JEZIORO CIEMNOŚCI

TOP OF THE LAKETop of the Lake (2013, Jane Campion, Gerard Lee)

Niewielka miejscowość otoczona górami i lasami, chłodny klimat, nieprzyjaźni ludzie, tajemnicza zbrodnia, odosobniona bohaterka i tytułowe jezioro. Kolejna kryminalna wycieczka do Skandynawii? Nic z tych rzeczy. Witajcie w Nowej Zelandii.

Dla tych, którzy do tej pory utożsamiali wyspiarski kraj z Tolkienowskim Śródziemiem (czyli również dla niżej podpisanego), może to stanowić początkowo spory szok, ale jednak to prawda: mini-serial Top of the Lake w całości rozgrywa się i nakręcony został w okolicach Queenstown, na Wyspie Południowej. Od wspomnianych już produkcji rodem ze Skandynawii odróżnia go jeden istotny szczegół, mianowicie krajobraz, zawierający monumentalne, nowozelandzkie pasma górskie. Już dla nich samych, zresztą przepięknie sfilmowanych, warto spędzić kilka godzin przed ekranem, by poznać mroczną historię miasteczka i jego mieszkańców, ale oczywiście powodów jest znacznie więcej.

Serial, autorstwa wracającej do telewizji po ponad dwudziestoletniej przerwie Jane Campion i australijskiego pisarza Gerarda Lee, rozpoczyna się niepokojącym widokiem dziewczynki, zanurzającej się powoli w otoczonym górami jeziorze. Ten uchwycony w kadrze moment będzie towarzyszył nam przez cały czas, podczas rozwiązywania zagadki 12-letniej Tui Mitcham, ofiary gwałtu, która jest w piątym miesiącu ciąży. Nie chce jednak lub nie potrafi powiedzieć, kto jest sprawcą, a niedługo potem znika bez śladu. W sprawę osobiście angażuje się detektyw Robin Griffin (znakomita Elisabeth Moss), która wraca w rodzinne strony, by odwiedzić chorą matkę, co powoduje rozdrapanie wielu starych, bolesnych ran. Jednym z głównych podejrzanych staje się ojciec Tui – Matt (Peter Mullan), miejscowy baron narkotykowy, a we wszystko wplątuje się również grupa specyficznych mieszkanek okolicznej, kontenerowej osady, pod przywództwem tajemniczej GJ (Holly Hunter). Historia, choć początkowo wydaje się podążać nieco już oklepanym, kryminalnym schematem, z czasem przeistacza się w znacznie bardziej intrygującą całość, gdzie znalezienie odpowiedzi na dręczące i widzów, i bohaterkę pytania wcale nie będzie łatwe i oczywiste.

Siłą tego serialu jest przede wszystkim jego oderwanie od schematów. Nauczeni już pewnych wzorców, którymi podążają podobne produkcje, spodziewamy się mrocznej tajemnicy, ukrytej gdzieś w zakamarkach małego miasteczka. Tymczasem twórcy śmieją się nam i naszym przyzwyczajeniom prosto w twarz – nie ma żadnej tajemnicy, wszystko jest jawne! Narkotyki, przemoc, gwałt, morderstwa. To już codzienność, do której okoliczni mieszkańcy przywykli na tyle, że nie widzą potrzeby zgłębiania tych spraw. Obojętność jest powszechna. To nie jest jedno z tych miejsc, które przed światem nakłada maskę, by w ukryciu pozostawić swoją prawdziwą twarz. Jedyną osobą, która chce coś zmienić, którą przeraża beznamiętna akceptacja rzeczywistości, jest detektyw Griffin, ale kolejne napotykane bariery sprawiają, że i ona zaczyna wątpić, traci grunt pod nogami. Tak jak powiedziała jej to chyba najbardziej zagadkowa postać w serialu, GJ: „Poddaj się! Nie ma innego wyjścia!”. Od jej wytrwania zależy jednak los Tui. Czy tak? A może to wszystko tylko jakieś bzdurne przekonania nie mające żadnego odbicia w rzeczywistości?  Może cała ta sprawa nie jest jednak tak prosta, jak się wydaje? Może w końcu to nie ciężarna dwunastolatka jest tą osobą, która najbardziej potrzebuje pomocy?

Jak to zwykle u Jane Campion bywa, prym na ekranie wiodą kobiety, a mężczyźni zredukowani są do mniej lub bardziej sympatycznych typów (raczej to pierwsze), co zresztą niektórzy zarzucali serialowi, twierdząc, że przedstawicieli brzydszej płci ograniczono tu do tępych mizoginistów. Nie do końca mogę się z takim postawieniem sprawy zgodzić. Owszem, księcia na białym koniu tu nie uświadczymy, ba, znalezienie kogoś po prostu przyzwoitego graniczy z cudem, ale czy kobiety przedstawiono tu w odmienny sposób? Twórcy dają nam odpowiedź w obrazie kierowanej przez GJ enklawy, usytuowanej w miejscu przewrotnie zwanym „Rajem”. Ten zbiór karykaturalnych, przerysowanych, oderwanych od rzeczywistości postaci nie może raczej wzbudzić ciepłych uczuć. Najbardziej ludzka pośród wszystkich wydaje się ich guru, która jednak do swoich podopiecznych ma dość oryginalne podejście. Sceny ich swoistych sesji terapeutycznych należą do najlepszych w całym serialu, a łatwowierność widza, spodziewającego się prostych rozwiązań, zostaje ponownie obnażona. Tu nie chodzi o dobre kobiety czy złych mężczyzn. Przecież Matt Mitcham, seksista i tyran, ucieleśnienie najgorszych męskich cech, boi się tylko jednej osoby. Kogo? Odkrycie tego będzie kolejnym dowodem na wyrachowanie twórców w ich grze z odbiorcami.

Top of the Lake do zabawy z przyzwyczajeniami widzów używa jednak nie tylko zręcznych chwytów scenariuszowych. Od wspomnianej wyżej pierwszej sceny, mamy wrażenie swego rodzaju eteryczności unoszącej się nad światem przedstawionym. Potęgują to odrealnione zdjęcia, często skąpane we mgle, i specyficzny, nie za szybki, nie za wolny, rytm opowiadania. Przypomina to bardziej snucie fantastycznej opowieści niż mroczny kryminał, choć oczywiście nie ma mowy o bajce. Splot tych dwóch rzeczywistości przynosi jednak niecodzienny, baśniowy klimat z odpowiednim dreszczykiem.

O tym, że nie mamy do czynienia z pierwszym lepszym kryminałem najlepiej zaświadczą takie fakty, jak ten, że pierwszy pokaz serialu miał miejsce na Festiwalu w Sundance, a kolejny na Berlinale. Wydaje się więc, że Top of the Lake można polecić każdemu, kto szuka niebanalnej rozrywki na wysokim poziomie artystycznym. Znajdziemy tu intrygującą historię, znakomitą obsadę oraz tajemnicze oblicze Nowej Zelandii. Jak znalazł na długie, zimowe wieczory.

Mateusz Piesowicz