Siódmy syn swojej matki

3019966-poster-p-1-jim-jarmusch-outs-himself-as-a-mycophile-in-only-lovers-left-aliveTylko kochankowie przeżyją
(Only Lovers Left Alive)

Francja, Niemcy, USA, Wielka Brytania, Cypr 2013, 122′
reż. i scen. Jim Jarmusch
zdj. Yorick Le Saux, prod. Reinhard Brundig,
Jeremy Thomas, Christos V., Stacey E. Smith,
muz. Jozef Van Wissem, wyst.: Tilda Swinton,
Tom Hiddleston, Mia Wasikowska, John Hurt,
Anton Yelchin, Jeffrey Wright

Ona przemierza nocą labirynt wciąż nagrzanych słońcem uliczek Tangeru i zaczytuje się książkami we wszystkich językach świata. On ukrywając się przed fanami, tworzy mroczną muzykę w wielkim, zapuszczonym domu w Detroit. Znają się na sztuce, muzyce i literaturze, swobodnie wplatają w rozmowę teorie naukowe i cytaty z poezji, a w wolnej chwili oddają się grze w szachy.  Oboje są piękni, stylowi i obyci. Oboje są też wampirami.

Bohaterowie Tylko kochankowie przeżyją – Eve (nieziemska Tilda Swinton) i Adam (melancholijny Tom Hiddleston ) – istnieją od wieków. Żyli w czasach średniowiecza, Tatarów, Inkwizycji, a do kręgu ich znajomych należeli Christopher Marlow, Mary Shelley i Lord Byron. Mimo wielkiej miłości i kilkakrotnego zawarcia ze sobą małżeństwa, mieszkają po dwóch różnych stronach globu. Kiedy jednak Eva dostrzega osamotnienie i zniechęcenie Adama, bez wahania pakuje do walizek trochę najbliższych jej sercu książek i wyrusza do Detroit. Już scena wzajemnego powitania u stóp mrocznego domostwa Adama nie pozostawia wątpliwości, że mimo upływu lat ich uczucie i oddanie nie przeminęły. Następne noce spędzają na długich rozmowach, grze w szachy i przejażdżkach po mieście. Przemierzając zalane dziwnym światłem latarni wymarłe ulice, mijają kolejne zamknięte fabryki i domy o pustych oknach. Zza ciemnych szkieł okularów obserwują dowody schyłku cywilizacji – wygłodniałym wzrokiem chłoną dom małego Jacka White’a i przerobione na parking pozostałości wspaniałego teatru Michigan. Ich spokojną i kulturalną enklawę niespodziewanie z siłą dynamitu burzy niesforna siostra Evy – Ava (kapryśna Mia Wasikowska). Ze swoim sztucznym futrem i stylem prosto z LA, szybko ściąga ich z poziomu wysokiej kultury prosto do chaosu nastoletnich upodobań i wybryków.

Jim Jarmusch wyraźnie próbuje nas przekonać, że wampiry mają po prostu świetny gust. Dom Adama przywodzi na myśl zagracony płytami winylowymi i starymi gitarami eklektycznymi antykwariat, a jedną ze ścian pokrywa galeria zdjęć z wizerunkami Oscara Wilde’a, Franza Kafki, Bustera Keatona, Neila Younga i Nikola Tesli. Bohaterowie nie tylko nie żywią się krwią prosto z ludzkiej żyły (zabijanie? Tak bardzo XV-wieczne!), ale na dodatek popijają ją z małych, eleganckich kieliszków i srebrnych piersiówek, lub zjadają w formie lodów. Po jej spożyciu na kilka chwil wpadają w stan uniesienia, przywodzący na myśl narkotyczną euforię. Wszystko oczywiście w idealnie skomponowanych kadrach i przy dźwiękach hipnotycznej muzyki.  Dodawszy do tego jeszcze tak chętnie wykorzystywane w filmie rekwizyty – rękawiczki i okulary przeciwsłoneczne – otrzymujemy tak charakterystyczną dla Jarmuscha maniakalną estetykę i styl.

