JEŚLI NIE CHCESZ MOJEJ ZGUBY, SZPILKI MANOLO BLAHNIKA KUP MI, LUBY!

109583.1Seks w wielkim mieście (1998-2004)

Gdy w 1997 Candance Bushnell wydała swoje felietony pisane dla „New York Observer”, dotyczące życia w Nowym Jorku, nie spodziewała się pewnie, że stworzone przez nią postacie staną się fenomenem kulturowym. Książka szybko okazała się bestsellerem. Równocześnie z sukcesem wydawniczym przyszła myśl o stworzeniu serialu na jej podstawie. Szóstego czerwca 1998 roku stacja HBO wyemitowała pierwszy odcinek telewizyjnego Seksu w wielkim mieście. Tego samego dnia  narodziła się ikona każdej fashionistki – Carrie Bradshaw.

Seks w wielkim mieście szybko podbił serca widzów. Głównie za sprawą trafnie dobranych bohaterek: romantyczki Carrie – felietonistki „The New York Star”; Mirandy – cynicznej  prawniczki; Charlotte – konserwatywnej właścicielki galerii oraz rozbuchanej seksualnie agentki PR, Samanthy. Wspólnie przedstawiały one kompletny portret charakterologiczny młodych kobiet – wyzwolonych, dobrze zarabiających, potrafiących odróżnić seks od uczucia. Z jednej strony twardo stąpających po ziemi, z drugiej nie pozbawionych marzeń o wielkiej miłości.

Pierwotnie przygody Carrie były satyrą na puste życie mieszkańców Wielkiego Jabłka – jak w książkowym pierwowzorze. Bohaterki wychodziły na imprezy, modnie się ubierały oraz obracały wśród wyższej klasy nowojorskiej. Dodatkowo swobodnie rozmawiały na takie tematy jak: seks, aborcja czy HIV. Wszystkie te czynniki zapewniły Seksowi… oglądalność oraz status filmu kultowego. Jednak życie toczy się własnymi kolejami, a rynek telewizyjny działa według własnych zasad. Wraz z popularnością serialu przyszedł moment, w którym Seks… stał się zupełnym przeciwieństwem tego, co reprezentował wcześniej: telewizyjnym produktem.

Kolejne sezony przyniosły zmiany, jakich nikt się nie spodziewał. Wcześniej Carrie i spółka były jedynie zafascynowane modą, teraz natomiast stała się ona ich pasją, wyznacznikiem statusu życiowego i dobrego samopoczucia. Zrezygnowano z ubierania bohaterek w stroje oryginalne i ciekawie połączone, na rzecz eksponowania na nich rzeczy drogich i ekscentrycznych. W rezultacie otrzymujemy Carrie Bradshaw – manekina, chodzącą reklamę określonych marek. Zabawa strojami sprawiła, że każda fanka serialu, nawet kompletna modowa dyletantka, zna takie nazwiska jak Jimmy Choo czy  Manolo Blahnik, a symbolem Seksu…, oprócz Nowego Jorku, stał się także styl felietonistki. Przeciętny kadr z serialu: Carrie w obłędnej, kolorowej stylizacji przechadzająca się ulicami Manhattanu. Carrie, potrafiąca podać nazwisko każdego projektanta, którego ubranie posiada w garderobie. W końcu Carrie, wyczyszczająca lekką ręką kartę kredytową na kolejne ubrania i buty. Grana przez Sarah Jessicę Parker postać, z dziennikarki z ciętym językiem nieodwracalnie przeistoczyła się w tzw. ikonę mody.

Tak barwna i lubiana postać jak Bradshaw nie mogła pozostać niezauważona przez agencje reklamowe. Zgodnie z logiką rynku, wraz z popularnością serialu coraz częściej na ekranie mogliśmy oglądać product placement – stroje i buty od znanych projektantów, określone miejsca odwiedzane przez bohaterki czy laptop Carrie z charakterystycznym logo nadgryzionego jabłka.  Parker, jako współproducentka Seksu… negocjowała większość z tych reklam, tym samym nadając kierunek zmianom swej bohaterki. Gdyby serial kręcono dzisiaj, Carrie Bradshaw stałaby się blogerką modową – bywającą na przyjęciach i pokazach, a w międzyczasie publikującą swoje ,,stylizacje” oparte na metkach znanych projektantów oraz otrzymanych prezentach.

O ile jednak wersja serialowa do końca broniła się jako opowieść o kobiecej przyjaźni zdolnej pokonać każdy problem, o tyle dwa zrealizowane do tej pory filmy pełnometrażowe stały się apogeum reklamowego podejścia do tematu. Bohaterki zmieniają stroje jak w kalejdoskopie. W pierwszej części te przebieranki fabularnie usprawiedliwiono zbliżającym się ślubem Carrie, w drugiej  próba szukania jakiegokolwiek sensownego scenariusza zdecydowanie wydała się producentom zbędna. Otrzymujemy więc zbitkę scen mających na celu przegląd określonych produktów i marek, które połączone zostały szczątkową fabułą.

Pomimo lat, które upłynęły od zakończenia emisji Seksu w wielkim mieście, pozostaje on alegorią konsumpcjonizmu w czystej postaci – nieskażonego poczuciem winy, brakiem pieniędzy czy też logicznym uzasadnieniem kupowania nowych przedmiotów. Bohaterki serialu dokonują wyborów – tak  życiowych jak zakupowych – pod wpływem impulsu. Wydanie 300 dolarów na upatrzone szpilki jest dla nich tak samo uzasadnione, jak zjedzenie obiadu czy spotkanie z przyjaciółmi. Bogate życie towarzyskie, częste zmiany partnerów oraz brak pruderii sprawia, że Carrie, Miranda, Samanta i Charlotte stały się realizatorkami marzenia, którym kobiety żyły przez stulecia. Równocześnie jednak kultura popularna doprowadziła do przemiany, tych inteligentnych bądź co bądź kobiet w infantylne trzydziestolatki, których szczytem marzeń jest ogromna garderoba i przystojny, koniecznie bogaty, mąż przy boku. Chyba jednak nie o taką przyszłość walczyły nasze prababki-emancypantki…

Monika Krasulak