnych sytuacji zwiększa się wielokrotnie. Dzięki temu udaje się scenarzystom zgrabnie unikać takich mielizn jak przesycenie serialu wyrazistymi charakterami, ale granymi na jednej nucie, co jest prawdziwą plagą wśród współczesnych sitcomów. W Brooklyn 9-9 nie tylko wszyscy bohaterowie wnoszą do serialu coś unikalnego, lecz również, co istotniejsze, scenarzyści na każdego z nich zdają się mieć konkretny pomysł, nie pozwalając im stać w miejscu, lecz każąc ewoluować razem z fabułą. Oczywiście na razie trudno mówić o wielkiej ciągłości, bo wyemitowany został dopiero niepełny pierwszy sezon, ale i tak twórcom należą się pochwały.

Wszystkie powyższe rozważania nie miałyby jednak wielkiego znaczenia, gdyby Brooklyn 9-9 nie posiadał jednego fundamentu, na którym opiera się schemat produkcji i wokół którego w pewnym stopniu kręci się fabuła. Jednej postaci, która ma zapaść w pamięć widzowi, jako wyróżnik tego właśnie serialu. Kogoś takiego jak Barney Stinson w Jak poznałem waszą matkę, czy Sheldon Cooper w Teorii wielkiego podrywu. Tutaj tę rolę spełnia bez wątpienia Jake Peralta, grany przez Andy’ego Samberga. Aktor ten, niestety niezbyt jeszcze popularny w Polsce, za Atlantykiem jest już pełnowymiarową gwiazdą, jednakże do tej pory nie kojarzono go z filmem, czy serialami, lecz… z Saturday Night Live. To właśnie w tym programie, Samberg razem z dwójką przyjaciół dali się poznać jako grupa komików The Lonely Island, co przyniosło im na tyle dużą sławę, że dziś mają już na koncie trzy pełnowymiarowe albumy. Po siedmiu latach spędzonych w show, w 2012 roku Samberg zrezygnował z udziału w nim, by móc skupić się na karierze aktorskiej, a rola w Brooklyn 9-9 jest jego pierwszym poważnym wyzwaniem, z którego trzeba przyznać, wyszedł obronną ręką. Jake Peralta w jego wykonaniu to postać, przy której nie można się nie uśmiechnąć. W dużej mierze wynika to oczywiście z faktu, że jest on chodzącym źródłem dowcipów, którymi sypie jak z rękawa przy każdej możliwej okazji (jak również wtedy, gdy wydaje się to niemożliwe), ale nie tylko. Samberg obdarzył bowiem swojego bohatera pewną dozą dziecięcej niewinności, która nie pozwala traktować go poważnie, a jednocześnie rozczula z każdym jego pojawieniem się na ekranie. Pamiętajcie, że ciągle mowa tu o oficerze policji! Peralta to ktoś, kogo widzowie mogą postrzegać jako wyrośniętego łobuziaka, który jakimś sposobem idealnie wpasował się w środowisko, w którym przyszło mu funkcjonować. Ta poza zawadiackiego wiecznego chłopca, swego rodzaju dorosłego Piotrusia Pana sprawia, że bohater Samberga funkcjonuje nieco na marginesie serialowej rzeczywistości. Traktuje swoją pracę jako formę zabawy, w poważniejszych kwestiach – wyzwania, ale ciągle takiego, obliczonego na sprawienie jak największej przyjemności jego uczestnikowi. Stąd nie dziwią zachowania takie jak próba wymuszenia zeznań z podejrzanego za pomocą irytującej muzyki, czy pełne oddanie się zadaniu ochrony komendanta poprzez nieopuszczanie go na krok. Irytujący dla swojego otoczenia Peralta jest nikim innym, jak dużym dzieckiem w jeszcze większej piaskownicy. Tylko, że zamiast foremek ma przestępców. Choć trudno w to uwierzyć, rola Jake’a Peralty wcale nie była pisana z myślą o Andym Sambergu – twórcy serialu sięgnęli po niego tylko dlatego, że nagle przestał mieć inne zobowiązania zawodowe. Jak widać, wszystkim wyszło to na dobre, a sam Samberg odbierając Złoty Glob za swoją rolę, wyglądał na szczerze zdumionego, że sukces przyszedł tak szybko.

Wypada więc zadać sobie pytanie: czy Brooklyn 9-9 to Jake Peralta ? Nie, absolutnie nie. Jak już wspominałem powyżej – twórcy dysponują plejadą postaci, którymi dowolnie żonglują, nie pozwalając widzowi zmęczyć się którąkolwiek z nich. Do nich należy również dodać świat, w którym funkcjonują. Teoretycznie sprawa jest jasna: Brooklyn, Nowy Jork. W praktyce nie jest to tak oczywiste. Problem z tym serialem jest taki, że wszyscy jego bohaterowie, bez wyjątków, jawią się jako postaci kompletnie oderwane od rzeczywistości. Peralta – to oczywiste, ale i cała reszta to nie są ludzie, których chcielibyśmy spotkać na komisariacie policji w prawdziwym świecie. Boyle, Diaz, Terry, a nawet wyglądająca na najbardziej normalną, Santiago. Wszyscy są przerysowanymi, karykaturalnymi postaciami, które mogą egzystować tylko w ramach stworzonego dla nich świata. Tym Brooklyn 9-9 różni się od Parks and Recreation, do którego często jest niesłusznie porównywany. Tam mamy grupę dziwaków funkcjonujących w obrębie realnego świata, natomiast policjanci z 99. posterunku są równie osobliwi, jak całe ich otoczenie. Nie ma tu żadnej miary, do której moglibyśmy ich przyłożyć. Wszyscy pojawiający się tutaj ludzie: strażacy, patolog sądowa, detektyw z Wewnętrznego i inni, są tak samo odlegli od normy, jak nasi bohaterowie, przez co ich świat jest czystą kreacją. Nie ma tu mowy o Nowym Jorku jaki znamy. Nieprzypadkowo też twórcy umieścili akcję w nieistniejącym posterunku nr 99 – chodzi o podkreślenie sztuczności przyjętej konwencji. Stąd jak sądzę, może brać się swego rodzaju brak przekonania widzów do serialu. Dziś, gdy dążenie do realizmu w telewizji jest widoczne nawet w produkcjach fantastycznych, powoli zaczyna brakować miejsca na czysto absurdalne formy, takie jak Brooklyn 9-9. Znak czasów.

W gruncie rzeczy dobrze się więc stało, że produkcja FOX-a zgarnęła Złoty Glob. To prawdopodobnie ten sukces w największym stopniu skłonił decydentów do kontynuowania serialu (ogłoszona dosłownie przed kilkoma dniami decyzja przywraca wiarę, że nawet w telewizji ogólnodostępnej wyniki oglądalności nie muszą być najważniejsze). Być może pójdą za tym kolejne kroki, takie jak zmiana pory emisji na korzystniejszą. Nie jest wprawdzie Brooklyn 9-9 dziełem, które zapisze się złotymi zgłoskami w historii telewizji, ale jego niczym nieskrępowany, często irracjonalny humor i gromada przesympatycznych bohaterów, sprawiają, że z każdą wizytą na 99. posterunku chce się wracać po więcej. Warto!

Mateusz Piesowicz