Krocząca w zwolnionym tempie po ciemnych uliczkach Tangeru Eve przypomina tajemniczą zjawę prosto z kart orientalnej baśni. Adam tworząc swoją niepokojącą i melancholijną muzykę, stojąc na bosaka z nagą piersią i zmierzwionymi włosami, spełnia wszystkie wymogi wizerunku cierpiącego artysty. Jedno stanowi przeciwwagę dla drugiego. Ona spowita w biel i beże, on cały w czerni. Podczas gdy on tworzy muzykę żałobną, nurza się w swoim smutku i oskarża „zombie”, czyli mnie i ciebie, o niszczenie wszystkiego co wartościowe, dla niej życie powinno być spędzane na przeżywaniu różnych rzeczy, podziwianiu przyrody, pielęgnowaniu przyjaźni i dobroci, a nade wszystko tańcu. Podobnie odmienne są miasta, które sobie wybrali – rozgrzany i senny Tanger oraz wymarłe i  ciemne Detroit.  Jarmusch od zawsze wydawał się fascynować osobliwymi miastami i tajemnicami kryjącymi się w ich zaułkach, co tym razem odbija się w obrazach opustoszałych ulic, magazynów, fabryk i alternatywnych klubów rockowych. Wszystko wydaje się potwierdzać, że nadchodzi koniec kultury. Jest to jednak wyjątkowo piękny upadek.

Najnowszy film Jarmuscha jest przesiąknięty jego własnymi fascynacjami. Zamiłowanie Adama do starych gitar, płyt winylowych, eksperymentalnej muzyki i romantycznych teorii naukowych stanowi odbicie zainteresowań samego reżysera. Ponadto nie tylko napisał on scenariusz i zasiadł w reżyserskim fotelu, ale także od czasu do czasu chwytał za  gitarę i razem ze swoim zespołem Sqürl albo w towarzystwie Jozefa Van Wissema, tworzył uwodzącą bohaterów i widzów muzykę. Melodie rozbrzmiewające w Tylko kochankowie przeżyją igrają z opowiadaną historią, nieśpiesznymi, surowymi dźwiękami gitary oddając emocje zastygłych w nieśmiertelności bohaterów.

 Nie ulega żadnej wątpliwości, że Eva i Adam są wampirami. Pomijając nawet fakt zastanawiającej długowieczności i chronicznego spożywania krwi, można dopatrzeć się jeszcze wielu więcej obciążających ich dowodów. Jarmusch nonszalancko wykorzystuje cały zestaw szablonów stworzonych przez legendarną Ann Rice, a następnie powoli wycierających się w trakcie podróży przez kolejne trybiki popkultury. To co go jednak wyróżnia spośród sporego tłumu wampirycznych twórców, to duża kulturowa świadomość i (niecodzienne) poczucie humoru.  Badając przyjęte klisze, dostrzega znaczące je skazy, ale jego uwadze nie umyka również ich plastyczny i komiczny potencjał.  Czerwona gotycka czcionka napisów początkowych filmu nawiązuje stylem do estetyki Hammer Horror, ale już kolejna scena, w której kamera zataczając koła na wzór płyty gramofonowej ukazuje wnętrze przesiąkniętego orientem buduaru Evy i należącego do Adama zapuszczonego salonu, przełamuje tę estetykę. Ostatecznie akurat te wampiry odznaczają się wyjątkowo dobrym gustem.

Może właśnie w ten sposób oddając leniwy rytm nieśmiertelnego życia krwiopijców, film Jarmuscha wydaje się pozbawiony zarówno początku jak i końca. Na moment wdzieramy się do  świata pary długowiecznych erudytów i oczarowani słuchamy ich zwiastujących zmierzch i zagładę słów, a akcja płynie naprzód sennie i zmysłowo. Dopiero po chwili przez zachwyt przebija się pesymizm i trafność ich wizji. Jedni z pokorą przyjmą miano zombie i będą cieszyć się czasem spędzonym w jarmuschowskiej rzeczywistości. Inni buńczucznie odrzucą taki rysopis i odpowiedzą na zniewagę porównaniem do Zmierzchu. Nie każdy bowiem potrafi usłyszeć dźwięk ogromnego gongu emitowanego przez brylant wielkości planety, dostrzec blask żyrandoli odbijający się w lustrach parkingu albo dopatrzyć się, że Jim Jarmusch, podobnie jak Jack White, tak naprawdę był siódmym synem swojej matki.

Alicja Mazurkiewicz